niedziela, 14 lutego 2021

Fartowny dzień cz. 4

W piątek rano Ula wraz z Maćkiem pojechała do Warszawy do siedziby Totalizatora, aby dowiedzieć się, co musi zrobić, aby odebrać wygraną.  Walizka pieniędzy w grę nie wchodziła, więc pieniądze miały być przelane na konta. Swoje konto miała od dawna, ale nie chciała na nie przelać ani grosza. Zwłaszcza że było ono w banku, w którym miała zacząć pracować od poniedziałku. W tej sytuacji nie pozostało jej nic innego jak założyć nowe rachunki w trzech różnych bankach. W sumie założyła pięć rachunków bankowych. Dwa na siebie oraz dla Jasia, Beatki i ojca. Maciek również założył sobie konto, które w przyszłości chciał połączyć ze swoją firmą. Pieniądze na ich kontach miały zaś znaleźć się w ciągu miesiąca. Ula w planach podziału wygranej nie mogła zapomnieć przekazanie pewnej kwoty na cele charytatywne. Wszelkie instytucje, stowarzyszenia i fundacje zajmujące się dobroczynnością przejrzała jeszcze poprzedniego dnia, ale trudno było jej wybrać, bo wszystkie zasługiwały na dofinansowanie, a wysyłanie drobnych kwot sensu nie miało. Dlatego wybrała fundację Caritas zajmującą się krajami trzeciego świata i dofinansowującymi zakup urządzeń do szpitali oraz żywności. Do tego dodała stowarzyszenie na rzecz sierot i półsierot oraz fundację Heleny Dobrzańskiej. Na tę ostatnią fundację przypadkiem się natknęła i zainteresowała się ze względu na nazwisko. Tak jak myślała była ona we władaniu rodziny Marka Dobrzańskiego, a konkretnie jego matki. Marek był nawet na jednym ze zdjęć. Fundacja zaś zajmowała się osobami z upośledzeniem umysłowym niezależnie od wieku, bo w galerii można było obejrzeć zdjęcia zarówno dzieci, jak i młodzieży, osoby w średnim i starszym wieku.  

 

Marek tymczasem szykował się na weekendowy wyjazd z Sebastianem. Oboje niedługo kończyli trzydzieści lat i chcieli urodziny uczcić z dala od Warszawy. Miejscem na wypoczynek były Mazury i domek kempingowy. Atrakcjami zaś poranne łowienie ryb z motorówki.  W obrębie ośrodka umiejscowiony był również hotel z basenem, siłownią i restauracją i mogli również i z tych dobrodziejstw korzystać.  Tak więc w piątek rano spakował siebie na krótki wyjazd oraz syna na pobyt u wujka Aleksa. Później zrobił dla siebie i syna męskie i niezdrowe śniadanie. Jajecznicę na grubych kawałkach boczku i tosty z podwójnym serem. Kiedy wszystko było gotowe, zawołał syna.

-Rower tylko na złom się nadaje tato -oznajmił mu Iwo, gdy przyszedł do kuchni. —Wczoraj próbowaliśmy z Damianem (jego kolega) naprawić, ale za dużo tego. Łańcuch spada, a przerzutki się zacinają.

-Dziwne nie jest -mówił, stawiając przed nim talerz z jajecznicą.  —Ma prawie pięć lat i codziennie jeździsz na nim. Po niedzieli pojedziemy po nowy.

-Fajnie -odparł, zajadając się jajecznicą. —Mam zaoszczędzone ponad trzy tysiące z kieszonkowego, urodzin i świąt i z tego co dostałem od babci za uczenie ją obsługi laptopa i nowych programów. Może starczy na coś dobrego.

-Nie musisz swoich oszczędności wydawać. Ja ci kupię.

-Ale to nie to samo tato.

-Pół na pół Iwo -targował się z synem, ale i postawa syna zrobiła na nim wrażenie. On w jego wieku, czyli jedenastu lat, na pewno taki nie był i trwonił pieniądze na byle co. Oczywiście nie miał karty kredytowej jak Iwo tylko pieniądze w portfelu.

-Ok. tato.

-Jeszcze jakieś ubrania ci się przydadzą. Przez lato urosłeś i to, co kupiliśmy wiosną, staje się za małe.

- Ale bez mamy pójdziemy na zakupy. Znowu będziemy musieli chodzić z nią po sklepach, a dla nas czasu nie starczy.

-Sami pojedziemy. Mama prędzej nie wróci jak we środę, a my wybierzemy się na męskie zakupy w poniedziałek albo we wtorek. To co za małe jest na ciebie, spakujemy i zawieziemy babci.

-Jeszcze spakuję trochę zabawek i książek tato. Przyda się we fundacji babci.

- Inny by wszystko sprzedał za niezłe pieniądze, a ty oddajesz – odparł, zmierzwiając jego kręcone włosy. —W kogo ty się wdałeś Iwo? Chyba w mamę, bo twój tato lubił luksusy i z niczym się nie rozstawał tak łatwo.

-Ciotka Wioletta powiedziała, że w wujka Sebastiana, bo tak jak on jestem słodziutki jak cukierek, przytulny jak sweterek i uroczy jak Don Capio w latach świętości.  

-Dobrze, że w to co najlepsze u niego, a nie w charakter - odparł z rozbawieniem —Kończ i wychodzimy. Jeszcze trochę, a spóźnisz się do szkoły, a ja do pracy.

W czasie drogi do szkoły Iwo ponownie myślał o matce. Jaka była, jak wyglądała i dlaczego go zostawiła. Nie miał nawet zdjęcia po niej. Od babci i cioci wiedział, tylko że nazywała się Martina Meli, pojawiła się nagle w ich domu i oświadczyła, że jej dziecko jest synem Pasquale. Od cioci i babci usłyszał jeszcze historię poznania matki i ojca w czasie trwania obozu w Apeninach. Następnego dnia jak nagle pojawiła się tak i zniknęła. Tę samą wersję usłyszał później od Pauliny, bo kiedy rodzina opowiadała mu miał zaledwie sześć lat.

 

Kiedy przyjechał do firmy Adam Turek czekał już na niego wraz z siostrą Aldoną. Dziewczyna w niczym nie przypominała brata. On był wysoki, szczupły i lękliwy. Aldona dla odmiany pulchna i pewna siebie


 

W czasie rozmowy przedstawiła swoje CV i inne osiągnięcia.  Trzy lata temu skończyła studia ekonomiczne na Uniwersytecie Warszawskim na kierunku finansów, inwestycji międzynarodowych i rachunkowości. Biegle mówiła po angielsku i znała w miarę dobrze czeski i serbsko-chorwacki.  Miała już trochę doświadczenia, bo oprócz pracy w banku była zatrudniona przez rok na stażu w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy.  

- I, co o niej myślisz? -zapytał Marek przyjaciela, gdy Aldona opuściła biuro Olszańskiego.

-Bardzo ładna i ogóle nie podobna do Adama. Gdyby była chudsza niezła laska byłaby z niej.

-Nie o to pytam -wtrącił z niechęceniem. —O jej kwalifikacjach, co myślisz?

-Wyróżnia ją znajomość języków z półwyspu bałkańskiego. Tam jeszcze nie mieliśmy okazji wprowadzić naszych produktami, a rynek spory na sprzedaż. Łatwo nawiązuje znajomości i ma znajomości w urzędzie.  Ma jeszcze jakieś kursy informatyczne i programowania. Same zalety. Powinna poradzić sobie z obowiązkami.  Ma tylko jedną wadę. Jest siostrą Adama. Inaczej mógłbyś lepiej ją poznać. Przytulić się do jej piersi -dodał z rozmarzeniem.

-Seba nawet jakby nie była, to i tak lepiej bym jej nie poznał. Nie jest w moim typie. Wolę dziewczyny z ciemnymi włosami, niebieskimi oczami i o rozmiarze 38. Pójdę do Adama i powiem, że siostra ma tę pracę.

 

Przed piętnastą oboje pomknęli na Mazury w pobliże Mrągowa. Na miejsce szybkim autem Marka dotarli przed kolacją i po rozpakowaniu się poszli do hotelu sprawdzić, gdzie jest restauracja, siłownia i basen. Już w holu uwagę Marka przykuł plakat ze zdjęciem Sabiny Maury - Borowskiej przyjaciółki Pauliny.

-A mówią, że świat jest mały -rzekł do przyjaciela.

-Znasz ją? -zagadnął Olszański. —Dawna jakaś twoja znajoma?

-Nie. Nowa przyjaciółka Pauliny. Raz widziałem ją w towarzystwie Pauli i dobrego wrażenia nie zrobiła na mnie. Świdrowała mnie swoimi małymi zielonymi oczami.

-Dziwne nie jest, że patrzyła. A to nie jest ta co załatwiła Paulinie tę ekspertkę od ślubów?

-Dokładnie ta.

Pod zdjęciem było napisane kilka zdań, więc podeszli bliżej plakatu, bo czcionka była mniejsza niż tytuł i nazwisko.

Czujesz się samotna? -czytał Marek. Nikt cię nie rozumie? Jesteś zagubiona? Szukasz bratniej duszy? My ci pomożemy. Wysłuchamy i porozmawiamy. Wstęp wolny. Sobota godz. 18.

-To brzmi jak z jakiejś sekty - rzekł Sebastian.

-W którym miejscu? -zakpił.

-Tak to działa stary. Najpierw przymilają się, pomagają, a później robią z mózgu człowieka wodę.

-Bez przesady. Paula jest, jaka jest, ale nie da się wkręcić w żadną sektę. To podobno jakaś psycholog.

-Ale sam mówiłeś, że ostatnio dziwnie się zachowywała. Pomijając to, że jeszcze pół roku temu żyła dniem dzisiejszym, a teraz odpuściła i myśli o sobie, medytuje i oczyszcza życie. Nie wydaje ci się to dziwne?

-U niej wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie -bagatelizował sprawę. —Tydzień temu chciała polecieć na Wyspy Kanaryjskie, a teraz woli pójść na kurs medytacji czy tam jogi. Pochodzi trochę i się jej znudzi.

-Skoro tak uważasz. Ja z Wiolą mam lepiej. Chce iść na kurs pieczenia tortów. Możesz sobie to wyobrazić.

-Przynajmniej będziesz miał słodko Seba -odparł z rozbawieniem. —To idziemy najpierw na kolację czy siłownię obejrzeć? -dodał, zmieniając temat.  —Czas goni, a jutro pobudka o piątej, żeby zdążyć na umówione ryby.

-Siłownia Marek.

W czasie kolacji zadzwonił do niego Iwo i poinformował, że z jego konta zniknęły dwa tysiące. Był razem z ciocią i wujkiem na zakupach w galerii i przy okazji obejrzał rowery oraz sprawdził stan swojego konta.   

-Miałem ponad trzy tysiące, a teraz został sam tysiąc -mówił z żalem. —Wypłaciłem dwadzieścia złotych, z bankomatu, aby kupić dla małej Laury misia i wydrukowałem potwierdzenie tato. Wujek mówi, że powinniśmy pójść do banku. On nie może, bo nie jest upoważniony.

-Pójdziemy do banku w poniedziałek Iwo i wszystko wyjaśnimy -uspokajał. —Każda operacja jest księgowana.

-Na lekcjach informatyki mieliśmy o przestępności internetowych i można ukraść z konta pieniądze, jak wypłaca się przez kartę. Trzeba kamerę zainstalować.  

-Skoro tak to więcej będzie takich kradzieży. Policja i bank zajmą się tym -przekonywał, ale obawiał się, że za kradzieżą kto inny stoi. —Obiecuję ci, że pieniądze wrócą na twoje konto. 


 

Wieczorem w tej samej sprawie zadzwonił do niego Aleks. Podobnie jak Markowi trudno było uwierzyć w kradzież pieniędzy poprzez przestępstwo internetowe.  Z tym że on podejrzewał, że jakiś kolega wykorzystał jego nieuwagę, podpatrzył pin i wykradł kartę do bankomatu. Ze swoimi podejrzeniami, że to Paulina mogła wziąć pieniądze Iwa, na razie nie mówił mu, bo nie chciał nikogo bezpodstawnie oskarżać. Najpierw chciał dokładnie sprawdzić czas wypłaty, miejsce i ewentualnie przejrzeć monitoring z bankomatu.

 

Paulina tymczasem przebywała na jednodniowej wizycie w Mediolanie. Przyleciała do rodzinnego miasta poprzedniego dnia po dwudziestej drugiej i już od rana załatwiała sprawy prawne po zmarłej cioci Irenie. Zależało jej na czasie, bo wieczorem chciała być z powrotem w Warszawie i na pięć dni, czyli na czas, kiedy miała być w Mediolanie zatrzymać się pod Warszawą i czas spędzić z nowymi znajomymi na medytacji i oczyszczaniu umysłu.

W kancelarii nie wszystko jednak szło po jej myśli, bo nowy prawnik dokładnie wiedział, że jest ona biologiczną matką Iwa i w razie potrzeby może powiedzieć o tym Markowi albo Dobrzańskim. Nie mogła również sama decydować o większych wydatkach chłopca tylko konsultować je z prawnikiem. To on został głównym spadkobiercą fortuny La Duca. Pokaźnej willi, kosztowności, winnicy, dzieł sztuki. Dla niej i dla Aleksa zostały rzeczy mniejszej wartości. Aleks nigdy pazerny nie był i cieszył się ze swojej kolekcji broni białej oraz starych książek włoskich i albumów.  Dla jego żony była stylowa bransoletka. Pauli ciotka przeznaczyła szkatułę z początku IXX wieku należącą do rodziny arystokrackiej, kolczyki i pierścionek w komplecie i obraz. Sama czuła, że jej się należy dużo więcej niż jakieś drobiazgi, bo przecież zgodziła się urodzić i oddać im syna. Ciąża i poród były dla niej koszmarem i uważała, że chociaż za to powinna dostać rekompensatę. Dokładnie pamiętała ból porodowy i dyskomfort w czasie ciąży i drugi raz nie zamierzała ani być w ciąży, ani rodzić. Była nawet zdolna do tego, aby Marek miał dziecko z inną. Dlatego też przymykała oczy na niektóre zdrady Marka. Zrezygnować życia przy nim natomiast nie zamierzała, bo mogła żyć w luksusie, nie płacąc zbytnio za nic. To Marek płacił rachunki za media, jedzenie, opłacał basen i lekcje włoskiego Iwa oraz za jej wydatki na ubrania, kosmetyczkę czy masaże. Z tym że ona miała limit dwóch tysięcy na miesiąc.

Teraz potrzebowała jednak więcej pieniędzy, bo spotkania z Sabiną i grupą wsparcia kosztowały ją sporo. Było jednak warto płacić, bo wśród nowych znajomych czuła się rozluźniona, zrozumiała, zaakceptowana.

 

czwartek, 4 lutego 2021

Fartowny dzień cz. 3

Brak pieniędzy to kłopot, ale ich nadmiar jeszcze większy -myślała Ula, siedząc w swoim pokoju i przyglądając się kuponowi. Co teraz mam zrobić? Komu powiedzieć? Tato dość wymownie powiedział co myśli o byciu bogatym i lepiej go nie denerwować. Jasiu zacznie się chwalić jak z teleturniejem, a Betti już w ogóle odpada. Maciek zostaje. Z nim mogę porozmawiać i dać mu na hurtownię. Tak jemu mogę zaufać. Dzisiaj jak wróci z pracy, to porozmawiam z nim. A na razie muszę gdzieś schować kupon.

Przed rodziną dziwnego zachowania nie udało się jej jednak ukryć. Betti od razu spostrzegła, że do zupy wsypała dwa razy sól, a bratu zalała herbatę zimną wodą.

-Zamyśliłam się -wyjaśniła, gdy zwrócił jej uwagę.

-Albo zakochała się -dodała Betti. —Ty się tak samo zachowywałeś przy Kindze.

-Oczywiście Betti ponad sześć lat temu w takiej małej słodkiej istocie -odparła, głaszcząc po głowie.

-Pralka tylko na złom się nadaje -rzekł od drzwi Józef. —Bęben rdzewieje i przecieka w jednym miejscu, a głowice już dawno starte. Ma już z piętnaście lat.

-Właśnie Ula -wtrącił Jasiek. —Drukarka tak samo zwłoki. Ile ona ma już lat? Kupiona była, jak byłaś w pierwszej klasie liceum. Dzisiaj pukałem, stukałem zanim zaczęła drukować.

-A mi się tablet psuje -dodała Betti, widząc nadzieję na nową rzecz.

-Trudno zrobimy mały debet na koncie -odparła im. —Może będzie gdzieś promocja na kupione kolejne rzeczy.  


 

Co za ironia -myślała podając im obiad. —Mogę kupić wszystko a jednocześnie nie mogę. Nie mogę wzbogacić się tak nagle. Dąbrowska od razu zauważy i zacznie węszyć. A jak uczepi się już czegoś to nie spocznie jak nie dojdzie prawdy. A jak ona dowie się o wygranej to koniec. Obym wygrała ten teleturniej. Nie dlatego że jestem pazerna, ale dlatego żebym miała jakieś wytłumaczenie przypływu gotówki.

 

Z Maćkiem umówiła się na wieczór u niego w domu. U siebie wolała nie rozmawiać z nim na ten temat, bo mógłby ktoś usłyszeć. Jego rodzice natomiast pracowali na dwie zmiany i oboje mieli akurat drugą zmianę.  Przyszła do niego po zmroku i dokładnie zamknęła drzwi i okno od jego pokoju. 


 

-A tobie, co się stało, że zamykasz okno? -zagadnął zdziwiony. —Zimno ci?

-Bo tak trzeba -odparła tylko.

-Ok. Nie wnikam. To, co masz do mnie nie na telefon, w tajemnicy i niezwłocznego? –pytał z zainteresowaniem.  

-Jestem bogata Maciuś. Niebotycznie bogata -mówiła, patrząc na niego i pozwalając na łzy.

-Ula dobrze się czujesz?

-W domu nikomu nie powiedziałam i ty tylko na razie będziesz wiedział -kontynuowała bezwolnie. — Trafiłam szóstkę w totolotka. Wygrałam kumulację. 60 milionów Maciek.

-Ula ty tak serio? -odezwał się po chwili ciszy.

-Bardzo serio Maciek i nie wiem co teraz -zaczęła mówić i śmiać się przez łzy. —Nawet po odciągnięciu podatku będzie to masa pieniędzy.

-Czyli jesteś bogata. Bardzo bogata. 

-A o czy ja ci mówię.  Wysłałam jeden zakład na losowanie wtorkowe i wygrałam. Wybrałam wiek rodziny do tego osiem i wygrałam.

-Tyle forsy Ula -mówił z niedowierzaniem i łapiąc się za głowę. —Ula powinnaś cieszyć się, skakać z radości do góry, a nie płakać. 

-Właśnie tyle forsy i nie wiem co zrobić? Dlatego przyszłam do ciebie po radę. Jedno wiem. Na pewno nie zamierzam rezygnować z pracy i żyć z wygranej. Stopniowo będę się dorabiała z pensji w banku i nie będzie dla nikogo podejrzane. Tym bardziej jeśli uda mi się wygrać teleturniej. Nie dostanę też małpiego rozumu i nie będę na prawo i lewo trwonić pieniędzy. Muszę utrzymać pozory przeciętności i dopiero za parę lat otworzyć coś swojego.

-To ma sens. Ja zainwestowałbym jednak w coś Ula już teraz.

-To też. Jeszcze Jasiowi i Betti założę lokaty i dostaną w odpowiednim czasie. A ty możesz czuć się już właścicielem hurtowni albo czegoś innego.

-Nie Ula -rzekł z zaskoczeniem.

-Nie mogłam pominąć cię w moich planach. I nie dziękuj. Podziękujesz jak zarobisz pierwszy milion.  

-Ula oddam ci te siedemdziesiąt tysięcy. Nie wiem jak, ale oddam.

-Maciej nie zrozumiałeś mnie. Ja ci ich nie pożyczam. Ja ci daję. Dla ciebie i twojej rodziny jest milion. Tylko nie uważaj, że to jakaś jałmużna -mówiła, biorąc za rękę. —Jesteś moim najlepszym przyjacielem, a przyjaźń jest bezcenna.  Zawsze mogłam liczyć na twoją pomoc, więc nie mogłam zapomnieć o tobie i twojej rodzinie. Tyle razy nam pomagaliście po śmierci mamy, że czas, aby się odwdzięczyć. Karma powraca.  Chcecie dom ocieplać, więc się przyda wam. Ty pewnie zrobiłbyś tak samo. Nie zapomniał o mnie.

- Tylko jak wytłumaczę przypływ gotówki u mnie? Ludzie będą się zastanawiać.

-Rozpowie się, że załatwiłam ci kredyt w banku, a jak wygram teleturniej, to dołożyłam do hurtowni. Takie plotki przejdą.  

-Oby. Inaczej życia tu dla nas nie widzę. I dzięki Ula -dodał, ściskając ją. —Będę ci wdzięczny do końca życia. Czuję, że uda mi się odnieś nie mniejszy sukces niż pan Kalka na tej używanej odzieży.

-I tego ci życzę Maciek -mówiła, ocierając policzki po łzach. — Żeby ci się udało osiągnąć sukces.  

 

Kolejny dzień pracy Marek rozpoczął od zwołania zebrania. Razem z Aleksem oraz dyrektorem finansowym Adamem Turkiem i Sebastianem musiał podjąć jakieś decyzje. Zwłaszcza że Krzysztof do pracy nie zamierzał już wracać. 


 

-Nadałem sprawie bieg i może uda się nam odzyskać nasze materiały panie prezesie -zaczął żartobliwie Aleks. —Na odszkodowania od szwalni nie mamy jednak na razie co liczyć.

-Dziękuję panie Febo – odparł równie żartobliwie. —A jak wyglądamy finansowo? -zapytał Adama.

-Tragicznie na razie nie jest -zaczął jak zawsze nerwowo. —Ale jak nie uda się nam wznowić produkcji, to będzie ciężko. Odszkodowania za niewywiązanie się z umów będą nas sporo kosztować. Zwłaszcza z tym Terleckim.

-Porozmawiam z ojcem o nim. Są znajomymi, więc może coś zdziałać. A, co z pensjami?  Są zagrożone?

-Na wypłaty będzie, ale na premię kwartalną może nie wystarczyć.

-Spotkam się z pracownikami i spróbuję wytłumaczyć im, że mamy chwilowy kryzys -odparł uspokajająco Marek.

-Ja postaram się znaleźć w umowach jakieś uchybienia albo polubownie sprawy załatwić -zapewniał Febo.

-Dobry pomysł Aleks. Kolejna sprawa to asystentka dla mnie -mówił do Sebastiana. —Pani Basia (sekretarka Krzysztofa i teraz Marka) pracuje tylko do końca roku, więc potrzebna będzie mi jakaś kompetentna osoba. Asystentka i sekretarka w jednym.

-Jeszcze dzisiaj dam ogłoszenie -zapewnił Olszański.

-Moja siostra może byłaby chętna -odezwał się Turek. —Jest ekonomistką tak jak ja. Pracuje teraz w banku, ale chce pracę zmienić. Parzyć kawę i obsługiwać ksero również umie.

-Ok. Adam. Niech przyjdzie na rozmowę kwalifikacyjną.

-Powinieneś oficjalnie zostać prezesem Marek -stwierdził Aleks. —Krzysztof nie wróci do pracy, a firma musi mieć prawdziwego prezesa.  Ja a tym bardziej Paula nie nadajemy się na to stanowisko.

-Łatwo ci powiedzieć zostań -odparł z niechęceniem. —Prezes to odpowiedzialne stanowisko. Lepiej będzie, jak razem będziemy zarządzać. Cały zarząd, Adam i Sebastian. Przynajmniej przez pierwsze miesiące. Jak coś nie wyjdzie, to wina na mnie samego nie spadnie.

-Na mnie możesz liczyć -zapewnił Olszański.

-I na mnie -dodał Adam. —Nie damy zginąć firmie.

-Nie będę się wyłamywał Marek -odezwał się i Aleks.  —Po pracy pójdziemy do szpitala i powiemy Krzysztofowi, co postanowiliśmy. Staruszek ucieszy się, że chcemy razem działać. Może Paulina da się namówić na wizytę u twojego ojca?

-Wątpię Aleks. Pakuje się na wyjazd do Mediolanu.  

Po zakończeniu rady Marek miał jeszcze sprawę do Aleksa.

-Co robicie z Kasią (jego żona) w ten weekend? -zagadnął.

-W domu siedzimy. A masz jakąś propozycję dla nas?

-Żebyście Iwem się zajęli od piątku popołudniu do niedzieli wieczór. Chcemy pojechać na weekend z Sebą uczcić nasze trzydzieste urodziny.

-Imprezka bez narzeczonych się marzy -odparł z uśmiechem. —Nie dziwię się wam. Paula ma trudny charakter, a Wioletta dziwne pomysły. Nie ma sprawy Marek. Jedźcie. Wiesz, że lubię zajmować się swoim chrześniakiem. A wam odpoczynek od waszych kobiet należy się, jak nikomu innemu -dodał, poklepując przyjacielsko po ramieniu.

-Dzięki Aleks. Jak urodzi się wam Laura, to będziecie mogli na mnie liczyć -obiecywał.

-Będę pamiętał Marek.

 

W liście do Pauliny wiele nie było napisane, bo prawnik poinformował tylko o tym, aby wstawiła się w jego kancelarii. Po cichu liczyła, że chodzi o spadek po cioci Irene La Duca.  Jednak tylko ona miała się stawić, a Aleks był również jej krewnym, a o nim nie było wspomniane. Ciotka była ich daleką krewną, bo jej matka i dziadek Febo byli rodzeństwem. Ciocia Irena jak Paulina i Aleks mówili o niej, od paru lat przebywała w zakładzie opieki po przebytym sześć lat temu udarowi. Mózg częściowo wrócił do formy, ale nie na tyle aby samemu mieszkać. Gorzej było z poruszaniem się, bo była sparaliżowana.  Miała również problemy z mową. Była ona również ostatnią osobą, która znała jej tajemnicę i którą jak liczyła zabrała do grobu.

Miała szesnaście lat, gdy wakacje spędzała z Giovanną daleką kuzynką i przyjaciółką jednocześnie oraz z jej o trzy lata starszym bratem Pasquale. Stało się wtedy, to co nigdy nie powinno się stać. Przy nim straciła dziewictwo i zaszła w ciążę. Miesiąc później chłopak pojechał w Apeniny i już nie wrócił. Do trzeciego miesiąca ukrywała przed rodzicami swój stan, ale w końcu musiała powiedzieć prawdę. Agnieszka i Francesco Febo ustalili, że je urodzi i oni wychowają je jako swoje. Dlatego też nikomu nie powiedzieli o ciąży córki. Nie było się też czym chwalić. Córka w przyszłości miała również być z Markiem, a to plany krzyżowało. Pech chciał, że gdy była w czwartym miesiącu oboje Febo zginęli w wypadku samochodowym. Paulina ciężko przechodziła stratę rodziców, ale ciąży nie straciła. O swoim problemie powiedziała Giovannie i cioci Irenie. Ta druga bez wahania zaproponowała jej, że je wychowa, bo było częścią jej zaginionego w górach syna.  Paulina już wtedy miłością do dziecka nie pałała i zgodziła się bez wahania. Tak więc dla dobra jej zdrowia psychicznego i za zgodą Dobrzańskich, miała zostać przez kilka miesięcy w Mediolanie z Giovanną i ciotką, a Aleks miał polecieć do Polski. Tak też się stało. Udawało się jej również przez pięć miesięcy unikać spotkań z bratem i Dobrzańskimi i kontakty ograniczały się do rozmów telefonicznych i Skype.  Nikt też nie miał się dowiedzieć, kto jest matką dziecka. Rodzina La Duca była wystarczająco wpływowa, aby ukryć ten fakt w aktach. Mały Iwo urodził się, gdy Paula miała niespełna siedemnaście lat, siłami natury i tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Tak więc, gdy spotkała się z bratem i Dobrzańskimi ponownie była szczupła. Niedługo później mały został ochrzczony, a rodzicami chrzestnymi zostali Giovanna i Aleks, który nie wiedział, że trzyma do chrztu własnego siostrzeńca. Po trzech miesiącach Paulina wróciła do Polski, a po maturze poleciała do Mediolanu na studia. Iwo miał wtedy dwa lata i był pogodnym, ślicznym dzieckiem. Jego niania była Polką, więc umiał również trochę mówić i w tym języku. Paulina bywała w ich domu, ale jakąś szczególną miłością go nie obdarzyła. Kiedy mały miał niespełna sześć lat rodzinę La Duca spotkało kolejne nieszczęście. Okazało się bowiem, że Giovanna ma tętniaka, który może w każdej chwil pęknąć i doprowadzić do śmierci. Jej choroba zaś spowodowała u jej matki rozległy udar i w konsekwencji długotrwałą chorobę. Giovanna w tej sytuacji postanowiła sądownie pozałatwiać najważniejsze formalności związane z bratankiem i w razie jej śmierci oraz niemożliwości opieki nad wnukiem przez jej mamę na opiekuna prawnego wyznaczyła Paulinę Febo. Prościej byłoby udowodnić, że jest biologiczną matką, ale w akcie urodzenia Iwa figurowała inna osoba i ujawnienie prawdy teraz mogło bardziej zaszkodzić niż pomóc. Giovanna zastrzegła również, że w razie jej protestów prawnik miał powiadomić o sprawie Aleksa i Dobrzańskich. Tym samym jej tajemnica wyszłaby na jaw.  Czarny scenariusz się sprawdził i po śmierci Giovanny, Paulina została prawnym opiekunem własnego syna i wraz z Markiem, z którym była już związana, zajęła się wychowywaniem Iwa.  Wkrótce zmarł również prawnik, który we wszystkie te sprawy był wtajemniczony.  


 

Wychowywanie go było trudne, bo znalazł się nagle w obcym miejscu i pośród obcych dla niego ludzi. Tylko Paulinę widział parę razy. Przez pierwsze miesiące byli pod nadzorem adopcyjnym i dlatego prawie cały dnie spędzali we trójkę, aby nawiązać więź. Marek wziął nawet dwa miesiące urlopu bezpłatnego, aby być bliżej Iwa. On również zmuszony był wstawać do niego w nocy i uspokajać, bo bał się na początku pobytu w Polsce sam spać. Tym samym to do Marka bardziej przylgnął i nabrał zaufania. Marek również skierował sprawę do sądu i stał się jego prawowitym synem, ale z podwójnymi nazwiskami. Nawet zaczął mówić do niego tato, bo ojca nigdy nie poznał.  Później odważył się i mówić mamo do Pauliny. Z każdym dniem, tygodniem, miesiącem i rokiem było lepiej, bo poznał kolegów w dwujęzycznym przedszkolu i coraz lepiej mówił po polsku. Kiedy był już w szkole podstawowej, to już w pełni zaakceptował nową rodzinę i był oczkiem w głowie Marka. Adopcję Iwa inaczej odbierała Paulina, bo zyskała szacunek wśród znajomych tym, że podjęła się wychowania obcego dziecka. Na każdym kroku chwaliła się również jego osiągnięciami i urodą. Po cichu liczyła i na zyski finansowe, bo miała rozporządzać majątkiem La Duca do uzyskania pełnoletności przez chłopca.