sobota, 19 marca 2016

50 lat później. Miniaturka.



Z podziękowaniami za 50 000wejść.

Przed firmę Dobrzańscy i spółka zajeżdżały kolejne samochody, a sala pokazowo-bankietowa Lamur wypełniała się gośćmi.  Zebrali się oni tutaj, aby uczestniczyć w wyjątkowej uroczystości i teraz czekali z niecierpliwością na przyjazd tych dwóch najważniejszych osób.  Tuż przed piętnastą pod firmę podjechał najnowszy model Dixa a zza kierownicy sprawnie wyskoczył młody mężczyzna, otworzył tylne drzwi i pomógł wyjść pasażerom siedzącym z tyłu auta. Parę minut później bez pośpiechu i przy ogólnej owacji na stojąco weszli na salę i zostali przywitani toastem wzniesionym na ich cześć.  To właśnie dzisiaj przypadała pięćdziesiąta rocznica ślubu Uli i Marka a uroczystość ta zgromadziła całą ich rodzinę i przyjaciół.  Okolicznościowe i powitalne przemówienie przy symbolicznej lampce szampana wygłosił ich najstarszy syn prawie pięćdziesięcioletni wykładowca ekonomii Mikołaj Dobrzański.
 - Kochani jest mi niezmiernie miło powitać Was tu wszystkich- rzekła na początek.  Zebraliśmy się dzisiaj, aby uczcić jubileusz małżeństwa naszych kochanych, rodziców, dziadków, bliskich, krewnych i przyjaciół.   Każdy z nas wie, jaka była historia tej wspaniałej i wielkiej miłości i nie ma sensu zbyt długo się nad nią rozwodzić.  Przypomnę, więc ją w skrócie.  Wasz wspólny los miał początek ponad pół wieku temu we firmie. Najpierw łączyła Was praca, później zwykłe koleżeństwo przerodziło się w przyjaźń, aby ta z kolei przerodziła się w miłość.  Historia tej miłość miała wiele zwrotów akcji i być może, gdyby nie plan wujka Sebastiana nigdy by się nie spełniła czy wydarzyła. Na szczęście jednak jak mawia mistrz Pszemko w końcu znaleźliście swój wspólny port. Potem przyszedł czas na wspólne życie i na chwile te radosne związane z przychodzeniem na świat dzieci, ale i smutne, gdy przyszło zmierzyć się z nieszczęściami i problemami.  Jednak  zawsze potrafiliście być dla siebie oparciem i  wspólnie rozwiązywać wszystkie problemy i być lekiem na smutki. Tej zgody i miłości można tylko Wam pozazdrościć i brać z niej przykład.    Dla mnie, dla Hani i Szymka najważniejsze jest to, że potrafiliście wychować nas na dobrych, szlachetnych ludzi i zbudować naszą rodzinę. Mieliśmy poczucie bezpieczeństwa i wsparcia, bo zawsze mieliście dla nas czas.  Zresztą do dzisiaj możemy liczyć na dobrą radę i pomoc.    Za to w imieniu swoim jak i mojego rodzeństwa chciałbym podziękować.  Za zbudowanie naszej rodziny i za trud wychowania nas i wnuków.  Mamy też nadzieję, że my wasze dzieci i wnuki będziemy potrafili  przekazać kultywowane przez Was wartości następnym pokoleniom i będą oni wzorować się Waszym życiem.  Kończąc swoją przemowę chciałbym jeszcze złożyć Wam kochani rodzice gratuluje, że dożyliście tak pięknego wieku w miłości i szczęściu i oby  wszystko to trwało jak najdłużej i moglibyście przeżyć ze sobą kolejne piękne lata i dożyć kolejnych jubileuszy.
 
Mamo, tato.

W  tak pięknym dniu, jakim jest 50 rocznica Waszego Ślubu życzymy Wam Błogosławieństwa Bożego, pociechy z dzieci i wnuków.  Radości i pokoju serca, a nade wszystko sił i zdrowia, by w radości przeżyć kolejne rocznice, aż do dębowej i dłużej.


Dodatkiem do życzeń był bukiet kwiatów wręczony Uli oraz dwa szczególne upominki od rodziny. Obraz namalowany przez znajomego ich wnuczki a przedstawiający ich samych spacerujących po plaży z czasów młodości, oraz drugą część albumu ukazującego ich wspólne życie po srebrnych godach.
Po tej nieco oficjalnej części przyszedł czas na indywidualne życzenia, drobniejsze upominki i ustawiła się do nich długa kolejka chętnych. Jako pierwszy podszedł Mikołaj z żoną Aldoną, a tuż za nim o trzy lata młodsza jego siostra Hania, wzięta prawniczka, z mężem Tomkiem i nastoletnią córką Mają. Kolejną parą był najmłodszy syn trzydziestoczteroletni Szymon, obecny prezes firmy, z żoną Patrycją i swoimi dziećmi, ośmioletnim Mieszkiem i pięcioletnią Liwią. Najmłodsi wnukowie przygotowali dla nich również specjalne wierszyki i laurki.
Po nich jubilatów obtoczyła ta dorosła część wnuków ze swoimi rodzinami. Syn Mikołaja z żoną i prawnukiem Miłoradem oraz dwie jego córki jedna z mężem a druga z chłopakiem i syn Hani wraz z narzeczoną i córeczką Korną.
Kolejnymi winszującymi było rodzeństwo Uli, ich rodziny i dalsi krewni. Na końcu kolejki natomiast stali przyjaciele Uli i Marka.  Olszańscy, Szymczykowie, Iza i Ela ze swoimi mężami, ponad dziewięćdziesięcioletni mistrz Pszemko z Wojtkiem i jego rodziną oraz ci, których mieli okazję poznać w ciągi tego półwiecza.
 Gdy już ostatnie gratulacjach i życzeniach zostały złożone i wszyscy usiedli do stolików głos w imieniu swoim i Uli zabrał Marek.
- Kochani jest nam niezmiernie miło, że jesteście tu razem z nami i świętujecie nasze szczęście. Dziękujemy, że pamiętaliście, za przybycie i życzenia.   A tobie kochanie- zwrócił się do żony biorąc jej dłoń w swoje ręce i patrząc z miłością - chciałby podziękować.
 Ula, choć dobiegała siedemdziesięciu sześciu lat ciągle była piękną kobietą i robiła na mężczyznach wrażenie.  Marek mógł przekonać się o tym wychodząc z nią do klubu seniora i na spacery.  Włosy ciągle miała swojego naturalnego kolor bez śladu siwizny, a uśmiech i spojrzenie było młodzieńcze.  Nawet te kilka zmarszczek wokół oczu, ust i na czole nie odbierało urody tylko dodawało dostojeństwa i uroku przy uśmiechu.  
Marek trzymał się równie dobrze, co żona i nie wyglądał na swoje osiemdziesiąt lat.  Włosy, choć były lekko przyprószone siwizną a na twarzy widniało kilkanaście zmarszczek i plam starczych, to ciągle nosił ślady swojej urody. Pozostały mu nawet dołeczki w policzkach, które po latach ciągle robiły na żonie i innych paniach duże wrażenie.
Dbali również o to, aby zawsze elegancko wyglądać. Tego ważnego dla nich dnia również prezentowali się wytwornie. Ula ubrana była w niebieską sukienkę i nieco ciemniejszy żakiet, a Marek dopasował do tego krawat i koszulę. Dostojeństwa dodawała mu również elegancka laseczka, z którą w ostatnim czasie nie rozstawał się. Nie zaniedbywali także sprawności fizycznej i umysłowej. Chodzili na spacery, do przyjaciół, zwiedzali świat, opiekowali się najmłodszymi wnukami, a z pomocą pana Karola zajmowali się również ogrodem.  Czasami też wpadali do firmy na małą kontrolę i z dobrą radą.   Z pracy oboje zrezygnowali piętnaście lat temu i oddali stery starszemu synowi, a ten z kolei po paru latach prezesurę oddał młodszemu bratu.  Mikołaj zdecydowanie wolał pracę ze studentami niż siedzenie za biurkiem, a Szymon był urodzonym przywódcą i z prowadzeniem firmy radził sobie równie dobrze, co dziadek Krzysztof i rodzice.  Firma przez te półwiecze pod zarządami Uli i Marka, a później ich synów rozrosła się i podbijała rynki zagraniczne. Od dawna również nie nazywała się FD tylko Dobrzańscy i spółka.  Rodzeństwo Febo, bowiem po dwóch latach od czasu pamiętnego pokazu i po wielu konfliktach postanowili w końcu odsprzedać swoje udziały i wyjechać na stałe do Włoch. Od tej pory relacje z nimi każdym rokiem malały a po śmierci rodziców Marka całkiem ustały. 

-Dziękuję ci za wszystkie chwile spędzone wspólnie, za Twój uśmiech, który wypełniał moje życie i że dałaś mi siebie.   Dziękuję Ci za Twoje serce najlepsze, jakie można mieć i za czas, który poświęcałaś i poświęcasz dla mnie. Dziękuję, że zawsze mogę na Ciebie liczyć i że zawsze byłaś jesteś i będziesz przy mnie. Dziękuję za Twoją miłość, radość, entuzjazm i za wszystko, czym mnie obdarowałaś. Za Mikołaja, Hanię, Szymka i za Kasię, chociaż była z nami tylko parę dni. Dzięki Tobie kochanie wiem, jak piękne jest życie i że proste rzeczy dają szczęście. Nauczyłaś mnie kochać i pokazałaś, co to jest miłość.
  
Kochanie z okazji tych pięknych Złotych Godów życzę Tobie i Sobie żebyśmy dalej szli razem przez życie szczęśliwi, uśmiechnięci, w zdrowiu i chorobie.

-Mężu –odparła bardzo oficjalnie.  - A ja dziękuję ci również za to wszystko i jeszcze za śniadania do łóżka, kwiaty i niespodzianki bez okazji, komplementy i najpiękniejsze wspomnienia. I za to, że jesteś ze mną tyle lat wierny i kochający.
Później przy przyszedł czas na odśpiewanie po raz drugi Sto lat i symboliczny pocałunek. Upominkami nie obdarowywali się, bo zrobili to rano. Marek oprócz bukiety kwiatów podarował żonie kryształowe serce z wygrawerowaną dedykacją, a Ula dała mu eleganckie wieczne pióro.   W planach mieli również dwutygodniowy wyjazd do ich ulubionego uzdrowiska w górach, aby tam w ciszy i zieleni zregenerować siły.

Zabawa trwała do późnego wieczora i do domu wrócili po dziesiątej. Od ponad czterdziestu lat mieszkali w posiadłości Dobrzańskich. Na początku z rodzicami Marka, a po ich śmierci zamieszkał z nimi Szymek ze swoja rodziną.    Na parterze mieli do swojej dyspozycji sypialnię połączoną z toaletą, gabinet Marka i pokój dla Uli.  Ula po przyjściu skierowała się prosto do sypialni, a Marek poszedł do kuchni zrobić dla nich herbatę i naszykować leki. Gdy wrócił do sypialni zastał żonę siedząca na łóżku a na podłodze rozłożone były cztery pudła z pamiątkami.  Schowane tam było prawie całe jej życie od czasów, gdy była nastolatką, poprze ich wspólne życie do dzisiejszego dnia. Wśród tych bezcennych dla niej szpargałów można było znaleźć jej pamiętniki, zdjęcia, listy miłosne pisane przez Marka przez cały okres ich małżeństwa, wycinki z gazet, drobniejsze upominki dawane jej przez męża, bileciki od kwiatów oraz te związane z dziećmi i wnukami. Wszystkie te rzeczy miała poukładane i posegregowane latami i w teczkach, aby wiedział, co i gdzie szukać. Dzisiejszego wieczora pominęła przeglądanie pamiątek z czasu swojej młodości i zajęła się tymi dla niej najcenniejszych związanymi z Markiem i rodziną. Te pierwsze pochodziły z okresu, gdy jeszcze nie byli razem a związek z nim był dla niej wydawałoby się niespełnionym marzeniem.  Były tam zdjęcia z jego wypadku i pierwszej kolekcji FC Sportiwo z jej koszmarny strojem na czele.  Zachował się nawet ten nieszczęsny list Sebastiana, książka „Cień Gwiazdy” i folder ze SPA. Z każdym rokiem kolekcja zbiorów Uli powiększała się, o kolejne pamiątki z różnych etapów ich związku i uroczystości rodzinnych. W większości stanowiły to zdjęcia ze ślubów, narodzin dzieci, komunii i ich pobytem w szkole. Ale były też opaski szpitalne ich dzieci, pierwsze skarpetki, rysunki, laurki i dyplomy z czasów dziecięcych. Z biegiem lat i pojawianiem się kolejnych wnuków na świecie wszystkich tych pamiątek i bibelotów przybywało. Dzisiaj do tej kolekcji Ula dołożyła kolejne zdjęcia zrobione przez wnuków najnowszymi modelami aptela.  Były tu również nieliczne zdjęcie ich zmarłej córeczki Kasi.  Dwa lat po urodzeniu Hani, Ula ponownie zaszła w ciążę, ale dziewczynka miała wadę serca i zmarła parę dni po urodzeniu w czasie operacji.  Choć od tego czasu minęło ponad czterdzieści lat ciągle ta strata bolała. Po tym ciosie Ula długo nie mogła otrząsnąć się i dopiero po dziecięciu latach, gdy miała już ponad czterdzieści lat zaliczyli z Markiem wpadkę i urodził się im drugi syn Szymon.

  -Proszę skarbie – rzekł Marek siadając obok żony. Twoja melisa z pomarańczą.
-Dziękuję - odparła uśmiechając się zarówno do niego, jaki i do ich ślubnego zdjęcia. Czas tak szybko mija, prawda Marek. Jeszcze wczoraj byliśmy młodzi, a dzisiaj starzy.
-Nic na to nie poradzimy-odrzekł. Jest tak od wieków, że człowiek rodzi się, rośnie, dojrzewa, starzeje się i umiera. Ale nie myśl o tym kochanie- dodał spoglądając na żonę z uśmiechem.  Cieszmy się, że nasze życie jest takie wspaniałe. Razem przez ponad osiemnaście tysięcy dni w miłości i szczęściu.  
- To prawda-odwzajemniła uśmiech. Nie ma, co patrzeć w przeszłość tylko w przyszłość. Zamierzam ten czas, który pozostał nam wykorzystać w pełni.
-Kochanie- odparł patrząc na nią podejrzliwie. Nie wiem jak ty, ale ja nie zamierzam jeszcze umierać a zabrzmiało to tak jakby któreś z nas miałby wkrótce umrzeć.
-Fakt –przyznała się. Tak to zabrzmiało, ale chodziło mi o to, że zamierzam cieszyć się każdą chwilą spędzoną z tobą i naszą rodzina.
- Wiem kochanie- odparł podając jej kieliszek z lekami. Ja zamierzam zrobić dokładnie to samo.  To, co Ula nasze zdrowie-dodał i symbolicznie stuknął się swoim kieliszkiem.
-Nasze zdrowie –odparła uśmiechając się.

Dane im było przeżyć ze sobą jeszcze długich szesnaście lat. Jednak któregoś wiosennego dnia wszystko się skończyło. Szymek zaniepokojony tym, że rodzice nie wychodzą z pokoju zajrzał do ich sypialni. Zastał ojca trzymającego za rękę żonę a jego głowa spoczywała bezwładnie na jej piersiach.  Lekarz, który przyjechał stwierdził zgon matki w nocy z przyczyn naturalnych, a ojcu prawdopodobnie pękło serce z rozpaczy kilka godzin później. 
Parę dni później odbył się ich pogrzeb, który zgromadził całą ich rodzinę, żyjących jeszcze przyjaciół i znajomych. Uroczystość ta, choć smutna, jak powiedział kapłan w kazaniu, była piękna i wzruszająca.
-Takie też było ich całe życie- wrócił do słów księdza w mowie pożegnalnej ich syn Mikołaj.  Była to piękna historia miłości odparta na zaufaniu, przyjaźni, zrozumieniu, szczerości, szacunku i troszczeniu się o siebie. Tak jak piękne było ich życie, przez które przeszli trzymając się za ręce, tak też piękna była Ich śmierć. Może wydać się to dziwne, że o śmierci można mówić, że była piękna, ale śmierć rodziców była piękna. Żadne z nich nie chciało odejść pierwszym, żeby nie zostawiać swojej połówki i zawsze twierdzili, że nie będą potrafili bez siebie żyć. Przed wielu laty, gdy przysięgali sobie miłość, wierność, uczciwość i że nie opuszczą się aż do śmierci nie przypuszczali nawet, jakie prorocze będą to słowa. Przeszli przez życie razem, razem odeszli, a teraz będą już na zawsze razem.  Nam nie pozostaje nic innego jak zachować Ich w naszej pamięci, sercach i myślach, jako wspaniałych rodziców, dziadków, pradziadków, krewnych i przyjaciół.   Stojąc nad Ich grobem nie możemy również zapomnieć o podziękowaniach za wszystko, co zrobili dla nas i wszystkich tych wartościach, które wpajali nam przez te sześćdziesiąt pięć lat. Zawsze też byli życzliwi dla innych, uśmiechnięci i mieli czas dla rodziny i znajomych. Takich Ich też będziemy wspominać.  Jako kochających się małżonków, rodziców, życzliwych, uśmiechniętych i chętnych do pomocy. Dziś ogarnięci w wielkim smutku i żalu nie mówimy żegnajcie tylko do zobaczenia Kochani Rodzice.

Wiem, że miało być wczoraj, ale ze względu na natłok obowiązków nie wyrobiłam się z końcówką.  Zresztą napisanie mowy pożegnalnej łatwe nie jest i do końca zadowolona z efektów też nie jestem.  Na dopieszczanie czasu jak zwykle nie ma.
I przepraszam za opóźnienie.

sobota, 5 marca 2016

Odloty i przyloty. Miniaturka.



Pokaz FD Gusto dobiegł do końca i wszystko wskazywało na to, że kolekcja odniesie sukces a firma zostanie uratowana. Jeszcze w trakcie gali Pszhemko i Ula odbierali zasłużone gratulacje, a eksperci mówili o rewolucji modowej. Na twarzy pani prezes jednak uśmiechu z odniesionego sukcesu trudno było dopatrzeć się. Podobnie było na bankiecie. Była tam tylko ciałem, bo myślami była bardzo daleko. Nie oddzwonił, nie zostawił wiadomości nie przyjechał, odleciał. Jest już we Włoszech z Pauliną. Będą tam dwa tygodnie i może wrócą, jako para. To już koniec. Koniec mnie i Marka. Wszystko się skończyło.
-Ulka uschnie nam z tęsknoty za Markiem– zagadnęła Wiolka do Sebastiana przypatrując się z dala na wychodzącą z sali Ulę.
- Widzę właśnie-odparł równie nostalgicznie. Mówiłem rano Markowi żeby spróbował jeszcze raz, ale ten kretyn powtarzał tylko przepadło Seba przepadło. Co to da, że pojadę żeby usłyszeć, że przepadło? Ula już wybrała i leci tylko nie ze mną i nie do Mediolanu.
-Ulka mówiła to samo- odparła posępnie. Przepadło, wyjechał, odleciał, zniknął z mojego życia.  Tłumaczyłyśmy jej z dziewczynami żeby porozmawiała z Markiem, ale było to jak rzucaniem grochem w wiatr. Jak to Ula jedzie do Bostonu?- zreflektowała się. Ulka przecież nigdzie nie jedzie. Rzuciła Piotra tuż po wypadku Marka. Przyszła ze szpitala zapłakana i powiedziała nam, że rozstała się z Piotrem.   Nie wiedzieliście o tym z Markiem?
-Nie. Wiolka powinnaś powiedzieć mi o tym prędzej-mówił z pretensjami. Marek za nic w świecie nie wyjechałby wiedząc coś takiego.
-To, dlaczego Marek nie chciał jej widzieć w szpitalu?- pytała z wyrzutami.  Nawet nie miał odwagi sam jej o tym powiedzieć tylko wysłał Paulinę. Marek nie życzy sobie pani widzieć i to do mnie zadzwonił. Dokładnie tak  Paulina powiedziała Uli.  Sam przyznaj mówienie Ulce czegoś takiego miłe nie było-dodała z gniewem.
 -Co! On nie chciał jej widzieć? –pytał z niedowierzaniem.  Teraz wszystko rozumiem. Nasza kochana Paulina okłamała ją i nas wszystkich.  Wioluś, Marek pytał o Ulę i martwił się, że jej nie ma. Usprawiedliwiałem ją, że nie przyszła, bo ma nawał pracy.
 - Dzwoń do Marka –zadecydowała.  Skoro ta cwana harpia okłamała go wtedy to jest gotowa na wszystko.  Zaciągnie go jeszcze do łóżka, a do tego nie możemy dopuścić.
-Poczta się włączyła-odparł chwile później.  Marek wracaj. Ula….
-Trudno- odparła. Chodź musimy odnaleźć Ulę i porozmawiać z nią-oznajmiła mu biorąc go  pod rękę i ciągnąć w stronę wyjścia.

Ulę znaleźli w holu.  Stała samotnie w kącie z telefonem w ręku zapatrzona w niebo i dyskretnie ocierała łzy. Teraz może ląduje już w Mediolanie albo jedzie z Pauliną do jej domu albo hotelu.
-Ula musimy porozmawiać o Marku- wybił ją z myśli głos Wioletty. To ważne.
-To nie ma sensu-odparła spoglądając na nich z rezygnacją. Nawet nie oddzwonił- dodała cicho. Odleciał i zapomniał.
-To jeszcze nic nie znacz, że nie oddzwoniły- wtrącił racjonalnie Sebastian.  Też do niego dzwoniłem i ma wyłączony telefon albo wyładował mu się. Mówię ci Ulka on cię kocha jak nikogo innego- zapewniał Sebastian.  Znam go od liceum i nigdy nie był tak zakochany. Nawet na początku swojego związku z Pauliną tak się nie zachowywał i nie był jej wierny.
-Gdyby tak było, byłby teraz ze mną tu na pokazie a nie z Pauliną w Mediolanie-odparła z żałością. Nie chciał nawet widzieć mnie jak był w szpitalu.
-Właśnie, że nie-rzekła pośpiesznie Wioletta.  Marek czekał na ciebie. Tylko Paulina zatrzymała cię.
-Jak to czekał- wyszeptała z niedowierzaniem ocierając resztę łez.
-Paulina wymyślała tą bajeczkę, że nie chce spotkać się z tobą-wyjaśniła jej.  Spytaj Sebastiana jak mi nie wierzysz. 
-To prawda Ula-odparł pewnie.  Usprawiedliwiałem cię nawet, że masz dużo pracy.
-Jak ona mogła?- spytała patrząc to na Wiolettę to na Sebastiana jakby szukała u nich odpowiedzi.
- Jak widać mogła-warknęła Wiola. Teraz to powinnaś polecieć do Mediolanu i pokazać jej czyje miejsce jest przy Marku.
-Wiola –przerwał jej Sebastian. To nie jest rozsądne.
-Dlaczego?-przerwała mu Ula podejmując decyzję w jednym momencie.  Tak właśnie zrobię, polecę do Mediolanu.  Tam jest moje szczęście i miłość i nie mogę pozwolić, aby Paulina na dobre sprzątnęła mi Marka. Zresztą zawsze chciałam zwiedzić Włochy.  Seba zawieziesz mnie na lotnisko-poprosiła zdecydowanie.  Muszę zarezerwować sobie bilet na najbliższy lot. A i jeszcze muszę znaleźć ojca i powiedzieć mu o planach.
Szczęście było jak najbardziej po stronie Uli, bo bilet dostała na poranny lot. Nie wracała nawet do Rysiowa tylko została u Sebastiana i Wioletty, ale zasnąć nie potrafiła. Z pomocą przyjaciółki zrobiła również małe zakupy a Sebastiana pożyczył jej walizkę. Dał jej też adres małego przytulnego pensjonatu, w którym miał zatrzymać się Marek. Nazajutrz tuż przed szóstą oboje odwieźli ją na lotnisko.

Lot do Mediolanu przebiegł bez zakłóceń i tuż po dwudziestej Paulina i Marek wylądowali na tamtejszym lotnisku. Wychodząc z hali przylotów kobieta wzięła go pod ramię i zadowolona z tego, że już tu są i nic już nie grozi jej planom odzyskania byłego narzeczonego, skierowali się do wyjścia a następnie na postój taksówek. W czasie, kiedy Paulina opowiadała mu o planach na najbliższe dwa tygodnie, Marek uruchamiał swój telefon.
- Marko nie musisz mieszkać w tym podrzędnym pensjonaciku. Mój dom jest wystarczająco duży żeby pomieścić nas dwoje- przekonywała go, gdy polecił taksówkarzowi zawieźć  Paulinę do jej domu, a siebie do pensjonatu.
-Paula to zły pomysł- pozbył ją szybko złudzeń.  Przepraszam cię, ale muszę odsłuchać wiadomości.
Hej Marek.  Dzwonię żeby powiedzieć ci.  Nie odlatuj błagam cię nie odlatuj. To tyle Marek. Pa
-Proszę zostawić tą walizkę –zwrócił się do taksówkarza, gdy pakował ich walizki do bagażnika.  Zmiana planów nie jadę do pensjonatu.
-Chyba nie zamierzasz teraz wracać –furknęła mu do ucha. Jeden jej telefon i wszystkie nasze plany rzucasz. Zapomniałeś już, że związana jest z tym lekarzem.
- Twoje plany jak już Paulino-przerwał jej odsłuchując drugą wiadomość. Ja zamierzam wracać i to pierwszym wolnym lotem.
Marek wracaj. Ula nigdzie nie zamierza wyjeżdżać i kocha cię. Rzuciła tego doktorka, gdy leżałeś w szpitalu. Aha była u ciebie, ale Paulina nagadała jej jakiś bzdur, że rzekomo nie chcesz jej widzieć.
-Paulino jak mogłaś- krzyknął na nią.
-Dla twojego dobra-odparła równie krzykliwie. Ona nie jest dla ciebie odpowiednią partią. Wiesz, jaki mezalians popełniasz wiążąc się z nią? Jak będą traktować cię nasi znajomi? Jak twoja rodzice będą czuli się w towarzystwie jej rodziny?
-Dość Paula-przerwał jej ostro. Nie chce mi się nawet ciebie dłużej słuchać.  I zejdź mi z oczu zanim mnie poniesie.
Odjechała wściekła i odgrażała się, ale dla niego nie miało to znaczenia.  Chciał jak najszybciej zadzwonić do Uli i wszystko jej wyjaśnić. Widział, że na wyświetlaczu bateria świeci się na czerwono i ma cieniutką kreskę, ale miał nadzieję, że zdąży wykonać te jedne połączenie. Szybko odszukał jej numer, jednak telefon zamrugał i wyłączył się. Żałował, że nie pamięta numeru telefonu do Uli, Sebastiana, czy Wioli, a notes z telefonami zostawił w domu.  Wziął walizkę i niepocieszony wrócił do hali odlotów.  Szczęście jednak było jak najbardziej po jego stronie, bo dostał bilet na poranny lot do Warszawy.  Nie jechał nawet do hotelu tylko noc spędził na lotnisku. Jeśli wszystko dobrze pójdzie to jutro o dziewiątej będę już z Ulą.
Samolot relacji Mediolan-Warszawa wystartował kwadrans przed piątą i tuż po siódmej wylądował w stolicy. Odebrał z parkingu swoje auto, kupił bukiet kwiatów i pomknął w stronę Rysiowa szczęśliwy, że z każdym kolejnym kilometrem jest bliżej ukochanej. O wpół do dziewiątej był już na miejscu i zadzwonił do drzwi.  Chwilę później przywitał się z mocno zdziwionym ojcem Uli. Mina Cieplaka na jego widok do najmilszych nie należała i została źle odczytana, ale nie poddawał się.
-Panie Józefie ja wiem, że zraniłem Ulę swoim wyjazdem, ale proszę pozwolić mi na chwile rozmowy z nią. To ważne. Ktoś chciał rozdzielić nas.
- Tylko, że Uli nie ma panie Marku -odparł zmieszany całą tą sytuacją.  Ula poleciała do Mediolanu do pana.
-Co?
-Wczoraj na tym bankiecie zdecydowała się polecieć i dzisiaj rano miała samolot. Ma dzwonić jak doleci.

Do Mediolanu Ula doleciała tuż przed dziewiątą. Zadzwoniła od razu do Marka, ale jego telefon ciągle był wyłączony. Tak jak wczoraj wieczorem i dziś wcześnie rano.  Zaczęła nawet niepokoić się i wątpić w sens przylot tutaj.   A jeśli Wioletta i Seba mylili się i oni są razem -myślała z niepokojem.  Zobaczymy czy będzie w tym pensjonacie i wtedy zacznę się martwić, co dalej.  Zanim wyszła z lotniska na poszukiwania taksówki zadzwoniła jeszcze do domu, bo obiecała ojcu, że zadzwoni od razu jak doleci. Widziała również trzy nieodebrane połączenia.
- Cześć tato. Doleciałam cała i zdrowa- wysiliła się na uprzejmość.
- To dobrze córciu- odparł jak dla Uli pośpiesznie i ogólnikowo. Ula, Marek tu jest.
- Co!? Marek jest w Rysiowie? –pytała z niedowierzaniem. Marek jest przecież gdzieś w Mediolanie-dodała w myślach, ale wyraźnie słyszała w słuchawce śmiech Jasia i Marka. Tato możesz mi go dać.
Chwilę to trwało i była nawet zła, że Marek od razu nie przybiegł do telefonu tylko ciągle rozmawia z Jasiem.  W końcu, jednak usłyszała jego głos.
-Ula to jest jakieś koszmarne zrządzenie losu- rzekł śmiejąc się. Ja tu a ty tam. Musieliśmy się gdzieś w chmurach mijać.
-To prawda-roześmiała się również, bo chociaż jej ukochany był o ponad tysiąc kilometrów od niej  to odnalazł się.
- Słuchaj Ula przylecę do Mediolanu najszybciej jak się da- zapewniał.
-Przylecisz?-spytała uszczęśliwiona.
- Tak Ula. Pierwszym wolnym lotem, najlepszym połączeniem. Jeśli nie dzisiaj to najpóźniej jutro rano, ale będę i czekaj na mnie. Należy nam się kilka dni tylko dla siebie i urlopu.  Weź teraz taksówkę, jedź do hotelu Roma i wynajmij dla nas na tydzień dwuosobowy pokój. Ula i najważniejsze-zaczął cicho.  Ja naprawdę cię kocham.
- Wiem. A ja ciebie-odparła szczęśliwa.  Będę czekać na ciebie niecierpliwie.

Z Rysiowa pojechał prosto na lotnisko i po raz kolejny poszczęściło się mu. Znalazł wolne miejsce na samolot do Rzymu a stamtąd do Mediolanu samoloty latały praktycznie non stop. Kupił bilet i zadzwonił do Uli z informacją, że będzie już dzisiaj około szesnastej.  Na rzymskim lotnisku był w planowanym czasie a samolot do Mediolanu miał za ponad godzinę. Zadzwonił jeszcze raz do Uli, aby potwierdzić godzinę przylotu i poszedł coś zjeść. A jednak Ula to ze mną będzie na wyjeździe- pomyślał wchodząc do restauracji. I to nie w Bostonie tylko w Mediolanie.
Ula tymczasem tak jak powiedział jej Marek pojechała do hotel Roma i zarezerwowała dla nich dwuosobowy pokój na tydzień. Rozpakowała walizkę i z nudów wyszła zwiedzić pobliską okolicę. Zrobiła również zakupy, bo wiele ze sobą nie wzięła.  Kupiła gustowną sukienkę, perfumy i bardzo elegancką i pobudzającą zmysły bieliznę.  Przy jednym ze sklepów znalazła nawet polską knajpkę i tam wśród rodaków zjadła obiad. Po obiedzie odwiozła zakupy do hotelu, wzięła prysznic, przebrała się w nowo zakupione rzeczy, delikatnie spryskała ciało perfumami i pojechała na lotnisko.
 Z niecierpliwością patrzyła na rozsuwające się drzwi i wychodzących pasażerów. Marek wyszedł, jako jeden z pierwszych i szybko dojrzał oczekującą na niego w umówionym miejscu Ulę. Ubrana była w błękitną sukienkę i już z daleka wyglądała zmysłowo i patrzył na nią z zachwytem. Tylko przez chwilę spoglądali na siebie z uwielbieniem, aby w końcu ruszyć naprzeciw siebie i móc przytulić się i pocałować.
-Kocham cię Ula- wyszeptał Marek, gdy trzymał ją w ramionach. Kocham jak nikogo innego do tej pory.
-A ja ciebie mój ty królewiczu-odparła uśmiechając się najpiękniej jak potrafiła.
Resztę popołudnia i wieczór spędzili w łóżku. Włączając w to kolację, którą Marek zamówił do pokoju.  Marek od wielu miesięcy spragniony był jej ciała i chciał kochać się z nią jak najszybciej nie czekając na wieczór. Tuż po przyjeździe do hotelu i wyjściu hotelowego boya pociągnął w ogóle nieprotestującą Ulę w stronę łóżka, a szykowna sukienka tak jak i jego ubiór szybko znalazły się na podłodze.  Z zachwytem patrzył na ukochaną w nowo zakupionej bieliźnie. Ula doskonale widziała te spojrzenie i nie żałowała, że jadąc na lotnisko założyła ją. Widok prawie nagiej Uli podziałał na niego natychmiast i całując położył na łóżku, a kolejne części ich garderoby zrzucane były w szale namiętności po pokoju.  Ula ciągle w sprawach łóżkowych była mało doświadczona i nie przypuszczała, że można tak szybko doprowadzić kobietę to takiego szczęścia i spełnienia. Marek rozpalał ją całą i chciała tego więcej, choć i tak pieścić już jej piersi, brzuch i każdy nawet ten najintymniejszy zakątek jej ciała.  Ona nie pozostała dłużna i dotykała Marka w te miejsca, gdzie kiedyś nie śmiał nawet pomyśleć.  Z każdą chwilą przyciskał ją coraz mocno do siebie i czuła jak pulsuje namiętnością. W końcu uniósł się nad nią, wszedł w jej ciało jednym szybkim ruchem i równie gwałtownie dawał rozkosz.  Zawładnął jej ciałem i umysłem a dreszcze wywołane orgazmem doprowadzały do szaleństwa. Turlał się z nią po łóżku, zmieniał pozycje i chyba tylko cudem nie znaleźli się na podłodze.  Dla niej to było jak wiosenna burza. Gwałtowne z piorunami namiętności i całkiem inaczej niż w SPA.

-Kochanie to było niesamowite, niepowtarzalne i nie do opisania słowami-szeptał jej do ucha, gdy wrócili z tej niesamowitej euforii i leżeli wtuleni w siebie.  Z żadna inną tak dobrze mi nie było-dodał całując w usta.
-Serio-spytała gładząc jego tors.  Bo ja ciągle jestem na etapie odkrywania tego.  Ale to, co teraz robiliśmy podobało mi się –dodała czerwieniąc się.
- Podobało ci się- powtórzył z zadowoleniem bawiąc się jej włosami.  To nawet dobrze, bo mi również i jeśli chcesz to od dzisiaj może być już tak zawsze. Będziemy kochać się namiętnie  ze wszystkimi tymi pięknymi doznaniami.
-I nauczysz mnie wszystkiego?-spytała sennie. Chcę być dla ciebie idealna w łóżku.
-Nauczę, kochanie nauczę- szepnął w ucho od niechcenia, bo nauki nie potrzebowała, ale jej propozycja była bardzo interesująca.
  Wkrótce zmęczeni miłością, podróżą i nieprzespaną ostatnią nocą zasnęli spokojnym snem. Wieczorem po kolacji kochali się po raz drugi. Tym razem rozkoszując się sobą i nie spiesząc się.  Całowali się i pieścili.  Każdy dotyk Uli sprawiał Markowi przyjemność i chciał więcej i więcej.  Ula odczuwała to samo i oboje rozpływali się w tym, co robili i oboje byli w pełni szczęśliwi.

Kolejny tydzień był szaleństwem ich miłości i namiętności.  Kochali się każdego ranka i wieczora i nie mieli siebie dość.  Ale na zwiedzanie również mieli czas. Tuż po śniadaniu wychodzili na miasto i wracali wieczorem. Marek doskonale znał Mediolan i trzymając Ulę za rękę albo obejmując oprowadzał po najpiękniejszych zakątkach i najlepszych restauracjach. Pokazał jej Katedrę Mediolańską i Muzeum Katedralne, Operę La Scala, Zamek Sforzów, mediolański Łuk Triumfalny, Kościół Najświętszej Marii Panny Łaskawej i Ostatnią Wieczerzę, Galerię Wiktora Emmanuela, oraz inne i mniej znane parki, muzea, kościoły i uliczki.  Wszystko też uwieczniali na zdjęciach i kupowali całą masę pamiątek.  Marek nieustannie też rozpieszczał ją i odsypywał komplementami, pocałunkami i prezentami. Dostała kolejną parę bielizny, kwiaty, czekoladki, biżuterię i włoskie markowe buty. Wydał na tą wycieczkę i na nią majątek, ale w przeciwieństwie do Uli nie przejmował się tym w ogóle.  Najpiękniejsze jednak chwile były przed nią.  Marek będąc jeszcze na Okęciu czekając na samolot zaplanował ostatni wieczór, a kupiony tam drobiazg ukrył głęboko w walizce. 

 Czas pobytu w Mediolanie skrócili o jeden dzień i w czwartek wieczorem polecieli do Rzymu na dodatkowe dwa dni urlopu. To Ula, skoro byłe już we Włoszech, chciała zwiedzić również Wieczne Miasto, a Marek nie potrafił jej odmówić.  Spędzili tam trzy dni i zwiedzili to, co najważniejsze Bazylikę i Plac Św. Piotra, Groty Watykańskie, Plac Wenecki, Kapitol, Panteon, Schody Hiszpański, i inne kościoły, muzea, parki.
Ostatni dzień pobytu w Rzymie tak jak większość turystów czy pielgrzymów rozpoczęli od wizyty na Placu Św. Piotra i na spotkaniu z papieżem. Na wieczór natomiast Marek zaplanował pożegnalną kolację i obejrzenie kilku fontann. To właśnie przy Fontannie di Trevi, Marek poprosił Ulę o rękę.  Zapatrzona była w budowlę, gdy nagle padł przed nią na kolana z pierścionkiem i pytaniem.
- Skarbie wyjdziesz za mnie?- usłyszała jego głos wśród gwaru  innych głosów.
Zaskoczył ją tym. Ją i innych turystów, bo stali się na ten moment obiektem zainteresowania i to bardziej niż fontanna.
- Marek nie rób widowiska-upomniała go rozglądając się na boki.   
-To się zgódź Ula. Nie wstanę z kolan dopóki nie zgodzisz się-zaszantażował, ale w zbożnym celu.
-Dobrze wyjdę za ciebie-odparła. Tylko wstań z tych kolan.
Bez pośpiechu wsunął pierścionek na jej palec i dopiero wstał z kolan i pocałował narzeczoną. Reakcja turystów była natychmiastowa i usłyszeli oklaski i gratulacje.  Jeden Francuz uwiecznił nawet to na zdjęciach i przesłał im na pamiątkę.
 Po powrocie do hotelu kochali się po raz kolejny w czasie tego wyjazdu. Ula przez tydzień mocno podszkoliła się w tych sprawach, jak miała zwyczaj nazywać sprawy łóżkowe i sama uwiodła Marka.  Tuż po wejściu do pokoju przylgnęła do niego i zaczęła prowokacyjnie całować go i bawić jego krawatem, włosami i rozpinać koszulę. Całowała go w szyję, usta, i tors.  Gdy pchnęła go na łóżko wiedział, że dzisiaj to do niej będzie należeć inicjatywa.  Zamknął oczy i całkowicie oddal się przyjemnością, jakie dawała mu Ula.  Siedziała na mim, pieściła, całowała i rozbierała. Gdy poczuł dłonie Uli na swojej męskości krew zaczęła pulsować jeszcze szybciej i z trudem łapał oddech. Na szczęście Ula długo nie zwlekała z połączeniem ich ciał. Leżał na plecach a ona dawała mu rozkosz nie do opisania. Uwielbiał być tak blisko jej i ich połączone ciała. Wiedział też, że będzie z niej idealna żona.

W poniedziałek rano wrócili do Polski i prosto z lotniska pojechali do firmy. W recepcji przywitali się z ochroniarzem i Danielem i pojechali na górę.  Marek skierował się prosto do Sebastiana a Ula do siebie. Sekretariat jednak był pusty a jej biuro zamknięte. Biurko Ani było uprzątnięte i chyba nie było jej w pracy a Wioletta musiała gdzieś wyjść.  Znalazła ją w bufecie a nie jak myślała u Sebastiana. Jej przyjaciółki, a teraz i Wioletty, obściskiwały ją i gratulowali zaręczyn.
- Zaręczyłaś się?- spytała od drzwi.
-Ula- wrzasnęła radośnie i cztery kobiety rzuciły się na jej powitanie.
-Ulka kochana czy to nie cudownie- wróciła Wioletta do tematu swoich oświadczy, gdy skończyły witać się z Ulą. Cebulek wczoraj przyjechał do moich rodziców i poprosił o moją rękę. Jestem taka szczęśliwa-westchnęła. I to dzięki tobie, bo powiedziałaś mi, że miłość jest najważniejsza. A co u was?-zmieniła temat. Udany wyjazd?
-Udany i to bardzo-odparła tajemniczo. Marek oświadczył mi się wczoraj wieczorem-dodała radośnie.
-C0?-spytały chórem i tak jak chwilę wcześniej Wiolettę teraz wyściskały Ulę.
- I to poniekąd zasługa Wioletty i Sebastiana- rzekła po wszystkich okazanych serdeczności i patrząc na Kubasińską.  Zakręcili się koło nas bardzo skutecznie. Gdyby nie oni nie wiadomo jak długo jeszcze mijalibyśmy się i nie wiadomo, czy byłoby nas stać na rozmowę i wyjaśnienie wszystkiego. Dzięki Wiola-dodała do koleżanki.
-Kochana- rzekła poważnie. Musiałam odkupić wszystkie te świństwa, które zrobiłam kiedyś.  Chciałabym zostać twoją taką prawdziwą przyjaciółką.
-Jesteś nią Wiola-odparła obejmując ją. Tak jak i Ala, Ela i Iza. Dobrze was mieć.
-To może urządzimy podwójny ślub jak w tej telenoweli „ Zamiana ról”-wypaliła z pomysłem Wiola.
Tymczasem w kadrach Marek odbywał podobną rozmowę z Sebastianem.
-Seba możesz mi pogratulować-zawołał uradowany od drzwi. Ula przyjęła moje oświadczyny.
-Super- odparł klepiąc przyjaciela po ramieniu.
-I jeszcze raz, dzięki że pomogliście nam się zejść. A co u ciebie i Wiolki?
-Wszystko ok. Tak jak mówiłem ci pojechałem wczoraj do Pomiechówka i poprosiłem jej rodziców o rękę. Zgodzili się, a Wiolka do dzisiaj jeszcze nie może w to uwierzyć.  To, co Marek wieczni kawalerowie to już przeszłość- rzekł na koniec. Czas na pieluszki, zupki, kupki i nieprzespane noce.
-Na to wygląda Seba- odparł bez żalu. Na to wygląda.