czwartek, 19 lipca 2018

Dyliżans 1/ 3


Hrabia Marek Dobrzański nie był przyzwyczajony do podróżowania liniowymi, dużymi dyliżansami. Zdecydowanie bardziej wolał zgrane powoziki ze swojej posiadłości niż te publiczne. Dzisiaj jednak musiał skorzystać z tego środka lokomocji i przejechać z Warszawy do Dąbrowy Dużej. 



Podróż zaś z przerwą na popas koni miała trwać aż trzy godziny i był to kolejny powód do niezadowolenia. Idąc na przystanek, miał nadzieję, że może chociaż podróżnych na ten kurs będzie niewiele. Szczęście jednak nie dopisało mu, bo razem z nim miało podróżować siedem innych osób. Wśród nich było dwóch młodzieńców, jak mniemał wracających ze szkół do domu na przerwę Wielkanocną, mężczyzna w średnim wieku oraz cztery kobiety z pakunkami. Po szybkiej analizie podróżnych najchętniej usiadły obok mężczyzny, ale koniuszy posadził go przy drzwiach w dodatku tyłem do jazdy przy jednej z kobiet i naprzeciwko trzem innym. Jegomość zaś przy którym on chciał usiąść, siedział po przekątnej w drugim rogu i na rozmowę nie było szansy. Szybko też zapadł w sen. Od młodzieńców Jaśka i Roberta jak dowiedział się jeszcze przed wejściem do dyliżansu, oddzielała go natomiast kobieta. Towarzystwo kobiet zdecydowanie nie odpowiadało mu, bo z góry mógł przewidzieć jak będzie przebiegać podróż i że będzie musiał wysłuchiwać narzekań na wszystko albo rozmawiać na temat zdrowia. Mocno nie mylił się w swoich przewidywaniach, bo jak tylko usiadł, to zaczęły plotkować na temat mężów i kłuciach w lewym boku. Na jego szczęście w połowie podróży jedna z kobiet zaczęła odmawiać różaniec, druga przysypiała, trzecia jadła i przepakowywała torbę, oglądała jednocześnie z czwartą zakupione towary.
On tymczasem zajął się myślami.
Wioletta, choć trzpiotka jest lepsza od wyniosłej i zimnej Pauliny- myślał, spoglądając na pola. I zdecydowanie bardziej wolę jej przekręcanie słów niż zimno w związku. Nie jest też taka zła z urody. Jest nawet bardzo ładna. Rumiana, z dużymi niebieskimi oczami i interesujących kształtów. Sterta ubrań nie zakrywa jej kształtnych piersi i szczupłej kibici. Nogi w proporcji do ciała muszą być również zgrabniutkie.




Marek jechał właśnie do niej z wizytą i zapytaniem czy może stanąć w konkury. Zależało zaś mu na tym, bo poprzez pocztę pantoflową dowiedział się o planach jego rodziców na zaaranżowanie jego małżeństwa z Pauliną Febo, córką zaprzyjaźnionej rodziny z Włoch.  Znał ją od dziecka i wiedział, że dobrego charakteru nie ma i na żonę dla niego nie nadaje się absolutnie. Nie wiedział, tylko że mariaż rodziców był tak naprawdę fortelem i rodzice sami puścili plotkę o swoich planach. Znali bowiem syna wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że jedynak przestraszy się i sam przyprowadzi synową do dworu. Nie mylili się też, bo już dwa dni później jechał w tej sprawie do Dąbrowy Dużej. Przed wyruszeniem w drogę przeanalizował jednak ostatni letni bal i poprzypominał sobie znane mu dziewczęta. Z rezygnacją stwierdził, że prawie żadna, oprócz Wioletty Kubasińskiej mu się nie spodobała. Siostry Borowieckie miały ziemistą cerę i cienkie włosy koloru mysiego, panna Starska była koścista i płaska, Pawlakówna wykazywała się ptasim móżdżkiem, a jedyna interesująca brunetka panna Zaleska właśnie się zaręczyła. 



Wioletta zaś była z wystarczająco dobrego domu, ładna, zgrana i dorodna na urodzenie dziedzica. 
Tak Wioletta będzie idealna- myślał z zadowoleniem.
Z myśli wybiło go gwałtowne hamowanie, a chwilę później pojawienie się woźnicy i koniuszego w kabinie.
-Mamy kłopoty. Ośka w kole złamała się i czeka nas dłuższy przestój. Musimy wysłać po nowe koło pachołka.
-Ile to będzie trwać? – zapytał Marek.
-Ze dwie godziny najmniej wielmożny panie- odparł koniuszy.
Na czekanie nie miał ochoty. Zwłaszcza że musiałby wysłuchiwać narzekań kobiet.
-Masa czasu. Robi się w dodatku zimno, ciemno i nadchodzi jakaś wichura.
-Jeśli pan da radę dojść za las, to tam mieszkam i może pan tam poczekać na kolejny dyliżans- odezwał się Jasiu, jak zapamiętał imię. —Jest też tam zajazd.
Na wizytę w zajeździe ochoty również nie miał, ale propozycja odwiedzin u niego w domu była interesująca, a las wydawał się kwadrans drogi pieszo.
-A twoi rodzice nie będą źli, że obcego przyprowadzasz? – zapytał dla pewności, bo decyzję pójścia już podjął.
-Na pewno nie- odparł zdecydowanie. —Tato będzie nawet zadowolony. Do Warszawy rzadko jeździ i będzie przyjemnie mu porozmawiać z kimś z miasta. Jest tutaj w Rysiowie nauczycielem. Nazywam się Jasiu Cieplak, a to mój kolega Robert Szymoniak- dodał.
-Marek Dobrzański – odparł, wyciągając rękę na powitanie. —I skoro tak mówisz, to chętnie skorzystam z gościny.  
Droga była krótsza niż przypuszczał, ale i wystarczająco długa, aby przy okazji porozmawiać. Oboje chodzi do szkoły średniej i jak przypuszczał, przyjechali na Wielkanoc do domu. Mama Jaśka jak dowiedział się, prowadziła dom i oprócz niego i ojca rodzina składała się jeszcze z dwóch sióstr. Starszej Uli i młodszej Beatki.
Tuż na początku zabudowań Robert skręcił w lewo w duży, zadbany dom dziadków przylegający do lecznicy, a oni poszli kawałek dalej. Dom Cieplaków nie był ani tak ładny, ani duży jak dziadków kolegi Jasia, ale obejście było zadbane. Pozostałości po jesieni i zimie pozagrabiane w jedną stertę a z ziemi przebijały się pierwsze roślinki. Po podejściu bliżej zauważył jednak, że domostwu potrzebny był remont.  Wnętrze domu, choć schludne i przytulne wyglądało podobnie. Ściany i podłoga wymagały pomalowania, a meble modne nie były. Po pobieżnym obejrzeniu korytarza Jasiu zaprowadził go do saloniku. Tu przy stole zastali dziewczynkę układającą drewniane klocki.
-To właśnie Beatka moja siostra- oznajmił głośno.
-Cześć- rzekł do dziewczynki, która podniosła głowę i spojrzała w ich stronę.
-Betti ma problemy ze słuchem i trzeba podejść bliżej albo głośniej mówić- wyjaśnił mu Jasiu.
-Cześć- powtórzył głośniej, a w odpowiedzi dostał uśmiech i miłe dzień dobry.
Chwilę później w salonie zwabiona głosami pojawiła się, jakaś kobieta. Na jego oko znawcy urody kobiecej miała ponad czterdzieści lat, ale była ciągle bardzo ładna.



-Mamo to pan Marek Dobrzyński- wytłumaczył Jasiu. —Zepsuła się ośka w dyliżansie, to zaprosiłem pana.
-Dzień dobry i z góry przepraszam za kłopoty, jeśli są takowe- mówił usprawiedliwiająco. —Ale pani syn był tak miły i pozwolił mi tu przyjść. Nazywam się Marek Dobrzański, jak prawie dobrze powiedział syn- dodał, wyciągając rękę na powitanie.
-Dzień dobry- odparła, uśmiechając się szczerze. —Magdalena Cieplak mama tej dwójki i najstarszej latorośli Uli. Może pan usiądzie i coś zje- zapytała życzliwie. —Niedługo podaję obiad. Pójdę, tylko zanieś bazie do kościoła.
-Wystarczy coś do picia- odparł zaskoczony tak miłym przyjęciem.
-Soczek z malin jest pyszny- odezwała się Beatka. —Mogę panu przynieść.
-W takim razie grzechem byłoby nie spróbować- odparł głośno, spoglądając na dziewczynkę.
Po wyjściu Cieplakowej i Beatki do kuchni oraz Jasia, który po napomnieniu przez matkę poszedł w głąb korytarza odnieść teczkę z książkami, on dyskretnie rozglądał się po saloniku. W kącie był kominek dający ciepło, na środku stał masywny stół z sześcioma krzesłami, a na ścianach wisiały dwa obrazy. Jeden przedstawiał parę młodą, jak przypuszczał państwa Cieplak, a drugim był pejzaż. Był również kredens z zastawą z inicjałami M&P, inne cenne drobiazgi oraz spory księgozbiór. Długo niedane było mu rozglądać się, bo zza okna dobiegł go gwar dziecięcych głosów, a gdy spojrzał w nie, to zobaczył rozbiegające się dzieci. Chwilę później w drzwiach szkoły pojawił się, jak mniemał pan Cieplak, który wolnym krokiem zmierzał ku domowi. Beatka również wróciła ze szklanką soku.
Pan Cieplak tak jak przewidział to Jasiu, z pojawienia się gościa był zadowolony i do czasu obiadu oraz powrotu żony z kościoła zajął się rozmową z nim. Tuż po tym, gdy usiedli do stołu, to dotarła i Ula. Będąc jeszcze w korytarzu przywitała rodzinę, miłym już jestem, przeprosiła za spóźnienie, a chwilę później pojawiła się w drzwiach saloniku.
-Mamy gościa- oznajmiła jej Beatka równo z chwilą, gdy ona go ujrzała. To również zatrzymało ją na parę sekund w bezruchu. Nieznajomy bowiem okazał się młodym i przystojnym mężczyzną, a jej ciągle młode serce zaczęło mocniej bić na jego widok.



Marek miał podobne odczucia, bo już z daleka dostrzegł jej urodę, kształtne ciało i to, że nie odbiegała urodą od matki.  Dziewczyna tak jak mama był brunetką z czarującym uśmiechem.
-Znowu zepsuł się dyliżans i Jasio przyprowadził go do nas- kontynuowała Beatka w czasie, gdy Marek wstał od stołu, aby przywitać się tak, jak przystało dżentelmenowi.
-Marek Dobrzański- rzekł, kłaniając się nisko i zauważając błękitne oczy.
-Urszula Cieplak- odparła, pokrywając się rumieńcem, co dodało jej uroku.
W czasie obiadu siedzieli naprzeciwko siebie i mogli patrzeć na siebie bez ukradkowego zerkania.



-Pani mama powiedziała mi, że bawiła pani u Kubasińskich, a ja właśnie wybieram się do nich z wizytą- rzekł, wpatrując się ciągle w jej twarz.
-To nadaremna pana droga, bo właśnie wyjeżdżają do Warszawy do rodziny Zalewskich i na przedświąteczne zakupy. Wrócą dopiero w poniedziałek popołudniem- oznajmiła mu trochę niespokojnym głosem, a spowodowanym ciągłym przypatrywaniem. —Adam również jedzie -dodała, mając na myśli starszego brata Wioletty i z góry zakładając, że do niego wybierał się Marek.
-To pech- wymruczał z niezadowoleniem. —Powinienem wysłać posłańca z wiadomością, że przyjeżdżam.
-Tak byłoby najrozsądniej- odparła sugestywnie Ula.
-Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło panno Urszulo. Mogłem poznać waszą rodzinę- odgryzł się małą ripostą.
Pomyślał również, że może to dobrze, że nie zastał ich, bo takie nagłe pojawienie się mogłoby być źle odebrane, a tak pójdzie do Zalewskich i niby przypadkiem spotka się z Wiolettą.
-Pan nie kłamie? – zapytała Betti.   
-Mówię bardzo poważnie Beatko. A w tym zajeździe są przyzwoite pokoiki? – zapytał całą rodzinę, ale patrząc na Ulę. —Skoro nie mam szans na powrót do Warszawy ani na wizytę u Kubasińskich, to muszę gdzieś przenocować.
-Może pan u nas zostać- zaproponowała Magda. —Mamy gościnny pokój, a rano Ula pana odwiezie do Warszawy.
-Pani? - zapytał kpiąco.
-Mogę zamówić panu woźnicę od doktora, ale zapewniam pana, że kobieta może równie dobrze powozić, jak mężczyzna- odparła mu kąśliwie.
-Koniki Ulcię słuchają, jak nikogo innego- dodała Beatka. —Jest najlepsza w jeżdżeniu.
-Święta prawda, panie Marku- odezwał się Cieplak. —Lepszego stangreta nie ma w okolicy.
Wieczór u Cieplaków minął mu całkiem przyjemnie. Z Jasiem grał w szachy, Beatka namalowała mu obrazek przedstawiający Rysiów latem, a z Cieplakiem rozmawiam na temat polityki i przemysłu. Razem z Betti oprzątnął również kury, które należały do obowiązków Beatki. Panie tymczasem zajęły się kolacją. Ta zaś minęła równie miło co obiad. Głównie to Beatka opowiadała mu o kociętach wychowanych przez Jasia i wizycie wujka zakonnika brata mamy, który był niedawno u nich, chodził na biało ubrany i przywiózł jej obrazki.
 O dziewiątej, choć była to jak dla niego pora bardzo wczesna, poszedł spać. Zasnąć jednak nie potrafił i leżał, rozmyślając nad całym dniem i przypominając sobie twarz Uli Cieplak i ich rozmowy.
Ula również nie spała, a myśli krążyły wokół Marka Dobrzańskiego. Nigdy nie była zakochana, ale teraz czuła, że właśnie nadszedł ten moment i napawała się nim, choć wiedziała, że donikąd nie zaprowadzi. Marzenia nie kosztują- myślała.

Następnego dnia po śniadaniu zaś Marek spakował swój mały kuferek i razem z Ulą odjechał do Warszawy.



-Długo znasz Kubasińskich- zagadną na dobry początek.
-Od prawie od pięciu lat. To znaczy, jak tylko tu zamieszkaliśmy. Tyle samo przyjaźnię się z Wiolettą, a teraz uczę Hanię jej siostrę gry na pianinie.
-To grać również umie pani? - zdziwił się nad kolejnymi jej zdolnościami.
-A co miało znaczyć, te również umiesz? -odparła pytaniem.
-Wczoraj wieczorem słyszałem, jak uczyła pani siostrę francuskiego i tłumaczyła arytmetykę bratu. Matematyka i prowadzenie bryczki, to mało popularne zajęcia dla dziewcząt.  Dziewczyny uczą się zazwyczaj prowadzenia domu i bycia żoną i mamą.
-Kiedyś mieszkaliśmy w Poznaniu i w szkole, w której uczył tato i ja się dokształcałam w matematyce i brałam dodatkowe lekcje po moich lekcjach- odparł, pomijając stwierdzenie o matkach i żonach.  
Całej prawdy Markowi nie powiedziała, bo tak naprawdę, to jej mama pochodziła z dobrej rodziny i to ona głównie uczyła ją francuskiego, gry na fortepianie i wszystkiego tego, co powinna wiedzieć dama i panna z dobrego domu. Uczyć uczyła się, choć wiedziała, że prawdopodobnie nigdy nie będzie jej to potrzebne, chyba że do pracy niani. Dlatego też uczyła się innych pożytecznych dla kobiety zajęć, choć zbytnio nie lubiła wszelkich typowo kobiecych prac.
-To, co was sprowadziło z miasta na prowincję? – zapytał z zaciekawieniem.
-Lekarz zalecił, aby Beatka unikała hałasu, to przeprowadziliśmy się tutaj. Mama również zawsze wolała spokojniejsze miejsca. Gdy więc znajomy taty wyszukał to miejsce, to sprowadziliśmy się do Rysiowa. Nie wiedzieliśmy, tylko że dom i obejście to studnia bez dna. Wszystko się sypie i potrzebuje remontu.
-To, dlaczego nie zreperujecie tego i nie odnowicie- palnął bez zastanowienia.
-Z czego? Z pensji nauczyciela albo moich lekcji- rzuciła krytycznie. —Nie jest to też nasze, a wykupienie kosztuje. Zresztą najważniejszy jest słuch Beatki, lekarze i jej specjalna szkoła.
-Przepraszam. Pytanie nie było rozsądne. A wracając do Wioletty, to jak jest z jej uczuciami.
To do niej chciał jechać, a nie Adama- pomyślała Ula. Powinnam prędzej się domyślić.
-Pan wybaczy, ale to jest kolejne niestosowne pytanie.
-Znowu zostałem przywołany do porządku- odparł markotnie.
-Ja po prostu nie mam zwyczaju mówić o uczuciach innych.
O tym, że obok Wioletty kręci się Sebastian Olszański, nie zamierzała mówić, bo była to ich tajemnica. Nawet wczorajszego dnia spotkała się z nim popołudniem, a   oficjalnie były razem w lesie na spacerze.
Muszę pojechać do Wioletty i uprzedzić ją. Ciekawa jestem, co wybierze? Tytuł czy miłość szlachcica.
Przez resztę drogi prowadzili miłą, inteligentną rozmowę, na temat malarstwa, poetów i innych dziedzin życia. W tej można byłoby wydawać się nic nieznaczącej rozmowie dużo było sensowności. Marek bowiem słuchał jej i dziwił się, że tak młoda kobieta ma tak rozległą wiedzę. Sporo różniła się też od znanych mu kobiet.
-To, gdzie mam podwieźć pana? – zapytała, gdy przekraczali rogatki Warszawy.
-Wystarczy na ten placyk na końcu ulicy. Stamtąd najmę sobie dorożkę.
Do placyku było blisko, to chwilę później znaleźli się tam.
-Miło było poznać panią i rodzinę- rzekł, schodząc z bryczki.
-Mi również było miło poznać- odparła kurtuazyjnie.
-Dziękuję również za podwózkę. Dobrze prowadzi pani konie- dodał, posyłając jej uśmiech.
-Dobrze słyszeć i dziękuję za pochwałę- wydukała na ten widok. —Rozmowa z panem i podróż była przyjemnością.
-Bo taka była- przytaknął szczerze. —Do widzenia panno Urszulo- rzekł, unosząc delikatnie cylinder w geście pożegnania.
-Do widzenia i miłego dnia– odparła cicho.
-Nawzajem- usłyszała na koniec.
Pewnie już się więcej nie zobaczymy- pomyślał ze smutkiem, gdy odchodził.  Chyba że u Kubasińskich. Albo jak zostanie przyjęty przez Wiolettę, a to byłoby znacznie gorsze niż niewidywanie się całkowite.

Historii Polski nie uwzględniałam. Czas akcji natomiast to pierwsza połowa XIX wieku.

czwartek, 12 lipca 2018

Panicz Marek cz. 13


 Przyjęcie urodzinowe Sebastiana zgromadziło sporo osób. Była jego rodzina, przyjaciele, znajomi oraz inna elita Warszawy, jako że Sebastian pochodził z szanowanej wojskowej rodziny. Ula również została zaproszona, choć po ostatnich wydarzeniach z Markiem szła na nie z obawami. Obiecała jednak przyjść już prędzej i miała być też do towarzystwa Wioli, bo Kubasińska oprócz Sebastiana nie znała nikogo i było jej z koleżanką raźniej. 


Wśród gości znaleźli się i ci, których Sebastian nie lubił za bardzo, ale wypadało zaprosić. Do nich właśnie należał Piotr Sosnowski zastępca ordynatora oddziału, na którym pracował, a prywatnie siostrzeniec dyrektora szpitala. Mężczyzna podobnie jak Wioletta i Ula, nie znał tu nikogo, to trzymał się podwładnego.
-Kto to – zapytał, gdy Wioletta w towarzystwie Uli pomachała im,  tak jak ustaliła z Sebastianem.
-Wioletta i Ulka- wyjaśnił krótko, nie wdając się w szczegóły.
-Bardzo ładne- rzekł, urzeczony urodą obu dziewcząt.
-Jeśli chcesz, to, możemy podejść- zagadnął. —Są same tak jak my.
Sosnowskiemu dwa razy nie trzeba było mówić i sam pierwszy ruszył w ich stronę.


-Wioletta Kubasińska, Urszula Cieplak- zaczął przedstawiać Olszański. —Piotr Sosnowski kolega po fachu.
-Miło poznać panie- odparł dżentelmeńsko Sosnowski, całując obie w dłoń. —Sebastian nie mówił, że zna tak piękne dziewczyny.
-A nam nie mówił, że ma tak przystojnych kolegów- odparła Wiola. —Chciał chyba zachować nas dla siebie.
-Chyba. To, co tak piękne panie robią tu samotnie? – pytał Sosnowski.
- Już niesamotne panie Piotrze- rzekła Wioletta. —Nie ma to jak doborowe towarzystwo. Prawda Ula?
-Tak- odparła, tylko dlatego, aby nie okazać się nieuprzejmą.
-Toast już był, ale grzechem byłoby nie wypić za spotkanie- kontynuował Piotr, biorąc od przechodzącego kelnera dwa kieliszki szampana i podając go dziewczynom.
-Za poznanie- rzekła Wioletta. —Oprócz Sebastiana nie znamy tu praktycznie nikogo i nawet mówiłam Ulce, że tak nudno nam samym, a tu pojawiacie się jak na zawołanie- mówiła ku zdziwieniu Uli, bo nic takiego nie mówiła.
Zastanawiała się też, dlaczego Wioletta zachowuje się tak, jakby była zainteresowana mężczyzną.
-Miło wiedzieć- stwierdził Sosnowski. —Pani koleżanka jednak taka milcząca jest- dodał, patrząc na Ulę. —Jakby nie była zadowolona z towarzystwa.
-Mowa jest srebrem, a milczenie złotem, jak to mówią, panie Piotrze- odparła Ula. —A tak na serio to Wiola tak ma, że czasami nie da dojść do głosu.    
-Czyli z was to taka charakterna Klara i spokojna Aniela? – zagadnął.
- Tego nie powiedziałam- odrzekła klarownie. —Wioletta jest po prostu bardziej ekspansywna w niektórych dziedzinach życia, a ja zdystansowana. W innych jest na odwrót. Ona bierna a ja operatywna.
-Nie tylko piękne, ale i inteligentne- stwierdził, patrząc na obie i doceniając słownictwo Uli. —Czas spędzony z wami do zmarnowanego na pewno nie będzie należał.
-A pan wszystkim kobietom mówi takie miłe słówka, czy jesteśmy wyróżnione z Ulką? – zapytała Wioletta.  
-Tylko tym, które zasługują na komplementy pani Wioletto- odparł, patrząc już tylko na Kubasińską.
-A ja się cieszę, że się cieszycie ze swojego towarzystwa, bo nie będę mógł poświęcić wam tyle czasu, ile chciałbym- odezwał się ponownie Sebastian. —Obowiązki jubilata zobowiązują.
Sebastian z zainteresowania dziewczynami przez Sosnowskiego był jak najbardziej zadowolony i myślał, że wszystko idzie według jego i Wioletty planu. Szyki krzyżował tylko Marek, który ciągle nie pojawił się na urodzinach, a powinien być od godziny, czyli półgodziny przed przybyciem gości.  On tymczasem, gdy był już kawałek za Rysiowem, zmuszony był zawrócić z drogi i zaprowadzić motor do domu, bo maszyna odmówił posłuszeństwa. Po próbach naprawy i przeprawie przez polną drogę był również zakurzony i pobrudzony i musiał się przebrać. Na szczęście miał swój samochód, to wsiadł w auto i pojechał do Warszawy.  Po dotarciu na przyjęcie zaś jako pierwsza dopadła go Wioletta.
-Co tak późno Marek? -pytała.  —Martwiliśmy się ze Sebastianem o ciebie.
-Motor zepsuł mi się po drodze i musiałem zawrócić. A coś ominęło mnie ciekawego?
- Poza pierwszym toastem i powitaniem to nic. Chyba że interesuję cię to, że taki jeden doktorek, kolega Cebulka czepił się Ulki jak rzep psiego ogona- dodała, naciągając sprawę.
-To dobrze, że znalazła kogoś sobie tak szybko- odparł bez zainteresowania, ale rozglądając się jednak po ogrodzie. — I nie wiem, po co mówisz mi to wszystko.
-Pomyślałam, że jako jej były chłopak może zainteresować cię to. Taki ciemny blondyn jakbyś był zainteresowany obejrzeniem go. Kręci się koło Ulki, to łatwo będzie zauważyć- dodała, chociaż razem ich nie widziała. Miała jednak nadzieję, że Seba coś już zrobił w tym kierunku. —Nie będziesz chyba unikał Uli całe popołudnie Marek. Wypadałoby się choćby przywitać.
-Na pewno przywitam się Wiola- odparł. —A gdzie jubilat?
-Parę minut temu widziałam go, jak wchodził do domu z pudłem z prezentem, to szukaj go tam.

Ula tymczasem po rozstaniu z Wiolą, Sebastianem i Piotrem usiadła samotnie na ławce i zajęła się własnymi myślami.
Gdzie jest Marek- myślała i rozglądając się dyskretnie, bo myślał, że przeoczyła jego przyjście. Zaproszony pewnie był, skoro to najlepszy przyjaciel Sebastiana. Muszę porozmawiać z nim o tym artykule i liście do niego. Nieprawda Ula- poprawiła się w myślach. Głównie chcesz zobaczyć go. Tylko pytam się po co? Na co liczę? Że mu przeszło?
-Witaj piękna nieznajoma- usłyszała znienacka zza pleców, a gdy spojrzała za siebie dojrzała młodego mężczyznę. —Można byłoby panią namalować w tej pozie. Byłby piękny obraz- rzucił komplementem.


-Dzień dobry- odparła uprzejmie.
-Emilian Malicki, brat cioteczny Sebastiana- dodał, wyciągając rękę na powitanie.
-Ula Cieplak, znajoma Sebastiana- odparła, podając rękę, a chwilę później ów mężczyzna z czułością i ukłonem pocałował w dłoń.
-Mogę się dosiąść i potowarzyszyć pani?
-Proszę bardzo. Ławka moją własnością nie jest- mówiła kurtuazyjnie.
-A właściciel tych pięknych ocząt i uśmiechu istnieje? – zapytał, siadając obok.
Chciała już powiedzieć mu co myśli o takich zalotach, ale kącikiem oka dostrzegła Marka i to, że patrzy w ich stronę i podąża do ławki, to zmieniła zdanie.
-Kto wie? Może właśnie się pojawił? - odparła, uśmiechając się słodko.

Marek tymczasem z podszeptów Wioletty szedł już w stronę Uli i blondyna, ale jego uwagę przykuła rudowłosa piękność i zawrócił z obranej drogi. Ula zaś nie doczekawszy się pojawienia go, spojrzała w bok i dostrzegła rozmawiającego z jakąś nieznajomą dziewczyną.


-Witaj- rzekł, podkreślając uśmiech. —Marek Dobrzański.
-Kamila Malicka. Siostra cioteczna jubilata- odrzekła, podając z gracją rękę.
-Najlepszy przyjaciel Sebastiana- mówił, całując dłoń. —Seba nie wspominał mi, że ma tak uroczą krewną.
-Może dlatego, że mało się spotykamy i daleko mieszkamy. Jesteśmy spod Wilna- wyjaśniła.
-Tym bardziej cieszę się, że znalazła się okazja do poznania- mówił zauroczony jej urodą, ale również spoglądając na Ulę i nieznajomego mężczyznę obok niej.
-Również jesteś lekarzem? -zapytała, uśmiechając się słodko
-Broń Boże. Pracuję w urzędzie w urbanistyce, a rodzinnie to mamy firmę cukierniczą Febo & Dobrzańscy.  A twoja rodzina nie prowadzi przypadkiem firmy odzieżowej Maliccy firma z fasonem? Sebastian coś kiedyś wspominał.
-Dokładnie tak. Maliccy firma z fasonem to my.

W innej zaś części ogrodu Sebastian ponownie rozmawiał z Piotrem. Sosnowski był akurat sam to on jako gospodarz i jubilat czuł się zobowiązany zajmować gośćmi.  Nawet tymi, za którymi nie przepadał.
-Gdzie zgubiłeś dziewczyny? - zagadnął.
-Miały jakieś sprawy do obgadania i odeszły- odparł Sosnowski. —Ale mam nadzieję, że szybko się odnajdą w tym tłumie. Są niezmiernie interesujące. Piękne, dystyngowane, z temperamentem, błyskotliwe. Mało, kiedy kobieta ma tyle zalet- komplementował Sosnowski.
-Bo takie są- przytaknął z zadowoleniem Sebastian. —Dlatego je tak lubię.
-Nic tylko brać i nie czekać panie kolego- dodał.
-Nie da się ukryć, że Ula to ładna i interesująca dziewczyna- ponownie przytaknął koledze z pracy.
-Tylko ja mówię o Wioletcie- oznajmił mu Sosnowski. —Widać, że ma charakterek a Ula taka spokojna gąska.
-Wiolka to moja dziewczyna i wara od niej- wtrącił zdecydowanie. —Mało masz dziewczyn wokół siebie. I nie myślę tylko o tych tu obecnych.
-Tylko że ta warta jest zachodu kolego- odparł sugestywnie.
-Radzę ci, odpuść ją sobie.
-Jeśli nie, to co? – pytał arogancko.
-To nie będę patrzył na koligacie rodzinne z dyrektorstwem szpitala- mówił, cedząc słowa. —Karta pacjenta niejakiego pana Józefa Kluski ciągle istnieje doktorze. I chcę przypomnieć, że dzięki przytomności siostry Anieli i mojej pan Kluska żyje do dzisiaj. Teraz chyba wystarczająco dobrze się wyraziłem kolego. Od Uli też trzymałbym się z daleka- dodał na koniec. —To dziewczyna przeznaczona dla mojego przyjaciela.

Kwadrans później Wioletta, która szła do Sebastiana, aby spytać go o osoby rozmawiające z Ulą i Markiem natknęła się na Piotra. Zatrzymała się na chwilę przy nim, bo o jego zainteresowaniu jej osobą nie wiedziała. Nie chciała być też   nieuprzejmą. Sebastian zaś patrząc na trzy rozmawiające pary nie wiedział, w którą stronę udać się najpierw. Na jego szczęście do Piotra i Wioletty dołączył jego stryj, to Kubasińska opuściła jego towarzystwo. Sebastian w międzyczasie zaś wybrał Wiolettę i szedł już w jej stronę.
- Wiola całej waszej trójki nie upilnuję- rzekł, gdy się spotkali. —Na prawo Ula, na lewo Marek a ty pośrodku. Chociaż ty mogłabyś nie gadać z Sosną. Powiedział mi, że jest tobą zainteresowany, a nie Ulką.
-Poważnie mówisz? – zapytała podejrzliwie.
-Nie żartowałbym w tych sprawach- wtrącił. —Co chciał?- pytał ze wzburzeniem. 
-Tak ogólnie pytał o pogodę i jak się bawię.
-To dobrze, bo myślałem, że nic do niego nie dotarło. Co mnie w ogóle podkusiło, żeby zapraszać go i wymyślać plan zazdrości. Sama gadka o syfilisie może by wystarczyła Markowi.
-Troska o przyjaciela kierowała tobą- odparła spokojnie. —A ten cały Piotr nic mnie nie interesuje Cebulku, więc się nie denerwuj. Ale miło, że jesteś zazdrosny- dodała również. —To z kim Ula i Marek teraz rozmawiają?
-Z Kamilą i Emilianem- zaczął wyjaśniać. —To moje cioteczne rodzeństwo. Mieszkają pod Wilnem, są bliźniętami i przyjechali na cały wrzesień. Nie jestem z nim jakość szczególnie mocno związany i nie podoba mi się ta ich poufałość z Ulą i Markiem. Kamila to kusicielka i flirciara a Emilian nie jest lepszy. Ma podobno do tego nieślubne dziecko z panną z okolicy.
-Nieźle i fatalnie- rzekła z otępieniem na rewelacje Olszańskiego.  
-Katastrofalnie rzekłbym nawet- dodał Sebastian. — Ze Sosnowskim miało być na niby, a wyjdzie na to, że inni się przyplątali na poważnie. 
-Trzeba Uli i Markowi powiedzieć prawdę o Emilianie i Kamili- zadecydowała Wioletta.  —Zanim całkiem się nie rozejdą.
-Dokładnie tak Wiolka- przytaknął. —Ja pogadam z Markiem, a ty Ulką się zajmiesz. Chciałem wyswatać Ulkę i Marka, a oni jeszcze w jedną rodzinę wejdą- dodał krytycznie.

W drugiej części ogrodu natomiast Marek i Ula mieli okazję przypadkiem spotkać się i porozmawiać. Ula wychodziła z ogrodu różanego, a Marek akurat przechodził obok furtki. Musiał też przyznać, że urodą wielokroć przebijała Kamilę.  


- Witaj Ulijanko- zaczął   
-Musisz być złośliwy i mówić tak do mnie- odparła, nie wysilając się na przywitanie.
-Ciebie też jakże miło widzieć- odparł ironicznie. —Przeczytałem w końcu twój list.
-Coś to zmienia? - pytała, patrząc mu w twarz, jakby chciała tam wyczytać odpowiedź. — Nie było w nim nic, ponadto to co powiedziałam prędzej.
-Nie jest łatwo zapomnieć o kłamstwach. I miłości- dodał w myślach.
-Czyli nie- sama sobie odparła bardziej konkretnie.
Rozmowę przerwał im Bartek Dąbrowski, który przywiózł urodzinowy tort od rodziny Marka. Zarówno Ula, jak i Marek znali go. Marek od dziecka i znacznie lepiej, bo z wioski, a Ula przelotnie z zamierzchłych czasów, gdy był zatrudniony jako dostawca w F&D i pojawiał się również w ich cukierni.


- Dobry- rzekł mało uprzejmie. —Nie wiecie, gdzie mam to dać?
-Bartek? Co tu robisz? Zatrudnili cię ponownie? - pytała Ula, widząc napis na kartonie Cukiernia Szarlotka ul. Złota 55.
-Tak wyszło. A to, co piszą o was w Skandalikach Warszawy to prawda?
-Nie twoje sprawy Bartek- odparł mu niegrzecznie Marek.
- Nie moje, ale temat do gadania jest. To, gdzie mam to dać?
-Tam jest rodzina Sebastiana, to ich spytaj- odparł ponownie Dobrzański, pokazując ręką grupę osób.
-To znaczy, że czytałeś artykuł- ni stwierdziła, ni zapytała, gdy Dąbrowski oddalił się wystarczająco daleko.
-Trudno było przeoczyć Ula. Nie martwiłbym się jednak zbytnio tym, co piszą.
-Nie byłabym taka pewna- odparła sceptycznie. —Skoro nawet Bartek wie i ma swoje zdanie, to inni mogą naprawdę myśleć, że jest coś między nami.
-Jego akurat nie warto słuchać- argumentował. —Przepił ojcowiznę i teraz bawi się w Syna Marnotrawnego. Pomijając to, że ledwo szkołę skończył. Inni zaś pogadają i przestaną, jak znajdzie się inny temat w tej gazecinie. Zobaczysz, że wszystko umrze śmiercią naturalną.
- Niesmak jednak pozostanie Marek. Mama już mi wytyka, że znalazłam się w gazecie.
-Na mamę nic ci nie poradzę- wtrącił. —Z moją już mam kłopoty. Lepiej chodźmy do Sebastiana.  Dzieli tortem, a resztek dostać nie chcę.
-Nie wiesz, że kto zjada ostatki ten piękny i gładki- odparła, aby coś powiedzieć.
To sobie porozmawialiśmy- myślała, idąc z nim w stronę grupy osób i przyglądając się dyskretnie. Ani kroku w tył, ani w przód. Dosłownie w martwym punkcie utknęliśmy. Mogłam jednak spodziewać się tego. To już naprawdę koniec mojej bajki o księciu Marku.



-Jeszcze nie zdążyłem złożyć ci nawet życzeń- rzekł Marek, gdy dostał swój kawałek tortu i była chwila na rozmowę z przyjacielem.
-Skoro byłeś zajęty moją kuzynką, to nie dziwota- odparł z naganą Sebastian.
-Bardzo atrakcyjną kuzynką- sprecyzował.
-Atrakcyjna jest, ale niestała w uczuciach.   Zmienia starających się jak rękawiczki. Rozkochuje i porzuca. Ot co.
-Czyli trafił swój na swojego- odparł z rozbawieniem. —Ja bałamut a ona kusicielka.
-Czy ty musisz być taki cyniczny? - mówił ze wzburzeniem.  —Z Pauliną plan nie wyszedł, to chcesz znaleźć sobie drugą? To możesz być pewny, że powiem Kamili o twoich planach i że to Ulę kochasz.
-A, czy to ważne Seba, kogo się kocha? - rzucił z lekceważeniem. — Ważne, żeby układało się między małżonkami, a my mamy podobne charaktery, to nie może się nie udać.
-Słyszysz w ogóle, co mówisz? – pytał ze zdenerwowaniem. —Może zrobić z ciebie rogacza. Nie tylko faceci mają kochanki.
-Zwłaszcza te, które mają starych mężów i potrzebny jest im jary kochanek- wtrącił. — Ja jestem jednak młody i jary. I najważniejsze, żeby tylko dziecka innego nie przyniosła do domu- dodał, uśmiechając się szelmowsko.
-Nic tylko strzelić cię w ten zakuty łeb Marek- odparł na jego ironię.
Ula również miała podobną rozmowę z Wiolettą.
-Co widzisz w tym Emilianie? – zapytała bez ogródek. —Cebulek mówił, że ma naturę podrywacza.
-Nic nie widzę- odparła, wzruszając ramionami.  —Podszedł do mnie, to pozwoliłam mu się dosiąść. I to już prędzej Marek widzi coś w jego siostrze i chyba tylko do mnie ma uprzedzenie.
-To żadne uprzedzenia tylko jego widzi mi się- żachnęła Wioletta.
-Jak zwał tak zwał Wiola, ale prawda jest taka, że, zaczynam wątpić w słowa Sebastiana, że Marek boi się miłości i że nie zasługuje na mnie.
-A gdybyś tak zaczęła coś widzieć w Emilianie- zasugerowała delikatnie.
 -Jak widzieć?
-Ula, jakby Marek troszkę popatrzył na to, że ktoś zainteresował się tobą i pozazdrościł, to by mu nie zaszkodziło. Kto wie, czy proste rozwiązania nie są najlepsze. Może przestanie myśleć o tej Kamili.
-Myślisz Wiola? – mówił, ale bez wiary. —Widział mnie z Emilianem i słowem nie pisnął.
-Co myślał, to nie wiemy. A w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone Ula.



Bartek tymczasem zazdrościł wszystkim, że bawią się, mają lepsze życie niż on i że musi im usługiwać i pracować. Do matki również miał żal, bo choć przyjęła go z powrotem pod dach, to postawiła warunek, że nie będzie na jej utrzymaniu. Nawet to, że ubłagała Dobrzańskich na drugą szansę dla syna, było dla niego nie do zniesienia. Najbardziej jednak zazdrościł Markowi, bo znał go od dziecka i zawsze miał lepiej niż on.  Teraz zaś jedynie czego chciał to żyć w miarę dostatnio i nic za dużo nie robić.

CDN PO DYLIŻANSIE 3 POSTY DALEJ