W piątek rano Ula wraz z Maćkiem pojechała do Warszawy do siedziby Totalizatora, aby dowiedzieć się, co musi zrobić, aby odebrać wygraną. Walizka pieniędzy w grę nie wchodziła, więc pieniądze miały być przelane na konta. Swoje konto miała od dawna, ale nie chciała na nie przelać ani grosza. Zwłaszcza że było ono w banku, w którym miała zacząć pracować od poniedziałku. W tej sytuacji nie pozostało jej nic innego jak założyć nowe rachunki w trzech różnych bankach. W sumie założyła pięć rachunków bankowych. Dwa na siebie oraz dla Jasia, Beatki i ojca. Maciek również założył sobie konto, które w przyszłości chciał połączyć ze swoją firmą. Pieniądze na ich kontach miały zaś znaleźć się w ciągu miesiąca. Ula w planach podziału wygranej nie mogła zapomnieć przekazanie pewnej kwoty na cele charytatywne. Wszelkie instytucje, stowarzyszenia i fundacje zajmujące się dobroczynnością przejrzała jeszcze poprzedniego dnia, ale trudno było jej wybrać, bo wszystkie zasługiwały na dofinansowanie, a wysyłanie drobnych kwot sensu nie miało. Dlatego wybrała fundację Caritas zajmującą się krajami trzeciego świata i dofinansowującymi zakup urządzeń do szpitali oraz żywności. Do tego dodała stowarzyszenie na rzecz sierot i półsierot oraz fundację Heleny Dobrzańskiej. Na tę ostatnią fundację przypadkiem się natknęła i zainteresowała się ze względu na nazwisko. Tak jak myślała była ona we władaniu rodziny Marka Dobrzańskiego, a konkretnie jego matki. Marek był nawet na jednym ze zdjęć. Fundacja zaś zajmowała się osobami z upośledzeniem umysłowym niezależnie od wieku, bo w galerii można było obejrzeć zdjęcia zarówno dzieci, jak i młodzieży, osoby w średnim i starszym wieku.
Marek tymczasem szykował się na weekendowy wyjazd z Sebastianem. Oboje niedługo kończyli trzydzieści lat i chcieli urodziny uczcić z dala od Warszawy. Miejscem na wypoczynek były Mazury i domek kempingowy. Atrakcjami zaś poranne łowienie ryb z motorówki. W obrębie ośrodka umiejscowiony był również hotel z basenem, siłownią i restauracją i mogli również i z tych dobrodziejstw korzystać. Tak więc w piątek rano spakował siebie na krótki wyjazd oraz syna na pobyt u wujka Aleksa. Później zrobił dla siebie i syna męskie i niezdrowe śniadanie. Jajecznicę na grubych kawałkach boczku i tosty z podwójnym serem. Kiedy wszystko było gotowe, zawołał syna.
-Rower tylko na złom się nadaje tato -oznajmił mu Iwo, gdy przyszedł do kuchni. —Wczoraj próbowaliśmy z Damianem (jego kolega) naprawić, ale za dużo tego. Łańcuch spada, a przerzutki się zacinają.
-Dziwne nie jest -mówił, stawiając przed nim talerz z jajecznicą. —Ma prawie pięć lat i codziennie jeździsz na nim. Po niedzieli pojedziemy po nowy.
-Fajnie -odparł, zajadając się jajecznicą. —Mam zaoszczędzone ponad trzy tysiące z kieszonkowego, urodzin i świąt i z tego co dostałem od babci za uczenie ją obsługi laptopa i nowych programów. Może starczy na coś dobrego.
-Nie musisz swoich oszczędności wydawać. Ja ci kupię.
-Ale to nie to samo tato.
-Pół na pół Iwo -targował się z synem, ale i postawa syna zrobiła na nim wrażenie. On w jego wieku, czyli jedenastu lat, na pewno taki nie był i trwonił pieniądze na byle co. Oczywiście nie miał karty kredytowej jak Iwo tylko pieniądze w portfelu.
-Ok. tato.
-Jeszcze jakieś ubrania ci się przydadzą. Przez lato urosłeś i to, co kupiliśmy wiosną, staje się za małe.
- Ale bez mamy pójdziemy na zakupy. Znowu będziemy musieli chodzić z nią po sklepach, a dla nas czasu nie starczy.
-Sami pojedziemy. Mama prędzej nie wróci jak we środę, a my wybierzemy się na męskie zakupy w poniedziałek albo we wtorek. To co za małe jest na ciebie, spakujemy i zawieziemy babci.
-Jeszcze spakuję trochę zabawek i książek tato. Przyda się we fundacji babci.
- Inny by wszystko sprzedał za niezłe pieniądze, a ty oddajesz – odparł, zmierzwiając jego kręcone włosy. —W kogo ty się wdałeś Iwo? Chyba w mamę, bo twój tato lubił luksusy i z niczym się nie rozstawał tak łatwo.
-Ciotka Wioletta powiedziała, że w wujka Sebastiana, bo tak jak on jestem słodziutki jak cukierek, przytulny jak sweterek i uroczy jak Don Capio w latach świętości.
-Dobrze, że w to co najlepsze u niego, a nie w charakter - odparł z rozbawieniem —Kończ i wychodzimy. Jeszcze trochę, a spóźnisz się do szkoły, a ja do pracy.
W czasie drogi do szkoły Iwo ponownie myślał o matce. Jaka była, jak wyglądała i dlaczego go zostawiła. Nie miał nawet zdjęcia po niej. Od babci i cioci wiedział, tylko że nazywała się Martina Meli, pojawiła się nagle w ich domu i oświadczyła, że jej dziecko jest synem Pasquale. Od cioci i babci usłyszał jeszcze historię poznania matki i ojca w czasie trwania obozu w Apeninach. Następnego dnia jak nagle pojawiła się tak i zniknęła. Tę samą wersję usłyszał później od Pauliny, bo kiedy rodzina opowiadała mu miał zaledwie sześć lat.
Kiedy przyjechał do firmy Adam Turek czekał już na niego wraz z siostrą Aldoną. Dziewczyna w niczym nie przypominała brata. On był wysoki, szczupły i lękliwy. Aldona dla odmiany pulchna i pewna siebie.
W czasie rozmowy przedstawiła swoje CV i inne osiągnięcia. Trzy lata temu skończyła studia ekonomiczne na Uniwersytecie Warszawskim na kierunku finansów, inwestycji międzynarodowych i rachunkowości. Biegle mówiła po angielsku i znała w miarę dobrze czeski i serbsko-chorwacki. Miała już trochę doświadczenia, bo oprócz pracy w banku była zatrudniona przez rok na stażu w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy.
- I, co o niej myślisz? -zapytał Marek przyjaciela, gdy Aldona opuściła biuro Olszańskiego.
-Bardzo ładna i ogóle nie podobna do Adama. Gdyby była chudsza niezła laska byłaby z niej.
-Nie o to pytam -wtrącił z niechęceniem. —O jej kwalifikacjach, co myślisz?
-Wyróżnia ją znajomość języków z półwyspu bałkańskiego. Tam jeszcze nie mieliśmy okazji wprowadzić naszych produktami, a rynek spory na sprzedaż. Łatwo nawiązuje znajomości i ma znajomości w urzędzie. Ma jeszcze jakieś kursy informatyczne i programowania. Same zalety. Powinna poradzić sobie z obowiązkami. Ma tylko jedną wadę. Jest siostrą Adama. Inaczej mógłbyś lepiej ją poznać. Przytulić się do jej piersi -dodał z rozmarzeniem.
-Seba nawet jakby nie była, to i tak lepiej bym jej nie poznał. Nie jest w moim typie. Wolę dziewczyny z ciemnymi włosami, niebieskimi oczami i o rozmiarze 38. Pójdę do Adama i powiem, że siostra ma tę pracę.
Przed piętnastą oboje pomknęli na Mazury w pobliże Mrągowa. Na miejsce szybkim autem Marka dotarli przed kolacją i po rozpakowaniu się poszli do hotelu sprawdzić, gdzie jest restauracja, siłownia i basen. Już w holu uwagę Marka przykuł plakat ze zdjęciem Sabiny Maury - Borowskiej przyjaciółki Pauliny.
-A mówią, że świat jest mały -rzekł do przyjaciela.
-Znasz ją? -zagadnął Olszański. —Dawna jakaś twoja znajoma?
-Nie. Nowa przyjaciółka Pauliny. Raz widziałem ją w towarzystwie Pauli i dobrego wrażenia nie zrobiła na mnie. Świdrowała mnie swoimi małymi zielonymi oczami.
-Dziwne nie jest, że patrzyła. A to nie jest ta co załatwiła Paulinie tę ekspertkę od ślubów?
-Dokładnie ta.
Pod zdjęciem było napisane kilka zdań, więc podeszli bliżej plakatu, bo czcionka była mniejsza niż tytuł i nazwisko.
Czujesz się samotna? -czytał Marek. Nikt cię nie rozumie? Jesteś zagubiona? Szukasz bratniej duszy? My ci pomożemy. Wysłuchamy i porozmawiamy. Wstęp wolny. Sobota godz. 18.
-To brzmi jak z jakiejś sekty - rzekł Sebastian.
-W którym miejscu? -zakpił.
-Tak to działa stary. Najpierw przymilają się, pomagają, a później robią z mózgu człowieka wodę.
-Bez przesady. Paula jest, jaka jest, ale nie da się wkręcić w żadną sektę. To podobno jakaś psycholog.
-Ale sam mówiłeś, że ostatnio dziwnie się zachowywała. Pomijając to, że jeszcze pół roku temu żyła dniem dzisiejszym, a teraz odpuściła i myśli o sobie, medytuje i oczyszcza życie. Nie wydaje ci się to dziwne?
-U niej wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie -bagatelizował sprawę. —Tydzień temu chciała polecieć na Wyspy Kanaryjskie, a teraz woli pójść na kurs medytacji czy tam jogi. Pochodzi trochę i się jej znudzi.
-Skoro tak uważasz. Ja z Wiolą mam lepiej. Chce iść na kurs pieczenia tortów. Możesz sobie to wyobrazić.
-Przynajmniej będziesz miał słodko Seba -odparł z rozbawieniem. —To idziemy najpierw na kolację czy siłownię obejrzeć? -dodał, zmieniając temat. —Czas goni, a jutro pobudka o piątej, żeby zdążyć na umówione ryby.
-Siłownia Marek.
W czasie kolacji zadzwonił do niego Iwo i poinformował, że z jego konta zniknęły dwa tysiące. Był razem z ciocią i wujkiem na zakupach w galerii i przy okazji obejrzał rowery oraz sprawdził stan swojego konta.
-Miałem ponad trzy tysiące, a teraz został sam tysiąc -mówił z żalem. —Wypłaciłem dwadzieścia złotych, z bankomatu, aby kupić dla małej Laury misia i wydrukowałem potwierdzenie tato. Wujek mówi, że powinniśmy pójść do banku. On nie może, bo nie jest upoważniony.
-Pójdziemy do banku w poniedziałek Iwo i wszystko wyjaśnimy -uspokajał. —Każda operacja jest księgowana.
-Na lekcjach informatyki mieliśmy o przestępności internetowych i można ukraść z konta pieniądze, jak wypłaca się przez kartę. Trzeba kamerę zainstalować.
-Skoro tak to więcej będzie takich kradzieży. Policja i bank zajmą się tym -przekonywał, ale obawiał się, że za kradzieżą kto inny stoi. —Obiecuję ci, że pieniądze wrócą na twoje konto.
Wieczorem w tej samej sprawie zadzwonił do niego Aleks. Podobnie jak Markowi trudno było uwierzyć w kradzież pieniędzy poprzez przestępstwo internetowe. Z tym że on podejrzewał, że jakiś kolega wykorzystał jego nieuwagę, podpatrzył pin i wykradł kartę do bankomatu. Ze swoimi podejrzeniami, że to Paulina mogła wziąć pieniądze Iwa, na razie nie mówił mu, bo nie chciał nikogo bezpodstawnie oskarżać. Najpierw chciał dokładnie sprawdzić czas wypłaty, miejsce i ewentualnie przejrzeć monitoring z bankomatu.
Paulina tymczasem przebywała na jednodniowej wizycie w Mediolanie. Przyleciała do rodzinnego miasta poprzedniego dnia po dwudziestej drugiej i już od rana załatwiała sprawy prawne po zmarłej cioci Irenie. Zależało jej na czasie, bo wieczorem chciała być z powrotem w Warszawie i na pięć dni, czyli na czas, kiedy miała być w Mediolanie zatrzymać się pod Warszawą i czas spędzić z nowymi znajomymi na medytacji i oczyszczaniu umysłu.
W kancelarii nie wszystko jednak szło po jej myśli, bo nowy prawnik dokładnie wiedział, że jest ona biologiczną matką Iwa i w razie potrzeby może powiedzieć o tym Markowi albo Dobrzańskim. Nie mogła również sama decydować o większych wydatkach chłopca tylko konsultować je z prawnikiem. To on został głównym spadkobiercą fortuny La Duca. Pokaźnej willi, kosztowności, winnicy, dzieł sztuki. Dla niej i dla Aleksa zostały rzeczy mniejszej wartości. Aleks nigdy pazerny nie był i cieszył się ze swojej kolekcji broni białej oraz starych książek włoskich i albumów. Dla jego żony była stylowa bransoletka. Pauli ciotka przeznaczyła szkatułę z początku IXX wieku należącą do rodziny arystokrackiej, kolczyki i pierścionek w komplecie i obraz. Sama czuła, że jej się należy dużo więcej niż jakieś drobiazgi, bo przecież zgodziła się urodzić i oddać im syna. Ciąża i poród były dla niej koszmarem i uważała, że chociaż za to powinna dostać rekompensatę. Dokładnie pamiętała ból porodowy i dyskomfort w czasie ciąży i drugi raz nie zamierzała ani być w ciąży, ani rodzić. Była nawet zdolna do tego, aby Marek miał dziecko z inną. Dlatego też przymykała oczy na niektóre zdrady Marka. Zrezygnować życia przy nim natomiast nie zamierzała, bo mogła żyć w luksusie, nie płacąc zbytnio za nic. To Marek płacił rachunki za media, jedzenie, opłacał basen i lekcje włoskiego Iwa oraz za jej wydatki na ubrania, kosmetyczkę czy masaże. Z tym że ona miała limit dwóch tysięcy na miesiąc.
Teraz potrzebowała jednak więcej pieniędzy, bo spotkania z Sabiną i grupą wsparcia kosztowały ją sporo. Było jednak warto płacić, bo wśród nowych znajomych czuła się rozluźniona, zrozumiała, zaakceptowana.




