poniedziałek, 14 maja 2018

Panicz Marek cz. 6


Czterdziestodwuletnia Anna Ignaczak z domu Cieplak nazywana przez wszystkich Anką była od ponad dziesięciu lat bezdzietną wdową, mieszkającą kamienicę dalej od Cieplaków. Kobieta była też matką chrzestną Uli i Cieplakówna często bywała u niej i rozmawiała jak z najlepszą przyjaciółką. Mogła się jej zwierzyć i być pewnym, że nie rozpowie nikomu jej sekretów. To zaś nie podobało się Magdzie, bo szwagierka miała to do siebie, że włóczyła się po klubach, paliła papierosy, piła alkohol w towarzystwie mężczyzn i lubiła się bawić. Uważała nawet, że ma gorszy wpływ na córkę niż Wioletta. Nigdy jednak nie dopuściła się jakiegoś skandalicznego występku, co mogłoby doprowadzić do oziębienia ich relacji i zabronienia dzieciom widywania się z ciocią. Ula i jej rodzeństwo bowiem swoją ciocię uwielbiali i chodzili do niej pomimo niechęci matki. Ciotka też była wtajemniczona w jej miłość do Marka i całe zamieszanie z imieniem i pracą.
Dzień po spotkaniu z Markiem popołudniem Ula ponownie zagościła do cioci.


-Piękne kwiaty– rzekła tuż po wejściu. —Ciocia poznała w końcu kogoś? –dopytywał z nadzieją, bo życzyła jej jak najlepiej.
-Nie, kochanie- odparła, podając jej kwiaty. —Są dla ciebie i narobiłaś niezłego zamieszania u mnie w pracy. Posłaniec szukał jakiejś Janki, a że nikt taki u nas nie pracuje, to założono, że miało być Anki, czyli dla mnie. W dodatku liścik zdążył obejść całą kancelarię szkolną i tak z dnia na dzień dorobiłam się adoratora. Dostałam nawet gratulację.
-Przepraszam, że miałaś przeze mnie kłopoty– mówiła, czytając jednocześnie bilecik.
Twoje oczy są jak najpiękniejsze błękitne niebo, a uroda i uśmiech jak słońce, które nigdy nie gaśnie. I gdybym tylko mógł, to podarowałbym Ci ten kawałek nieba, żebyś zawsze była roześmiana i szczęśliwa. 
Z podziękowaniami za wczoraj i liczę na więcej takich pogodnych dni.
-Mogę kwiaty zostawić tutaj cioci? – zapytała prosząco. —Wzięłabym tylko bilecik i jedną różę do zasuszenia na pamiątkę. Schowam w sekretarzyku i będę patrzyła na nią wieczorami.
-Innego wyjścia nie masz kochanie- rzekła klarownie. —Matka spokoju nie dałaby ci, dopóki nie dowiedziałaby się od kogo. 
-Dokładnie. Nawet mogę sobie wyobrazić, jak to mama próbuje otworzyć mój schowek w sekretarzyku albo jak każe mnie śledzić, aby tylko uchronić mnie od utraty dziewictwa z byle kim.
-I tu się z nią zgadzam – odparła zdecydowanie ciocia.  —Marek to bałamut i na jakiekolwiek związki dobrym materiałem nie jest. A to że jesteś z równie dobrego domu co on, to nie ma znaczenia. Niejedna szlachcianka czy hrabianka chciałaby zostać panią Dobrzańską i nic z tego nie wychodziło.  Ty w dodatku udajesz zwykłą panienkę i jesteś w jego guście. Nie chcę, żebyś później płakała po nim albo miała załamanie nerwowe.
-Ciociu może i jestem wyemancypowana, ale znam granice i nie dam się Markowi zhańbić- wtrąciła równie zdecydowanie. —O to możesz być spokojna.
-Obyś kochanie miała tyle silnej woli- mówiła bez wiary. —Te oczy i uśmiech zniewalają- argumentowała.
I to, jak zniewalają- pomyślała z rozmarzeniem. Jedno spojrzenie i jeden uśmiech powodują szalone myśli, że mnie całuje.  
-Znasz mnie i sama wiesz, że nic głupiego i nieprzemyślanego nie zrobię- przekonywała, akcentując mocno słowa.  
-Tylko tak się wydaje, że panujesz nad uczuciami Ula -mówiła wyraźnie zatroskana o bratanicę. —Nie masz doświadczenia w tych sprawach. Jeden pocałunek w usta możne spowodować, że oddasz mu się bez protestów.
-To gdy zacznie coś się dziać, to powiem prawdę, kim jestem. A na razie jesteśmy znajomymi i nie ma się czego obawiać.
-Właśnie Ula, znajomymi a mężczyźni jego pokroju zaczynają od zwykłej znajomości- stwierdziła z wyraźną przestrogą.
Marka znała bowiem od czasów, jak był jeszcze dzieckiem i wpadał do cukierni Cieplaków. Z czasem ich widywanie przeniosło się na kluby, ale nigdy okazji na rozmowę osobiście nie mieli.  Przypuszczała nawet, że jej nie pamięta, a sama przypominać się nie chciała. Ona zazwyczaj bawiła się w towarzystwie przyjaciół poznanych jeszcze w czasie wojny, a on w towarzystwie znacznie młodszych osób. Wśród nich nie brakowało marnych aktorek, frywolnych panienek czy posługaczek. Wdową czy rozwódką, jak zauważyła, również nie pogardzał.

Marek tymczasem po pracy spotkał się z Sebastianem. Musiał koniecznie opowiedzieć przyjacielowi o wczorajszym spotkaniu to zadzwonił do niego do pracy.  Miał szczęście zastać go i namówił na małe co nieco to pobliskiego lokaliku.   


-Marek tylko tak szybko, bo nie chcę spóźnić się na pierwsze spotkanie z Wiolettą i do teatru- rzekł mu Olszański, gdy dosiadł się do stolika.
- Tak na szybko Seba to zamówiłem dla nas po koniaku i Janka jest taka inna …
-Mówiłem ci, ale nie chciałeś mnie słuchać- wtrącił. —Ja tyle z nią nie rozmawiałem co ty, ale z opowiadań Wioletty wiem, że warta jest uwagi.
-To, to ja też wiem- stwierdził klarownie. —Chcę powiedzieć, że jest tajemnicza, ma błyskotliwe riposty, cięty języczek i wiedzę, jak mało która kobieta.
-No, to ktoś w końcu godny twojej uwagi- odparł z gratulacjami i poklepując po ramieniu. —Do tej pory marudziłeś, że wszystkie panny są nudne i głupie.
Zastanawiał się też czy nie jest, to odpowiedni czas na powiedzenie Markowi prawdy kim jest Janka. Stwierdził jednak, że jeszcze nie.
-A jeśli to tylko moje złudzenia i Janka nie jest taka błyskotliwa? - ni to spytał, ni stwierdził. 
-Wątpię Marek, że złudzenia- rzekł przekonująco.  —Ja na twoim miejscu zastanowiłbym się raczej, w jakim kierunku ma iść ta znajomość- radził.
-Do łóżka- odparł bez zastanowienia. —Ma takie piękne usta i słodki uśmiech. A później zobaczymy.
-Jak ci tylko łóżko w głowie to się ożeń- rzucił zirytowany. — Będziesz mieć prawie co noc miłosne uniesienia i nic nie będzie cię to kosztowało.
-Z żoną co noc? - zakpił.  — Nawet co tydzień nierealne Seba. Kto tak robi, bo ja nikogo takiego nie znam.
-Ja znam i zapewniam, że można- mówił, spoglądając na zegarek. —Czas na mnie Marek- dodał, wstając od stolika. —Mojej damie nie mogę pozwolić czekać.
Po spotkaniu z przyjacielem i rozmowie na temat spraw łóżkowych, nabrał ochoty na parę chwil spędzonych w ramionach kobiety, to chociaż nie był umówiony, to pojechał do Sonii ich praczki. Nie widzieli się już trzy tygodnie i brakowało mu jej pieszczot i kształtów. Musiał jednak obejść się smakiem, bo przed jej domem dostrzegł samochód innego z jej kochanków. O tym, że nie jest jej jedyny kochankiem, wiedział doskonale i nie przeszkadzało mu, chociaż Sebastian mówił mu, że to nie jest rozsądne. Na igraszki zaś z inną ochoty nie miał, bo Sonia potrafiła najlepiej zaspokoić jego potrzeby, a tego właśnie potrzebował. Do klubu samemu też nie chciało mu się iść, to pomknął motorem do Rysiowa.
Do domu dotarł tuż przed kolacją i wchodząc do holu, usłyszał koniec rozmowy rodziców na temat Uli Cieplak.
-Ten cały Janicki to musi być jakiś ordynarny typek- usłyszał z ust matki, choć nie wiedział, o kogo chodzi i o co chodzi.
- Niestety, ale tak jest- usłyszał w odpowiedzi od ojca. —Na szczęście Ula przywołała go do porządku i drugi raz ręce będzie trzymał przy sobie, a język w ustach.
-Widać, że Ula jest nie tylko mądra i piękna, ale i z charakterem- ponownie usłyszał matkę, która nawiązywała do początku rozmowy, której nie słyszał.
Przekraczając próg salonu i dołączając do rodziców, obiecał sobie, że musi w końcu wpaść do ojca do pracy i obejrzeć  tę pannę Cieplak.

We firmie pojawił się już dzień później i skierował się prosto do gabinetu ojca. Drzwi były otwarte, to zajrzał, ale zarówno biuro ojca, jak i sekretariat świeciły pustką.


Nie zdążył jeszcze wyjść, gdy usłyszał głos ojca dobiegający z korytarza a mówiącego, że Ula zresztą sama wie, jak to zrobić.  Chwilę później pojawił się z jakąś młodą kobietą w drzwiach, a on jak myślał mógł zobaczyć sławną pannę Cieplak. Dziewczyna na jego widok, jak to bywało zazwyczaj, gdy spoglądał na kobiety,  zarumieniła się i spuściła wzrok.  On zaś rozczarował się mocno.


To jest ta Ula i piękność- pomyślał z niechęcią. Co w niej rodzice widzą?  Do Janki, Sonii czy innej znanej mi panny daleko jej. I jeszcze ta koszmarna grzywka została z dawnych czasów. Zdecydowanie nie w moim typie.
Nie przypuszczał nawet, że miał pecha i spotkał ojca z panią Krysią, a Ula była w tym czasie poza firmą. Zdziwił się też, że ojciec nie przedstawił ich sobie, ale o powody nie pytał.  
-Co sprowadza cię do mnie? – zapytał tymczasem ojciec, gdy kobieta dygnęła i zniknęła za innymi drzwiami.
-Mama- odparł. —Za trzy tygodnie są jej urodziny i chciałem porozmawiać o prezencie.
-Ciekawe synu- rzekł wyraźnie zdziwiony. —Nigdy takie sprawy zbytnio nie interesowały cię.
-Ale teraz są mamy pięćdziesiąte piąte urodziny i to ładna liczba- odparł. 

 Po opuszczeniu rodzinnej firmy pojechał do Sonii. Tym razem miał więcej szczęścia niż poprzedniego dnia i dostał, to po co przyjechał.
-Zacznę chyba być zazdrosny o innych-  rzekł, gdy leżeli spleceni w miłosnym uścisku. —Wczoraj byłem tu, ale zajęta byłaś- dodał, gładząc ją po nagich biodrach i udach.
-Twoja wina, bo zaniedbałeś mnie w ostatnich trzech tygodniach- mówiła z wyrzutem. — Myślałam nawet, że inna się znalazła. 
Było to poniekąd prawdą, bo Anielka kramarka nie sprawdziła się w tych sprawach, a z Rozalią koniec końcem do niczego nie doszło i postanowił wrócić do dawnej kochanki.
-Tak łatwo nie sposób cię zastąpić Soniu- przymilił się słodko. —Jesteś najlepsza w tych rzeczach. A nie było mnie, bo miałem sprawy rodzinne.
- Przyjęcie rodzinne- ni to stwierdziła, ni zapytała.  —Czytałam w Kurierze notatkę.
-Dokładnie- odparł, wstając z łóżka. —Czas na mnie.
-Odwiedzaj mnie częściej Marek- rzekła zapraszająco i patrząc, jak się ubiera. —Tęskniłam przez ten czas, a inni nie mogą równać się z tobą- dodała, głaszcząc go po jeszcze nagim torsie.
-Na takie zachęty nie mogę być obojętny- odparł, to co chciała usłyszeć.
-Jutro mam również wolne- dodała. —Z przyjemnością powtórzę dzisiejszy dzień.
-Jutro nie Soniu- z miejsca storpedował jej plany. —Mam ważne sprawy- dodał, wsuwając jej za dekolt banknot za usługę.
Wychodząc z jej mieszkania, był już myślami na spotkaniu z Janką. Janka dawała mu przyjemności umysłowe a Sonia cielesne. Nie przypuszczał też, że spotkania z Sonią wkrótce się skończą.
Gdyby można było połączyć, to wszystko w jedno jak mówi Sebastian, to byłoby idealnie- pomyślał jeszcze.

Na spotkanie z Janką, Marek dotarł pierwszy i czekał cierpliwie na nią przed wejściem do oranżerii. Dokładnie nie wiedział, czy przyjdzie pieszo, czy może przyjedzie autobusem, to rozglądał się w obie strony. W końcu dojrzał ją idącą od prawej strony, to wyszedł naprzeciw. 


-Miło ponownie cię widzieć Janko- rzekł z uczuciem, gdy spotkali się już.   
-Również miło- odwzajemniła uprzejmość. —I dziękuję za kwiaty. Są piękne, ale nie powinieneś przysyłać ich do pracy. Spore zainteresowanie wywołałeś tym bukietem.
-Adresu domowego nie znam, więc…
-Do domu tym bardziej nie- wtrąciła. —Jeśli już musisz kupować mi kwiaty to mały bukiecik stokrotek na przykład.
-Zapamiętam Janko- mówił nie wiedząc, że pan stojący obok nie stoi tam przypadkowo. —To dokąd idziemy najpierw. Ogród kwiatowy, palmy czy roślinność egzotyczna.
-Palmiarnia- odparła bez zastanowienia. —Lubię taką roślinność.
-To powinnaś przyjść do mojego ojca do firmy. Ma niezły okaz palmy u siebie w gabinecie. Mama wyhodowała ją od małej sadzonki i jest u nas od lat.
Wiem i to nawet nie wiesz jak dobrze- myślała. Tam też zakochałam się w tobie i tam złamałeś mi serce. Miałam trzynaście lat ty dwadzieścia trzy i całowałeś pod palmą Ritę naszą pracownicę.
W tej restauracji Adria jest podobna- kontynuował tymczasem Marek. —Może po zwiedzeniu oranżerii poszlibyśmy tam na kolację? –zaproponował nieoczekiwanie.
-A rezerwacja nie jest potrzebna? – spytała, bo była tam raz i po uprzedniej rezerwacji.
-Jestem stałym bywalcem, to powinno udać się bez – odparł zachęcająco. —To, co Janko tak oficjalnie. Uczyni mi pani ten zaszczyt i będzie towarzyszyć na kolacji- mówił, biorąc za rękę.
-Nie wiem, czy wypada Marek- oznajmiła z bólem, bo choć chciała iść, to nie mogła, bo było to w pobliżu jej domu i mógł ktoś zobaczyć ją idącą z Markiem.  —To znaczy źle bym się tam czuła- dodała.
-Janko nie daj się prosić– mówił z maślanymi oczami.
-To zrobimy inaczej – odparła, bo nie mogła oprzeć się jego spojrzeniu. —Niedaleko stąd jest taka mała restauracyjka Sto smaków, to możemy tak iść. Kawioru nie mają, ale dobre pierogi i omlet na pewno.
-Zgoda- odparł bez zastanowienia, bo oznaczało to więcej czasu spędzonego z Janką. —A na razie zabieram cię do palmiarni.

piątek, 11 maja 2018

Panicz Marek cz. 5


Po odjechaniu ostatniego gościa Marek z Sebastianem mieli czas na podsumowania całego popołudnia. Usiedli w gabinecie pana Dobrzańskiego z kieliszkami dobrego alkoholu i zajęli się rozmową.


-Całkiem udane było to przyjęcie- zagadnął Olszański. —A tak bardzo obawiałeś się, jak je przeżyjesz i że będą te same panny co zawsze.  
Nawet bardzo udane- pomyślał, a mając głównie na myśli poznanie Uli.
-Tak czasami bywa Seba, że jak liczy się na coś i czeka, aż coś się zmieni w życiu to nic, a jak wydaje się, że nie ma na co liczyć i spodziewać się czegoś to czeka nas niespodzianka- odparł głośno.
-Trochę filozoficzne, ale w sumie masz rację. Tylko ten incydentu z Pauliną i Janką  napiął atmosferę przyjęcia- dodał medyk, uważając, aby nie pomylić się i nie powiedzieć z Ulą. —Bardzo nerwowa ta twoja była wybranka.
-Rodziców wybranka, jak już, nie moja- sprecyzował. —I najwidoczniej kilkumiesięczny pobyt Pauli w innym otoczeniu dla podreperowanie nerwów, jak mawiają jej rodzice, nie pomógł jej. Dalej jest nerwowa i wpada w pasje z błahego powodu.
-Nerwowość trudno leczyć- odparł. —Nie musiałeś jednak całować jej od razu i tak przy wszystkich. Zacznie sobie jeszcze coś wyobrażać. Albo przysporzy ci kłopotów.  
-Wiem, że nie musiałem, ale do rodziców chciała lecieć ze skargą, a właśnie wyjeżdżali do opery i nie chciałem, żeby głowę im zawracała błahostką- tłumaczył zawzięcie.
- Uważaj Marek, bo uwierzę, że ci o rodziców chodziło- zakpił wyraźnie Sebastian. —Większych trosk im dostarczasz niż to nieporozumienie. Jankę miałeś na uwadze. Spodobała ci się i nie chciałeś, aby miała kłopoty.
-Kłopoty na początek znajomości nie są dobre, a tak wychodzimy razem- mówił z zadowoleniem.
-Tak wiem. Dwa razy mówiłeś mi.  A radosny przy tym jesteś jak szczygieł na wiosnę. Może ta Janka to akuratna panna dla ciebie- zagadnął również. —Nie tylko piękna, ale i …
-Akuratna to akurat już jest dla mnie- wtrąciła z szelmowskim uśmiechem.  —Ma najpiękniejszy uśmiech i oczy, jakie kiedykolwiek widziałem.
-Ty jak zawsze o walorach zewnętrznych, a ja myślałem o jej osobowości. Może ma równie piękną osobowość co buzie Marek i jest mądra. Na jakąś chimeryczkę czy histeryczkę też nie wygląda.
-Lanie wody Seba. Ideał kobiety nie istnieje- dodał dosadnie. 
-Żebyś się jeszcze nie zdziwił- odparł.

Tymczasem w czasie antraktu w operze państwo Dobrzańscy spotkali właściciela Domu Bankowego zajmującego się ich finansami, pana Karola Małeckiego. Bankier dobrych wiadomości dla nich nie miał.
- Był u nas ostatnio państwa syn- oznajmił im, po przywitaniu.  —Najpierw wypytywał pracownika o kredyt, a dwa dni później wypłacił sporo pieniędzy ze swojego konta. Mógłby kupić za to spore mieszkanko w centrum. Miałem nawet dzwonić do państwa w tej sprawie.
-Po co mu te pieniądze wie pan? – pytał Krzysztof.
-Tego bank nie wymaga. Wiem jeszcze, że w zastaw pożyczki proponował posiadłość w Lisowie.
- A tak ma taką swoją odziedziczoną po dziadku, ale są to aktywa i dobra rodzinne i nie powinien pozbywać się niczego- odparł znajomemu. Będę musiał porozmawiać z nim poważnie- dodał ze wzburzeniem. —Całe dnie spędza poza domem i pewnie hula w tym Klubie 26 albo w gorszych przybytkach. I dziękuję, że mówi nam pan o tym.
-Rozumiem pana w całej rozciągłości- odrzekł mu klarownie Małecki. Mam syna w tym samym wieku i wiem, że chociaż są dorośli, to robią głupie rzeczy i kłopotów przysparzają. Wytłumaczyć się z błędu łaskawi też nie są. Albo tak tłumaczą, że nie można być pewnym czy kłamią, czy prawdę mówią.
-Tego właśnie obawiam się najbardziej panie Karolu, że i tak nie powie, po co były mu te pieniądze- wymruczał posępnie.
- I dlatego proponuję wynająć detektywa, który mógłby państwu pomóc i delikatnie sprawę wybadać- zaproponował Małecki.  —Znam kogoś takiego. W banku miałem oszusta i zdemaskował go w mig.
-Może to dobry pomysł- podchwyciła Helena.
-Bylibyśmy wdzięczni- odparł i Krzysztof.
-Nazywa się Barański. Przy sobie jego wizytówki nie mam, ale w poniedziałek zadzwonię do pana do firmy i podam kontakt.
-Tak, tam najlepiej dzwonić- przytaknął Krzysztof. —Im mniej osób będzie wiedziało o tym, tym lepiej, a w posiadłości ktoś się zawsze kręci.
- Dyskrecja to podstawa jak brzmi hasło pana Barańskiego- wtrącił bankier.
-Tego będę właśnie potrzebował- odparł Krzysztof. 
Chwilę jeszcze porozmawiali na temat opery i finansów, a po usłyszeniu gongu oznajmiającego, że antrakt zbliża się do końca, to pożegnali się z bankierem i rozeszli.
- Oby nie łożył na dziecko- rzekła Helena, gdy szli w stronę sali. —Pamiętasz, jak ze dwa tygodnie temu pisali o tej aktorce i jej dziecku.
-Pamiętam, ale za taką kwotę mógłby na całą armię dzieci łożyć Helenko.
-Trzeba porozmawiać z nim o jego prowadzeniu się i przyszłości- dodała jeszcze Helena. —Nie wspominając nic o tych pieniądzach.
-Trzeba – przytaknął Krzysztof.

Niedziela w Rysiowie minęła spokojnie i bez wypytywania Marka o jego prywatne sprawy. Nie było też czasu na rozmowę, bo trzeba było pojechać do kościoła na sumę, zjeść bardziej uroczysty obiad i zarządzić sprzątanie po przyjęciu.  Ciągle też bawił u nich Sebastian i Dobrzańscy nie chcieli rozmawiać z synem o jego związkach czy nieślubnych dzieci przy obcych. Temat podjęli dzień później, gdy Marek zjawił się na kolacji.  Pretekst do rozpoczęcia rozmowy zaś sam się znalazł, bo do uszu Dobrzańskich dotarły nowiny o pocałunku ich syna z Pauliną Febo.


-Co miało znaczyć te publiczne całowanie się z Pauliną? -zapytała wprost Helena, gdy całą trójką byli jeszcze w salonie.   
-To mama już wie? -zapytał ironicznie, choć pocałunek na oczach kilku osób nie mógł przejść bez echa, był nierozsądny i przyniósł kłopoty, jak przewidywał Sebastian.
-I to od kilku osób- odparła dosadnie. 
-To nie było nic ważnego- rzekł błaho, nalewając sobie koniak.  —Zaskoczyła mnie- postanowił również skłamać z nadzieją, że szczegółów rodzicielka nie zna.
-Paulina inaczej myśli- do rozmowy dołączył Krzysztof. — Rozmawialiśmy dzisiaj z nią i twierdzi, że znowu będziecie razem.
-Zapewniam was, że ja tak nie myślę- mówił pewnie, siadając obok matki na sofie. —Paulina to przeszłość, do której nie zamierzam wracać. Wystarczająco mocno ją znam, aby wiedzieć, jaki ma charakter. Ty mamo sama mówiłaś wiele razy, jak to źle traktuje służbę i osoby niższego stanu.
-Zmieniła się przez te dwa lata- próbowała argumentować.
-Nie sądzę- odparł zdecydowanie.
-Skoro wasze odczucia są tak rozbieżne, to zaprosimy ich jutro na podwieczorek i wyjaśnimy wszystko- zaproponowała Dobrzańska. —To dobre rozwiązanie na wasze obiekcje.
-Jutro to niemożliwe- wtrącił, rujnując plany matki zalążku. —Popołudniu jestem zajęty i nie mogę odwołać tego.
-Ciekaw jestem, co takiego jest ważnego w twoim napiętym grafiku dnia, że nie możesz poświęcić rodzicom popołudnia- dopytywał ojciec.
-Nie to, co macie na myśli- rzekł trochę cynicznie. —Nie będę szlajał się po klubach. Ani po obcych pokojach- dodał, omijając stwierdzenie wycierał czyjeś łóżko.   —A z Paulą sam porozmawiam. Jestem już dorosły i nie potrzebuję pośredników.
-Tylko że twoje zachowanie nie ma nic wspólnego z dorosłością Marek- odparł mu ostro ojciec głównie za jego cynizm. —Ciągle życie traktujesz jak zabawę. Boimy się z matką, że może coś ci się stać w jednym z tych klubów.
- Mało się słyszy o rabusiach czyhających na zamożne osoby- dodała Helena. 
-Nie chodzę po spelunach ani po ciemnych uliczkach mamo- wyjaśnił szybko.
-Jeśli myślisz, że nas to uspokaja, to się mylisz- odparła mu ze zdenerwowaniem. —Rozboje w biały dzień to nie tylko przenośnia.
-To że mnie nie ma, nie znaczy, że jestem wyłącznie w klubie- tłumaczył łagodnie. — Ostatnio we Warszawie zatrzymują mnie również inne sprawy. I z góry wyjaśniam, że tym razem nie jest to kobieta.
-To może oświecisz nas, jak to mówicie, w te tajemne sprawy- odezwał się ponownie Krzysztof. —Nie chcemy, żebyś wpadł w jakieś kłopoty.
-Dlaczego od razu uważacie, że będą to kłopoty? - pytał zirytowany kolejnym brakiem zaufania do niego. —Może coś dobrego robię i może warto dać mi szansę, i pozwolić działać samemu.
-Chcemy tylko uchronić cię od błędów- mówił Krzysztof.  
-A ja chcę tylko udowodnić, że mogę wykazać się zaradnością i dostać więcej zaufania- odparł mu Marek. —Nie powiem nic więcej i kropka.

Dalej niedane było im tematu kontynuować, bo w drzwiach salonu pojawił się Pshemko.  Mistrz mieszkał samotnie niedaleko posiadłości Dobrzańskich i często gościł u pracodawców na obiedzie czy kolacji. Następnego dnia zaś Marek wstał wcześnie rano i zanim rodzice wstali i zeszli na śniadanie, motorem pomknął do Warszawy. Najpierw pojechał do pracy, a później na spotkanie z Ulą.
Krzysztof tego dnia również zaplanował spotkanie. Postanowił bowiem, że dłużej czekać nie będzie i spotka się z panem Barańskim jak najszybciej. Marek bowiem wystarczająco dużo kłopotów dostarczał im, spędzając tym samym sen z powiek. Szczęście dopisało mu, bo umówili się na popołudnie. Detektyw okazał się panem w średnim wieku, wzbudzający zaufanie i Krzysztof liczył na szybkie wyjaśnienie sprawy. Samo spotkanie długo nie trwało. Dobrzański powiedział, gdzie można spotkać Marka, dał zdjęcie i poprosił o sprawdzenie, z kim zadaje się syn i po co była mu spora kwota pieniędzy.

Marek tymczasem nieświadomy poczynań rodziców jechał do parku, w którym umówił się z Ulą vel Janką.  Ulę zauważył już z daleka i wyglądała olśniewająco. Była znacznie piękniejsza niż zapamiętał.


-Witaj- rzekł, ciągle przyglądając się jej.
-Witaj – odparła, a w jego twarzy wyczytała zachwyt. Sam również wyglądał jak z paryskiego żurnalu.


- Miło, że przyszłaś- dodał do powitania i całując w dłoń.
-Należę do słownych osób, to jestem- odparła, rumieniąc się, co uwadze Marka nie umknęło.
-A ja należę do osób dotrzymujących słowa i proponuję spacer i deser lodowy- rzekł  przekornie.
-To dobrze, bo nie cierpię ludzi, którzy coś obiecują, a później co innego robią.   
-Zapamiętam sobie- przyrzekł solennie. —To na co masz najpierw ochotę Janko? Spacer czy lody?
-Najchętniej zostałabym tutaj chwilę i posiedziała. Woda fontanny tak przyjemnie ochładza i jest nawet wolna ławka.  
-Twoje słowa są dla mnie rozkazem moja pani– odparł dostojnie i prowadząc w stronę owej ławki.


Park o tej porze tętnił życiem niań, mam, dzieci i przechodniów, ale Uli to w ogóle nie przeszkadzało i cieszyła się zarówno towarzystwem Marka, jaki i otaczającym ją pięknem i ciepłą pogodą.
- Pięknie tu, prawda Janko- zagadnął, gdy usiedli już i jakby czytając w jej myślach.
-Parki w ogóle są piękne- odparła cicho.  —Nie tylko latem, ale wiosną i jesienią. Tylko zima odbiera im część uroku. A tak szczerzę, to bardzo lubię naturę i trochę zazdroszczę ludziom mieszkającym poza Warszawą. Niektórzy dziwią się, że tak myślę, ale tak jest.  Chciałabym mieć mały domek, mieszkać z psem, kotem,  mieć własny ogród, sad i podwórko, gdzie mogłyby się w przyszłości bawić moje dzieci- mówiła z rozczuleniem i zapominając na chwilę z kim rozmawia.  —A  tak póki co muszę mieszkać w zimnej kamienicy w centrum Warszawy - dodała schodząc z marzeń na ziemię.
-To tak w przeciwieństwie do mnie, bo mam czasami dość życia na prowincji- mówił dla odmiany z zniechęceniem. Od dziecka ciągle to samo otoczenie, rytuały i atrakcje. Zdecydowanie wolę miastowe życie. Kluby, gwar, nieustanna zabawa. Tu we Warszawie czuję się lepiej. Jednak Londyn to dopiero było życie- dodał z westchnieniem tęsknoty.  —Byłem tam na studiach i chętnie wrócił. Żyć, a nie umierać Janko.
-Mi w Paryżu nie podobało się prawie w ogóle- odparła bezmyślnie. —Byłam tam rok temu na wakacjach u Wioletty- dodała szybko. — Jej rodzice opłacili mi wyjazd, bo  pensji urzędniczki nie byłoby mnie stać. Wszyscy gdzieś gonili i zabawa była na pierwszym miejscu. Zresztą sam wiesz, bo miałeś w Londynie to samo.
-Nie tylko z Londynu wiem, ale z samego Paryża- oznajmił jej tajemniczo. Też tam bywałem na wakacjach. Jeszcze z rodzicami jeździłem. Ciekawymi wyjazdami chcieli mi wynagrodzić brak rodzeństwa.  Może gdybym miał rodzeństwo, to nie nudziłbym się tak w Rysiowie. A ty masz brata albo siostrę? -zapytał nieoczekiwanie.
-Tak. Osiemnastoletniego brata i sześcioletnią siostrę- odparła, mówiąc po raz pierwszy prawdę. —Jest więc trochę tłoku w naszym małym dwupokojowym mieszkanku z kuchnią i wodą z pompy na brzydkim podwórzu, którą trzeba wtaszczyć na trzecie piętro- dodała, mijając się tym razem z prawdą, bo do swojej dyspozycji we własnej kamienicy mieli pięć pokoi, duży hol, kuchnię i luksus w tych czasach własną toaletę.
-Dla mnie takie warunki mieszkalne są dość odległe Janko i nie do przeskoczenia– stwierdził z awersją na myśl o jej mieszkaniu. 
-Jak ci ciasno to nabyj kozę i zamieszkaj z nią, a jak wyprowadzi się to stwierdzisz, że miejsca jest zanadto- rzuciła ripostą.
-Zostałem przywrócony do porządku Janko- rzekł z respektem.  —Należało mi się jednak, bo nie powinienem nic mówić na temat kto z kim, jak i w ile żyje.
-Dokładnie. Są ludzie, którzy cenią rodzinę i ci, którzy wolą być sami.
-Ty wyglądasz mi właśnie na domatorkę i romantyczkę- próbował naprawić gafę komplementem.
- Skąd te przypuszczenia? – zapytała, spoglądając na niego z ukosa.
-Bo lubisz przyrodę, dobrze się czujesz w parku i widzę, jak patrzysz na dzieci. Poza tym zazwyczaj każda romantyczka to domatorka.
-Ciekawe spostrzeżenia- wymruczała. —Mogłabym powiedzieć, że każdy pijak to awanturnik, a tak nie jest.
-Interesujące porównanie- odparł pełen podziwu jej błyskotliwych odpowiedzi
Kolejne minuty mijały im na opowieściach z ciężkich czasów zaborów a przypadających na okres ich dzieciństwa. Marek mówił o tajnych lekcjach okolicznych dzieci a odbywających się u nich w posiadłości oraz o goszczeniu ważnych osobowości dla kształcenia się polskości. Ula zaś o swojej cioci i wuju, którzy zajmowali się szerzeniem kultury polskiej. 

Po prawie dwóch godzinach spotkania Ula stwierdziła, że jak na pierwsze spotkanie to wystarczy i przyszedł czas rozstania i powrót do domu. Poza tym nie chciała spóźnić się na rodzinną kolację, a zaplanowaną na osiemnastą trzydzieści. Musiałaby się też tłumaczyć matce, co zatrzymało ją i Wiolettę na mieście. Kubasińska dawała jej też jej alibi i oficjalnie była z koleżanką na jednej z uroczystości poprzedzających rocznicę odzyskania niepodległości.  
-Muszę już wracać- rzekła niechętnie, gdy po zjedzeniu lodów wrócili jeszcze do parku. —Obiecałam mamie, że wrócę na kolacje.
- Oczywiście Janko. Nie powinienem tak długo cię zatrzymywać- odparł grzecznie i zrozumiale. —Mogę odprowadzić cię gdzieś?
-Wystarczy go tamtego ronda- rzekła, uśmiechając się w ramach podziękowań.  —Mam stamtąd tramwaj niemal pod dom.
-Zobaczymy się jeszcze?  - spytał z nadzieją, gdy szli w stronę przystanku. —Było tak miło i jesteś interesującą osobą Janko. Byłbym wielce szczęśliwy móc spotkać się z tobą i pójść na przykład do iluzjonu albo oranżerii Warszawskiej.  
-Skoro tak ładnie prosisz, to chętnie- odparła. —I jeszcze raz dziękuję za lody.
Po rozstaniu z Ulą stwierdził, że w jej towarzystwie czuł się całkiem dobrze, choć do tej pory obracał się w otoczeniu kobiet bardziej hożych, ale mało inteligentnych.  Janka zaś była z tych delikatnych, rumieniących się na dotyk mężczyzny, wygadanych i nie zawsze wiedział, jak ma się zachowywać i co mówić. Ta odmiana nie przeszkadzała mu jednak.  Podobała się nawet i był ciekaw kolejnego spotkania.
Ula natomiast spotkanie traktowała jak spełnienie marzeń i po pożegnaniu się ciągle analizowała je minuta po minucie. Szybko też doszła do wniosku, że z żadnym z chłopaków tak dobrze, jak z Markiem nie rozmawiało się jej i mogłaby ciągnąć spotkanie w nieskończoność. Był też dżentelmenem w każdym calu i okazywał jej to wielokrotnie. Tylko ta niezgodność co do mentalności ich zapatrywań na życie wprowadzała w zniechęcenie.
Dzień później wieczorem zaś wydarzyło się coś, czego Ula z pewnością się nie spodziewała.

piątek, 4 maja 2018

Panicz Marek cz. 4


W czasie, gdy Ula vel Janka i Marek prowadzili swoją rozmowę, to Wioletta i Sebastian galopowali po polach, łąkach i dróżkach Rysiowa. Oboje umiejętności jazdy konnej mieli opanowaną do perfekcji, to pozwolili sobie nawet na wyścigi.


-Nieźle panno Wioletto- rzekł Olszański, gdy Wiola jako pierwsza dobiegła do wyznaczonej mety.
-Wygrałam, bo dał mi pan fory- stwierdziła Wioletta, zeskakując zgrabnie z klaczy. —Myśli pan, że nie wiem o tym.
-Nie chciałem być nieuprzejmy- odparł, zsiadając również z konia.  — I były to małe fory, bo naprawdę świetnie jeździ pani konno.
-Pochlebstwa- rzuciła z politowaniem.  
-Żadne pochlebstwa. Sama prawda- zapewniał. —Auto równie dobrze pani prowadzi, jak konia? - zapytał, wracając do rozmowy, jaką prowadzili w ogrodzie Dobrzańskich na temat automobilizmu.
-Wszyscy, których do tej pory woziłam, to żyją- zażartowała. — Chociaż Ula, taka moja koleżanka — dodała szybko — gdy razem gdzieś jedziemy, to siedzi z różańcem w ręku. Biedaczka boi się, że na zakręcie nie wyrobię i uderzymy w drzewo. Próbuję jej tłumaczyć, że tato szkolił mnie jeszcze przed wyjazdem do Paryża to mam troszkę praktyki i nie ma czego się bać, ale i tak siedzi cała w strachu.
-Odwaga nie zawsze jest dobrą stroną kobiet- odparł. —Za to twój tato nie mógł nachwalić się pani. Peany sypały się ze wszystkich stron. Od urody, intelektu, wrażliwości, elokwencji do zdolności mechanizacyjnych. I widzę, że w niczym nie folgował panno Wioletto.
-To samo mogę powiedzieć o panu- odparła zażenowana komplementem. —Nie wiedziałam, że pochodzi pan z tych Olszańskich i jest synem i wnukiem tych sławnych patriotów walczących o odzyskanie niepodległości.
-Po prostu nie lubię obwieszczać się z tym.  Czy będzie, to afront, jeśli zaproponuję zwracanie się do siebie po imieniu? – zapytał nieoczekiwanie.  
-Nie, nie będzie - odparła, uśmiechając się do niego delikatnie. —Wioletta- dodała, podając z gracją dłoń.
-Sebastian- odparł, całując jej rękę.
Przez resztę spaceru Wioletta opowiadała mu o życiu i byciu córką współwłaściciela fabryki samochodów i konstruktora ich oraz o swojej pracy w największym i najlepszym we Warszawie warsztacie samochodowym. Sebastian zaś opowiadał o swojej pracy w szpitalu i wiejskich przychodniach oraz o swoich sławnych przodkach.

Po powrocie do posiadłości Dobrzańskich, odprowadzeniu koni do stajni i odświeżeniu się, rozeszli się w dwie strony. Wioletta skierowała się w stronę wyjścia, a Sebastian chciał pójść do swojego pokoju. Zatrzymał go jednak głos Marka i Rozalii dobiegający zza niedomkniętych drzwi.  Nietrudno było mu wywnioskować, że zapowiada się na coś, to nie chcąc przeszkadzać im, ruszył za Wiolettą.  Wioletta w tym czasie wyszła już na dwór i dojrzawszy Ulę przy pergoli, podeszła do niej.


- Nie było cię masę czasu – rzekła Ula, jak tylko przyjaciółka pojawiła się obok niej. —Zaczęłam się bać, że zabłądziliście ze Sebastianem albo coś się wam stało.
- Okolice są tu tak piękne, że szkoda było wracać – odparła jej, posilając się kawałkiem pieczonego kurczaka. —Poza tym dawno nie jeździłam a Mila to dobra klacz. A tu coś się działo, jak nas nie było?
-Marek zaproponował mi spotkanie- wyjawiła jej konspiracyjnie.  —Konkretnie spacer i ...
-No proszę- parsknęła z przekąsem, zanim Ula zdążyła dokończyć. —On jednak jest dokładnie taki, jak o nim piszą. I co mu powiedziałaś? Chyba się nie zgodziłaś Ulka? – pytała, nie wiedząc, że z boku pergoli za winogronem stoi Sebastian.
- Powiedziałam, że muszę się zastanowić i że dam mu odpowiedź później. Jeszcze przed końcem przyjęcia– usłyszał w odpowiedzi głos Janki.
-I bardzo dobrze Ula- stwierdziła Kubasińska mocnym akcentem. —Marek nauczony jest do tego, że kobiety z ręki mu jedzą to czas, aby któraś tej ręki mu nie dała. Jego pstryczkiem nie powinnaś być- argumentowała jednym ze swoich popisowych stwierdzeń.
-Wiem, że nie powinnam, tylko co innego mówi mi serce a co innego rozum i chciałabym pójść z nim na ten spacer– odparła, układając na tacy puste naczynia.
-To potrzymaj go w niepewności dłużej niż do końca przyjęcia. Zobaczymy czy dalej będzie chciał spotkać się z tobą, gdy okażesz trochę oporu i będziesz unikać go.
-A jak zacznie mnie szukać? - pytała bezwolnie.  — Przecież ja to nie ja. Właśnie Wiola, nie mówiłaś czegoś temu twojemu Sebastianowi o mnie.
-Tylko to że boisz się ze mną jeździć samochodem. A dlaczego pytasz?
- Bo powiedziałam Markowi, że pracuję w kancelarii szkolnej na Topolowej. Ciocia tam uczy i tak jakoś przyszło mi do głowy.
-Kolejne kłamstwo- wymruczała. —Ja tak nie potrafiłabym kłamać, jak ty na zawołanie. Powiedziałabyś prawdę, że nazywasz się Ula Cieplak i pracujesz dla jego ojca.
-Jeszcze nie teraz Wiola- wtrąciła. —Skoro Marek woli służące, aktorki i takie zwykłe dziewczęta od panienek z dobrego domu to taka się stanę.
-Zobaczysz źle się, to skończy- przestrzegała. — Albo za te wszystkie kłamstwa w piekle będziesz się smażyć. Mówię ci to.
-Trudno Wiolka. Dla miłości mogę się poświęci- odparła z teatralnym westchnieniem.
-Cała ty. Głowa i serce w chmurach, a rozsądek głęboko w ciemnej i zimnej kopalni.  To kiedy kończysz pracę? – zapytała, zmieniając temat.
- Za małą godzinę powinnam być wolna- odparła już całkiem trzeźwo myśląc. —Państwo Dobrzańscy i twoi rodzice wyjechali już do opery to i reszta gości rozchodzi się pomału. Zostało mi tylko pozbieranie naczyń i odniesienie resztek jedzenia do kuchni. Do zmywania albo większego sprzątania zobowiązana nie jestem.
-To dobrze, bo to akurat tyle czasu, aby spotkać się i pożegnać ze Sebastianem – stwierdziła z nieukrywanym zadowoleniem.  —Mam nadzieję, że będzie chciał kontynuować znajomość i na samym miło było cię poznać się nie skończy Ula.
-Kto wie Wiola. Kto wie- odparła, wychodząc z koleżanką z pergoli. 
Z tymi słowami Sebastian dał kilka kroków w tył, aby dziewczyny nie zorientowały się, że słyszał większą część rozmowy. Obie jednak skręciły w lewo i nie spotkały się z nim. On tymczasem podążał do domu w poszukiwaniu Marka.  Chciał bowiem od razu opowiedzieć przyjacielowi o tym, co usłyszał. W drodze do domu zmienił jednak zdanie, a duży wpływ na to miał też fakt, że chwilę prędzej słyszał jego umizgi ze służką w jego własnym pokoju, a tu szukał już innej rozrywki. Znał go od dziesięciu lat i czasami miał dość jego zachowania.
 Iść na panienki i zabawić się było już na porządku dziennym w Londynie i jest tu w Polsce – myślał.  A z tych jego kobiet to u mnie nawet jedna czwarta by się nie nazbierała. Wiola ma poniekąd rację. Może z Ulą tak łatwo mu nie pójdzie i najwyższy już czas, aby chociaż jedna z nich zabawi się z nim. Nie powiem mu nic.  A przynajmniej w najbliższym czasie. Oby tylko Janka to znaczy Ula miała wystarczająco dużo rozsądku i nie zrobiła nic głupiego.
 Z myśli wybił go głos Wioletty.  
- Nie wiesz przypadkiem, gdzie jest Marek? Chciałam spytać o ten krzew i ogrodnika-  zagadnęła, pokazując roślinę z bordowymi kwiatami.
- Ostatnio widziałem go przed naszym wyjazdem- odparł, kłamiąc poniekąd, bo chociaż nie widział go, to słyszał parę minut temu w domu.
-Cały Marek. Jego rodzice pojechali do opery, a on jedyny gospodarz gdzieś przepadł. Gdyby nie ty to nie miałabym z kim pogadać ani dłuższego towarzystwa.
- Jest jeszcze ta twoja koleżanka Janka- napomknął niby przypadkiem.
-A tak. Ty i Janka umilacie mi czas- przytaknęła.  
-Musicie się naprawdę bardzo lubić, skoro tyle czasu spędzacie tutaj razem- kontynuował temat, który nie był na rękę Wioli. —Widziałem was przed momentem, przy pergoli, a i prędzej swojego towarzystwa nie szczędziłyście sobie.
-Nie da się jej nie lubić- odparła, uśmiechając się, aby opanować drżenie głosu. —Jeśli kiedyś poznasz ją lepiej, to sam się przekonasz, jaka jest miła, szczera i bystra.
-To na pewno i tym bardziej powinna uważać na Marka- ciągnął dalej niewygodny temat. —Smali do niej cholewki. Chociaż źle to ująłem. Zagiął na nią parol. I jeśli jest taka jak mówisz, to szkoda byłoby jej dla niego. Marek ma tendencję do rozkochiwania i rzucania kobiet – mówił, to co wszyscy wiedzieli. — Nie mi go osądzać, ale wystarczająco dużo kobiet w swoim życiu uwiódł, rozkochał, zabawił się i zostawiał, gdy już mu się znudziły . W Londynie mieszkaliśmy razem ponad pięć lat, to wiem, jak się prowadził. Ja święty nie byłem i nie jestem, ale znam umiar. Tylko nie zrozum mnie źle Wiola i mówię ci to w dobrej wierze, a nie dlatego że Janka pochodzi z niższych sfer i że jest nieodpowiednia dla Marka. Nie chcę dla niej losu innych jego dziewcząt.
-Dzięki za troskę- odparła skołowana cały jego wywodem i tym, że Olszański troszczy się o Ulę, a ona udaje kogoś innego. — Na pewno porozmawiam z Ulą.
-To może mógłbym zaproponować teraz lody dla ochłody? - zapytał, służąc swoim ramieniem.
-Z przyjemnością zjem- odparła, ochoczo odchodząc z nim.

 Marek tymczasem zadowolony kilkoma pieszczotami i pocałunkami zszedł na dół, a Rozalia została na górze, aby pościelić łóżka.  Miał też ochotę na coś więcej z ponętną brunetką, ale nie było to miejsce ani czas. 



Ulę wychodzącą z kuchni zaś zauważył przypadkiem i szybkim krokiem podszedł do niej.
-Szukałem cię Janko- rzekł znienacka, gdy znaleźli się już poza pomieszczeniem i nikt go nie słyszał.
-Przestraszył mnie pan- odparła nerwowo.
-Nie chciałem i przepraszam.
-Coś panu podać? – zapytała uprzejmie.
-Pan i pan. Marek wystarczy. I nic mi nie potrzeba. Zastanowiłaś się już nad moją propozycją.
-Nie jestem pewna czy wypada. Może ktoś nas zobaczyć- odparła, pomijając, to co zaproponował.
-To wybierzemy takie miejsce, gdzie będziemy bezpieczni Janko. Z dala od centrum i twojej Topolowej. Na Kochanowskiego jest ładny park. To z drugiej strony Warszawy i można dojechać autobusem numer dwadzieścia. Proponuję spacer i lody.  Jest tam przytulna lodziarnia.
Jest parki i parę hotelików- pomyślała tymczasem z niesmakiem. Czy on myśli, że tam pójdziemy? Albo że jestem łatwa.
-Tak dobrze zna pan te okolice? - zapytała wprost.
-Marek Janko. Mówiłem ci już. A owszem znam, bo pracuję niedaleko w urzędzie ewidencji.  
Nieprawda. Pracujesz w magistracie na Siennej w dziale urbanizacji, a Kochanowskiego od Siennej dzieli pół Warszawy- pomyślała. Tylko dlaczego kłamie? Może wie, że i ja kłamię.
-Sama możesz wybrać dzień i godzinę- kontynuował. — Dostosuję się do każdej pory. Nawet jakbym miał się wyrwać z pracy.
-Bardzo ci zależy- odparła, wysilając się na mniej oficjalny zwrot. —Zastanawiam się tylko dlaczego. 
- To spójrz w lustro. Jesteś bardzo piękną kobietą Janko. Poza tym interesującą i tajemniczą. Byłbym wielkim szczęściarzem móc spędzić czas z tobą- dodał, podkręcając swój uśmiech.
Skąd on czerpie te wszystkie miłe słówka i zalecanki. Wynajduje w tej gazecie Lew salonowy albo w książkach czy filmach i zapisuje w kajecie?
-I tak po trzech godzinach wie pan, to znaczy wiesz o tym? – odparła mu pytaniem.
-Mam oczy- odparł krótko, ale i zastanawiając się, co może jeszcze zrobić, bo wyglądało na to, że z Janką łatwo mu nie pójdzie. —Chyba że nie podobam ci się albo jest ktoś inny, to rozumiem- dodał, chcąc podejść ją psychologicznie, a jako znawca natury kobiecej liczył na powodzenie swojego planu.
-Zgoda niech będzie spacer- odparła, bo tak jak przewidywał Marek, nie chciała odpowiadać na żadne jego pytanie. —Proponuję pojutrze po szesnastej w tym parku, o którym mówiłeś- dodała, analizując w głowie jak dojechać z ulicy Złotej na Kochanowskiego.
-W takim razie będę czekał we wtorek po szesnastej przy wejściu do parku od strony fontanny- odparł z zadowoleniem.

Przyjęcie w końcu skończyło się i po pożegnaniu się z osobami, z którymi pracował Ula poszła na parking, gdzie czekała na nią już Wioletta w swoim aucie.


 Marek również tam był i żegnał gości w imieniu  swoim i rodziców. 
- Miło było cię gościć Janko- rzekł, podając dłoń na do widzenia.
-Raczej gościem nie byłam- stwierdziła mało ambitnie, ale sensownie.
-Jak zwał tak zwał, ale miło było cię poznać- odparł, całując w rękę. —Będę czekał pojutrze po szesnastej- dodał ciszej, ale nie umknęło to uwagi innym.
-Co ci szeptał do ucha Marek- zainteresowała się z miejsca Wioletta, gdy tylko wsiadła do jej do nowiutkiego BMW, a które dostała na dwudzieste trzecie urodziny od swoich rodziców.
-Że będzie czekał na mnie w parku na Kochanowskiego we wtorek-rzuciła   wszystko na jednym tchu. —I ja sama zgodziłam się spotkać z nim- dodała oszczędzając pytań ze strony koleżanki.
-Jako Janka czy Ula?
-Janka.
-Uparłaś się na  Jankę i Marka jak ten osioł na drodze- mówiła z przyganą. —Fircyk z niego i nic więcej. A Maciek dwa razy pytał o ciebie. Może i nie pochodzi z dobrej rodziny, bo jest synem gosposi, co nie jest zresztą dla ciebie ważne, ale jest najlepszym studentem, a tato świetlaną przyszłość wróży mu w inżynierii.
-Serce nie sługa Wiola- polemizowała cicho.
-Nawet Sebastian kazał uprzedzić cię, żebyś uważała na Marka.
-Powiedziałaś mu, że jestem Ulą? – zapytała z wyrzutem.
-Nie, nie powiedziałam. Jako Janka masz uważać. Długo tak udawać nie będzie ci łatwo. Cud, że tu cię nikt nie zdemaskował.
- Sama się dziwię. Co prawda pani Helena i pan Krzysztof wyjechali prędzej, ale był lokaj Fabian, Jakub, pani Michalina i Celina- odparła, mając na myśli lokaja, szofera, gosposię i stałą służącą. —Poznali mnie, jak tu byłam i mogli coś powiedzieć.  A co u ciebie i Sebastiana. Prawie cały czas spędziłaś z nim.
-Cebulek jest…
-Cebulek? – wtrąciła zdziwiona.  —Tak mówisz do niego?
-Tylko tak przy tobie Ula. Mówię mu zwyczajnie Sebastian. Sam zaproponował przejście na ty i zaprosił do teatru na środę.
-To znaczy, że mam winszować ci znalezienia ukochanego? – zapytała, spoglądając również uważnie na przyjaciółkę.   
-Oby, bo jest taki czarujący i gdy rozmawiałam z nim, to czułam takie szczęście w sercu jak nigdy dotąd - odparła z rozmarzeniem i zamykając oczy.
-Wiola jedziemy alejką z drzewami, to patrz tak łaskawie na drogę, a nie zamykaj oczu- upomniałam ją ostro.
-Już otwieram. Tylko że on jest taki ułożony i pochodzi z dobrej szanowanej wojskowej rodziny, a ja jestem trzpiotka i nowobogacka- dodała już bez entuzjazmu. —Boję się, że zakochałam się w Cebulku, a on może kiedyś uzna, że jego uwagi warta nie jestem. 
-To jest nas dwie- odparła posępnie. —Dwie zakochane panny z niewiadomą co do odwzajemnienia uczucia.
-Po prostu marazm uczuciowy i rozpacz po uszy- podsumowała Wioletta.