czwartek, 15 czerwca 2017

Życie na niby 22 Koniec.



+18

Propozycja Marka 0 wspólnym zamieszkaniu zaskoczyła ją i musiała zastanowić się przez chwilę nad odpowiedzią. Niedawno też miała podobną rozmowę z Beatką. Siostra dopytywała się jak to będzie, gdy wyprowadzi się z domu i trochę czasu zajęło jej wytłumaczenie, że całkiem z ich życia nie znika.
-Wiem, że już raz proponowałem ci coś podobnego i źle na tym wyszedłem, ale teraz jest trochę inna sytuacja- kontynuował tymczasem Marek. —Teraz jesteś moją narzeczoną i kochamy się.  I nie musisz odpowiadać mi teraz. Proszę cię żebyś zastanowiła się, chociaż.
- Marek to nie jest takie proste- odparła mimo to i choć propozycja była kusząca. —Betti już jest niepocieszona, że mam kiedyś tam wyprowadzić się i gdybym tak nagle teraz odeszła to mogłaby to źle znieść. Możemy zrobić tak, że będę czasami zostawać u ciebie na noc. Ty będziesz zadowolony i ja –pomyślała i Beatka tak stopniowo będzie oswajana z moim odejściem. To chyba dobre rozwiązanie.
-Bardzo dobre-przytaknął bez najmniejszego protestu i zgodnie z odczuciami, do których dochodził w czasie jak Ula mówiła.  — I wilk będzie syty i zadowolony i owca będzie zadowolona kochanie. A tak na poważnie to mądrze to rozplanowałaś. Nie chciałbym, żeby Betti ucierpiała na twojej nagłej wyprowadzce.Jest dla mnie jak córka.
-To świetnie- rzekła z zadowoleniem.  —To, co robimy jakiś grafik czy stawiamy na spontaniczność?
-Kochanie, spontaniczność świetnie nam wychodzi-zamruczał do ucha. —Pomyśl, chociaż o dzisiejszej nocy albo o pójściu do palmiarni po zamknięciu czy o zabawie w parku w Mediolanie na placu zabaw dla dzieci.
-W takim razie panie swoboda nie pozostaje nic innego panu,  jak kupić mi szczoteczkę do zębów-zażartowała.
-O ulubionej kawie Cappuccino, pani naturalność nie zapominając-odparł całując ją.

Przez kolejne dni Ula dzieliła swój czas pomiędzy dom Marka i w Rysiowie. W tym pierwszym odnowili sypialnię uwzględniając również, że w przyległej do niej garderobie będzie sporo miejsca na ubrania Uli.  W samej sypialni natomiast Ula upatrzyła sobie miejsce na łóżeczko i małą komódkę na wypadek gdyby jej przypuszczenia potwierdziły się. Z upewnieniem się musiała jednak poczekać jeszcze i na razie wola nie mówiła nic Markowi.  Oczywiście na ten temat rozmawiała z Markiem, jeszcze w Madrycie, ale kiedy miałoby to nastąpić to już nie. Czuła jednak, że dziecko jest w drodze.


Tydzień przed świętami Marek poleciał nieoczekiwanie na cztery dni do Mediolanu.  To Aleks zadzwonił do niego i zwołał posiedzenie zarządu w trybie pilnym. Okazało się, że jego ojciec dostał zawału po tym jak zorientował się, że firma ma problemy po nietrafionych inwestycjach Pauliny.  Panna Febo, bowiem od pół roku piastowała stanowisko wiceprezesa i związała się z dyrektorem finansowym Mario Moretti i pod ich kierownictwem firma zaczęła mieć problemy. Oprócz tego, że część pieniędzy z zysków przelewali na własne konta to jeszcze brali od dostawców i innych firm chcących współpracować z F&D gratyfikacje za podpisanie umów.  Większa część z nich była też niekorzystna i trudna do wycofania się z nich. Po rozmowie z Aleksem i wujkiem Marek zgodził się wspomóc finansowo firmę pod warunkiem, że Paulina i Mario znikną z firmy i oddają, choć część pieniędzy ulokowanych na ich kontach. Z oddaniem pieniędzy większego problemu nie było, bo za kradzież i inne machlojki groziło im więzienie i przestraszyli się. Aleks w obliczu kryzysu i choroby ojca postanowił też wrócić do firmy i razem z Markiem wyprowadzić firmę z kryzysu, a swoje restauracje, które całkiem dobrze prosperowały zostawić zaufanym osobom.
Ula w tym czasie i po namowach pani Reni Dec, z którą spędziła trochę czasu przygotowując świąteczne prezenty dla podopiecznych fundacji, postanowiła zmienić nieco wygląd. Przyciemniła włosy a okulary zmieniła na szkła kontaktowe. W dniu powrotu Marka ubrała się bardziej elegancko, przygotowała dla niego kolację i postarała się o świąteczny już wystrój i nastrój.  Ustroiła choinkę, rozpaliła w kominku, a stół i talerze elegancko nakryła.
-Ula wyglądasz....- mówił taksując ją od głów do stóp będąc jeszcze w korytarzyku. —Bajecznie.
-Miałam nadzieję, że zauważysz-odparła posyłając mu swój piękny uśmiech. —A dalsza część niespodzianek przed tobą kochanie.
-Brzmi interesująco- mówił całując ją w usta. —Stęskniłem się za tobą i nie wiem jak Seba może funkcjonować bez Wioletty tyle czasu-dodał obejmując w pasie.
-A wiesz, że ja tak samo-rzekła po namyśle.  —Czas tak dłużył się. Ale teraz odśwież się i zapraszam na kolację. Ja w tym czasie przyniosę jedzenie.
Po wyjściu Marka z łazienki mogli usiąść do stołu.


-To mała uczta Ula-rzekł odsuwając przed nią jedno z krzesełek i spoglądając na stół. —I jeśli za każdym razem, gdy będę gdzieś wyjeżdżał będzie czekało na mnie takie powitanie to będę wyjeżdżał częściej.
-Po prostu chciałam przywitać cię jak należy-mówiła, gdy i Marek siadał do stołu tuż obok. — I smacznego kochanie - dodała uważnie przyglądając się Markowi a który pod swoją starannie złożoną serwetką do wycierania ust miał schowaną niespodziankę.
-Ula czy to znaczy, że...-pytał wstając zza stołu i patrząc na znalezioną fasolkę.
-Tak Marek- wtrąciła.  —Byłam wczoraj u lekarza a jeszcze prędzej zrobiłam trzy testy ciążowe i wyszły pozytywnie. To musiało stać się wtedy po zabawie andrzejkowej w gabinecie.  Ale cieszysz się, prawda? –pytała, bo wyraz twarzy Marka nic konkretnego nie mówił.
-Jestem przeszczęśliwy kochanie- rzekł ze wzruszeniem i klękając przed nią.  — Bardzo szczęśliwy-mówił całując jej brzuszek przez ubranie i dłonie.  —To najpiękniejszy prezent pod choinkę, jaki mogłaś mi dać- dodał, gdy oderwał się od jej rąk a z oczu popłynęły łzy. Uli radość również udzieliła się i poczuła też ulgę, że wiadomość ucieszyła go. —I babcia będzie uszczęśliwiona. Czeka na prawnuka- kontynuował pomagając jej wstać zza stołu. — Nie będę nawet dzwonić do niej tylko powiemy osobiście, gdy przyjedziemy do nich- mówił przytulając lekko i wirując po salonie. — Takie nowiny powinno przekazywać się bardziej uroczyście.
-Ja swojej rodzinie też powiem w czasie wigilii-odparła, gdy Marek postawił na podłodze.
-Razem powiemy kotku – mówił wpatrując się w nią. —Bądź, co bądź mam z tym dużo wspólnego.  Ale twój ojciec chyba nie zabije mnie z tego powodu?- pytał zaniepokojony.
-Spokojnie -zaśmiała się. —Tato dokładnie wie, że różańca nie odmawiamy jak nocuję tu. A jakby, co to stanę w twojej obronie a na kobietę w ciąży ręki nie podniesie.
- To dobrze-wyraźnie ulżyło mu. — A wracając do prezentów to mam coś dla ciebie-dodał idąc w stronę walizki. —Miał być dodatkiem do prezentu pod choinkę, ale skoro teraz jest taka wyjątkowa okoliczność -mówił wręczając jej malutką firmową jubilerską torebkę z kartonikiem w środku. —To dla ciebie kochanie.
-Kamyk? -pytała zdziwiona po otwarciu, bo spodziewała się innej biżuterii, ale rozczarowana nie była.
-Wyjątkowy kamyk Ula, bo twój szczęśliwy. Księżycowy. Przynosi szczęście i pomyślność. Aleks kupował podobny dla Alicji to i ja wziąłem dla ciebie. Ale chyba nie czujesz się rozczarowana, że to tylko kamyk-pytał, gdy Ula uważnie przyglądała się owalnemu, lekko połyskującemu drobiazgowi.
-Nie- szybko wtrąciła. —I dziękuję-dodała cmokając w policzek.  —Szkoda tylko, że ja nie mam nic dla ciebie.
-Jak to nie masz-mówił tuląc ją.  —Dasz mi największy skarb kochanie, a ja będę cię na rękach nosić za niego.
-Chyba, że dam siebie-dodała od siebie.
-A w ciąży można kochać się? –podchwycił spoglądając na nią z nadzieją.
-Można, można-mówiła uśmiechając się do niego uwodzicielsko.
Kolacja minęła im szybko a włożenie resztek jedzenia do lodówki i brudnych naczyń do zmywarki jeszcze szybciej. Później tak jak Marek obiecał jej wziął na ręce, zaniósł do sypialni i położył delikatnie na łóżku.
-Jesteś piękną kobietą i cała moja-szeptał jej do ucha leżąc obok na brzuchu, aby móc patrzeć na nią. —I umiesz doprowadzić mnie do szału-mówił całując jej jeszcze płaski brzuszek. — Witaj kruszynko- rzekł wprost do pępka. —To ja twój tata. Chciałbym mieć przynajmniej trójkę dzieci Ula- dodał wpatrując w nią. — Tak jak jest u ciebie.
- Kto by pomyślał panie Casanovo, pan i dzieci- mówiła bawiąc się jego włosami i nie przejęta perspektywą planów Marka. —Bardzo śmiałe plany. Od tej strony nie znałam pana.
- Jeszcze dużo nie wiesz o mnie, skarbie-odparł tajemniczo. — I nie mogę doczekać się wspólnych śniadań z dziećmi. Będziemy jeść bułki z serem i pić kakao.
-Dlaczego akurat kakao i bułki z serem?- pytała i spoglądała na niego zdziwiona.
-Bo przed laty, gdy byłem u was to właśnie to miałaś dla Jasia na śniadanie i tak jakoś zapamiętałem tamten ranek- wyjaśniał odpinając jednocześnie guziki od bluzeczki. —Poczęstowałaś mnie nawet kakao.
- No proszę-śmiała się.  —Nie tylko romantyczny i opiekuńczy to jeszcze pamiętliwy.
-Mam jeszcze inne zalety-szeptał łobuzersko do ucha. —Ale o tym później porozmawiamy. Teraz mamy ciekawsze sprawy do załatwienia.

 Trzy dni później przypadała wigilia i po raz pierwszy Marek nie spędził jej z babcią i resztą rodziny Kubasińskich tylko u Cieplaków.  Ula do domu pojechała jednak już wcześniej, bo dzień po powrocie Marka z Mediolanu i zajęła się pierwszymi przygotowaniami do tych wyjątkowych tego roku świąt.  Marek natomiast dojechał do Rysiowa rano we wigilię. Razem z Jasiem powiesił lampki na przydomowej choince a z Beatką kończył stroić choinkę domową. Sama wigilia nie odbiegała od tej, jaką pamiętał z dzieciństwa i tych z ostatnich piętnastu lat, a spędzonych w Skierniewicach. Po kolacji przyszedł czas na prezenty a później na wyjawienie tego, co najważniejsze. Rodzina wiadomość o ciąży Uli przyjęła całkiem spokojnie i zdziwiona nawet nie była. Zwłaszcza Jasiek, który oznajmił im a nie mówiłem, że z tego nocowania u Marka coś będzie. Betti natomiast zainteresowana była głównie kwestią bycia ciocią i zabawą z dzidziusiem.
Dzień później popołudniu pojechali do Skierniewic i zostali na całe drugie święto. Kubasińskim również trzeba było powiedzieli o ciąży i tak jak można było przypuszczać najbardziej ucieszyła się babcia, choć uważała, że kolejność jest nie taka, jaka powinna być. Oprócz nich w Skierniewicach pojawił się Sebastian a który przyjechał do Wioletty. Wiola, bowiem wraz z nadejściem świąt zakończyła swój prawie czteromiesięczny pobyt w Londynie i mogła teraz z Olszańskim rozwinąć swój związek bardziej oficjalnie a nie tylko przez telefon.
Nowy Rok Ula i Marek przywitali hucznie, bo na jednym z ważniejszych bali sylwestrowych Warszawy. Było to też od zaręczyn pierwsze tak ważne ich wspólne wyjście i zainteresowanie nimi było duże.  Dziennikarze z prasy i telewizji walczyli o jak najlepsze zdjęcia czy krótkie wywiady. Ula, która zdążyła przyzwyczaić się już, że jej wizerunek pojawia się w brukowcu czy na portalu plotkarskim uśmiechała się swobodnie, odpowiadała na pytania omijając jedynie tematów ślubu, bo zgrai paparazzi nie zamierzała widzieć na własnym ślubie.

Dni do ślubu upływały szybko, bo i było trochę spraw do załatwienia. Wybór menu, obrączek, sukni Uli a którą miał zaprojektować i uszyć Pshemko, dopieszczali też dom. Poszli również do lekarza na pierwsze USG ich maleństwa i mogli posłuchać jak bije jego serduszko. Tydzień przed ślubem oboje wyprawili sobie wieczór panieński i kawalerski. Ula w domu w Rysiowie a Marek w klubie we Warszawie. Wyczekiwana sobota w końcu nadeszła.


Dzień ślubu bardzo zimy nie był, ale ze świeżym śniegiem i plany na atrakcje weselne mogły być zrealizowane. Zanim jednak dotarli na weselę to w małym kościółku w Rysiowie przysięgali sobie miłość, wierność i to, że nie rozstaną się aż do śmierci.  Później pojechali na mały rysiowski cmentarz, aby złożyć kwiaty na grobie mamy Uli a następnie na warszawski cmentarz i na grób rodziców Marka. Weselna zabawa udała się znakomicie. Był pierwszy taniec nowożeńców, piętrowy tort, fajerwerki, rzucanie welonem i muszką. Dla chętnych a których nie brakowało była jazda saniami po leśnych drogach. Była też sesja zdjęciowa nowożeńców.



 Oprócz Uli i Marka najszczęśliwszą osobą była babcia Marka a która zastępowała wnukowi tutaj rodziców i dała mu i Uli razem z Józefem swoje błogosławieństwo przedślubne w domu Uli. Szybko też nawiązała dobry kontakt z gośćmi od strony panny młodej.


Przed drugą w nocy wesele dobiegało końca i wszyscy rozjechali się po swoich domach. Ula z Markiem również odjechali do swojego.
-Pani Dobrzańska wróciła do domu -rzekł Marek przenosząc przez próg żonę.
-Bardzo ładnie to powiedziałeś -odparła wzruszona. —Być w ten sposób porównaną do matki to najpiękniejszy komplement.
-Bo to prawda kochanie-mówił kręcąc się z nią po pokoju. — Już pierwszego dnia tu pasowałaś. I możesz do woli poprawiać obrazki przy schodach- dodał kierując się w stronę schodów.
-Oczywiście, że będę poprawiać- stwierdziła bardzo wyraziście.
Dwa dni później wyjechali na dwa tygodnie do Wisły w podróż poślubną. Okres ferii skończył się właśnie to mogli w spokoju odpocząć. Długo spali, chodzili na spacery, korzystali z dobrodziejstw hotelu, zwiedzali i jeździli na krótkie wycieczki. Kolejne dni, tygodnie i miesiące wspólnego życia mijały im równie sielankowo jak miesiąc miodowy. Jedynymi zgrzytami były krótkie ciążowe humory Uli i dziennikarze, którzy czyhali na ich jakieś wpadki. Ula w końcu postanowiła nie zwracać uwagi na to, co piszą w Z buciorami u sław na portalu Papużka. pl czy w innych tego typu szmatławcach.
W połowie czerwca obchodzili rocznicę poznania się. Datę trudno nie było odtworzyć, bo było to dwa dni po pójściu Cieplaka do szpitala. Na tę okazję przygotowali dla siebie uroczystą kolację. Marek miał też dla Uli prezent komplecik z turkusa, a Ula miała dla niego srebrną bransoletę ze serduszkiem i napisem Kocham Cię Ula .


Pod koniec sierpnia na świat przyszedł pierworodny syn Krzysztof Józef i już od urodzenia był wykapanym tatusiem, co sprawiło, że został oczkiem w głowie mamusi. Przyjechała też w odwiedziny babcia Marka i została na trochę, aby pomóc Uli w obowiązkach domowych i opiece nad prawnukiem. W kolejnych latach i dopóki pozwalało jej zdrowi wizyty były częste i mogła cieszyć się widokiem szczęśliwej i kochającej się rodziny.

*****************************************

-Marek daj mi dokończyć- protestowała Ula. —Do końca rozdziału zostało mi parę kartek.
-Kochanie, jeśli facet w moim wieku czuje, że może to trzeba korzystać-mówił gładząc ramię żony. —Jestem przed pięćdziesiątką. No i dzieci są na wakacjach. Trzeba korzystać.
-I będą jeszcze przez ponad tydzień-odparła broniąc się przed pieszczotami męża.
-Ale, co ja na to poradzę, że chcę teraz kochać się ze swoją żoną- mówi żałosnym głosem, aby wziąć ją na litość.
Urszula Dobrzańska młodą kobietą już nie była, bo miała czterdzieści dwa lata, ale ciągle jej widok zapierał dech w piersiach. I to nie tylko w mężu, ale u innych mężczyzn. Mogła też poszczycić się idealną figurą a której pozazdrościły jej młode kobiety. Do tego spełniała się zawodowo i rodzinnie. Prowadziła dom, była dyrektorem finansowym w Dec& Lange i prezesem fundacji Szczęśliwe dzieciństwo. Znajdywała też czas na odwiedziny ojca i Alicji w Rysiowie, Beatki, kontakty z Jasiem i Kingą oraz z Wiolettą i Sebastianem.
 Marek jak na swoje czterdzieści siedem lat wyglądał bardzo przystojnie i niejedna kobieta spoglądała na niego z tęsknotą. Niejedna też próbowała uwieść go. Zwłaszcza w ostatnich latach, gdy był w tym wieku, że często mężczyźni zmieniają żony na nowszy model. On jednak zmieniać nic w swoim życiu nie zamierzał. Miał piękną żonę z ciałem jak marzenie, wspaniałe dzieci i dwie dobrze prosperujące firmy. Strefę Mody M&P prowadził sam a F&D wspólnie z Aleksem. Jego przybrany wujek po kłopotach zdrowotnych, jakie miał przed laty i po kłopotach, jakie stworzyła Paulina oddał kierowanie firmą swojemu synowi a on o pomoc poprosił jego. Sama Paulina natomiast żyła z zysków i kosztem kolejnych facetów.

Ula skończyła w końcu czytać i odłożyła książkę na stolik usta Marka znalazły się przy jej ustach. Delikatnych cmoknięć oszczędzili sobie i całowali się żarliwie oddając wzajemnie pocałunki. Będąc tyle czasu małżeństwem doskonale znali się i wiedzieli, co kto lubi to i Ula szybko znalazła się na nim. Dobrzańska miała na sobie tylko cieniutką koszulę nocną na ramiączkach to większego problemu z nią Marek nie miał i gładząc ramiona zdejmował odsłaniając piersi. Ula natomiast z rozpięciem guzików od piżamy miała trochę więcej roboty, ale i z tym uporała się szybko i mogła pieścić jego tors nie omijając jego najczulszych miejsc. Już po pierwszych pieszczotach był widzialny efekt, bo Marek pojękiwał, a piersi Uli stawały się pełniejsze od jego pieszczot. Koszula Uli szybko znalazła się na podłodze a dłonie jej męża pieścił talię i uda. Uśmiechając się do siebie z zadowoleniem wrócili do pocałunków i pieszczot ustami. Oboje czuli się jak napalona para nastolatków a nie jak małżeństwo ze stażem. Wiedzieli też, że ta noc szybko nie skończy się. Marek na chwilę podniósł się lekko z siedzącą na nim Ulą, aby ściągnąć spodnie od piżamy. Chwilę później oboje byli już nadzy i spragnieni większych pieszczot i doznań. Ula wyłączyła jeszcze lampkę nocną, bo pełnia księżyca i dodatkowe zjawisko w postaci Saturna dawała im dostateczną ilość światła i romantycznej atmosfery. Z prowokującym uśmiechem nachyliła się nad Markiem i wbiła się w jego usta. Tymczasem dłoń Marka doszukała się drogi do najintymniejszych części jej ciała. Już wiele razy czuła to, ale za każdym razem drżała na tą pieszczot. Koleją rzeczy było oddanie pieszczoty i to Ula bez skrępowania wzięła w ręce dowód jego podniecenia. Dłonie jej sprawiały cuda i wkrótce Marek uniósł ją lekko i połączyły w jedność a przez ich ciała przechodziły spazmy rozkoszy. Ula jak piłeczka podskakiwała na nim, a on patrzył jak falują jej włosy, piersi i jak wygina się dając mu większą rozkosz. Od pierwszej nocy w Madrycie i pierwszego kochania się z nią uwielbiał tę pozycję.
-Kochanie to było takie niesamowite-mówiła Ula chwilę później leżąc w ramionach męża.
-Bardzo, bardzo niesamowite-odparł bawiąc się jej długimi włosami. — Prawdziwy seks rozpoczyna się naprawdę dopiero po czterdziestce.
- I musimy wysyłać przynajmniej raz na miesiąc dzieci do rodziny albo znajomych na weekend- dodała bawiąc się jego włosami na torsie. Albo szukać czasu jak są w szkole.
-Koniecznie- wymruczał. — Igrasz kochanie-dodał, gdy poczuł, że ręka Uli znalazła się w okolicach pępka.
-Owszem-mówiła całując w usta. —Muszę korzystać z okazji póki jeszcze możesz.

Ponad dwa miesiące później.
-Tato powiedz mu coś- skarżyła się prawie czternastoletnia Magdalena Helena na starszego brata. —Kanapki mi podbiera.
-To zrób sobie drugie-odparł od niechcenia spoglądając na córkę mieszaninę jego i Uli.
-Nie ma więcej chleba-rzekła nastolatka głosem jakby był to dla niej problem nie do przeskoczenia.
- To zjedz płatki jak Laura – odparł patrząc na młodszą córkę, która grzecznie jadła swoje płatki a była wykapaną mamą. —Albo idź do sklepu. To takie miejsce za rogiem gdzie można kupić i chleb.
-Nie mam ochoty na płatki -mówiła spoglądając na opakowanie z napisem z miodem i pomijając temat sklepu.
-Przecież płatki są doble-zasepleniła sześciolatka.
-Może misiowe pyszność są dobre dla ciebie, ale nie dla mnie – odparła głaszcząc przelotnie siostrę.
-Od białego chleba tyje się- odezwał się winowajca kradzieży. —A od keczupu robią się pryszcze.
-Widzisz tato, jaki on jest-żaliła się Madzia.
I ja chciałem kiedyś, żeby dzieci były duże i jeść z nimi wspólnie śniadania? – myślał spoglądając na starsze pociechy. U Uli inaczej to wyglądało.
-A mama, kiedy wróci- zapytał syn. — I gdzie poszła tak rano.
-Jak wróci to będzie- rzucił obojętnie. — I nie wiem gdzie poszła. To ma być niespodzianka. Podobno.
Ula wróciła do domu półgodziny później a rodzinę zastała w salonie. Marek zamówił dla nich pizze i teraz wszyscy jedli zgodnie
-Mamusia-zawołała ucieszona najmłodsza pociecha.
-Cześć kotuś-odparła tuląc córeczkę.
-A gdzie byłaś mamo -zainteresowała się starsza córka.
-U lekarza. Będziecie mieć rodzeństwo-postanowiła szybko podzielić się z rodziną wiadomościami.
-Jak to rodzeństwo?- jako pierwszy odezwała się syn. —Wy to jeszcze robicie.
-A, co myślałeś, że mama i tata to paciorek i spać idą-zakpiła siostra.  —Moje kumpele zazdroszczą mi takich rodziców. Ale dziecko w tym wieku to ryzyko mamo-dodała mimo to.
-Hula- zasepleniła i zapiszczała Laura a która musiała wszystko przeanalizować.
-Kochanie a to pewne –wtrącił  się w rozmowę Marek podzielający radość młodszej córki.
-Tak i to będą bliźnięta-dodała niepewnie.
-Bliźnięta?!- odpowiedział chór trzech głosów. Brakowało w nim tylko dziecięcego głosiku.

-Kochanie, jeśli będzie przynajmniej jedna dziewczynka to damy jej na imię Basia-mówił Marek, gdy zostali sami. —Babcia byłaby szczęśliwa wiedząc, że będziemy mieć kolejne dzieci.
-To zrozumiałe- przytaknęła.  —A babcia może patrzy na nas z góry i wie, co się dzieje. Poza tym dzieci poczęliśmy dwa dni przed jej śmiercią i może coś to znaczy.
-Może, ale byłaby bardziej szczęśliwa.
-Kochanie, ale babcia umierała szczęśliwa doczekawszy sześcioro prawnucząt-wtrąciła a mając na myśli trójkę swoich dzieci, jak i dwójkę Wioli i Seby i córkę Szymka i Natalii.
-To prawda-odparł całując ją w policzek. —Ja sam chciałbym doczekać z tobą tak wspaniałej starości. Cieszyć się zdrowiem, rodziną, wnukami i prawnukami.
-A ja panie Dobrzański zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby spełnić te marzenia. I bardzo, bardzo pana kocham.
-A ja panią, pani Dobrzańska- odparł. —I całą naszą rodzinę.
Jakieś sześć miesięcy później na świat przyszła dwójka dzieci. Dziewczynka Basia i chłopiec Mikołaj, a kolejne lata mijały im w szczęściu, radości i miłości. I było tak do samej późnej starości.

KONIEC

czwartek, 8 czerwca 2017

Życie na niby 21



+18

Szybko okazało się, że Marek słowami na wiatr nie rzucał i tuż po wyznaniu Uli miłości i chwilach pieszczot zabrał się za planowanie ślubu.
-Co byś powiedziała na drugi dzień świąt-zapytał leżąc z nią na jej łóżku. —Albo tuż po świętach. W sylwestra na przykład. Tak oryginalnie.
-Czy ja wiem-mówiła bez entuzjazmu Marka. —Po co mamy święta albo sylwestra sobie psuć.
-Ula a może tak bez uszczypliwości- odgryzł się.
-Po prostu nie musimy i nie ma powodów, aby spieszyć się i brać ślub w dwóch miesiącach-wytłumaczyła mu.
-Tylko, że ja nie chcę czekać do wiosny czy lata-nalegał. — Śluby zimą mogą być równie urocze, co wiosną, latem albo jesienią-argumentował.
- Nie chodzi o to, że jest zima Marek tylko o to, że możemy nie dać rady z organizacją wszystkiego- postanowiła przedstawić mu swoje zapatrywania. — Jest prawie listopad i zostają nam tylko niecałe dwa miesiące, a takie śluby trzeba planować z wyprzedzeniem. Trudno będzie z salą i jakąś orkiestrą na ten okres-argumentowała.  —A i goście mogą być niezadowoleni z takiego terminu i trzeba wziąć pod uwagę to, że mogą mieć już własne plany na okres świąteczno-noworoczny, a nie nasze wesele. Dochodzi też kwestia tego czy będziesz w pełni zdrowy. Nie chciałabym, żebyś do ślubu szedł o kulach. A i samo wesele może dać ci się we znaki i możesz obciążyć sobie nogę przez taniec. A ja chciałabym zatańczyć z tobą na własnym weselu przynajmniej raz. Inne panie zapewne też. Lepiej będzie jak poczekamy parę tygodni aż całkiem dojdziesz do sprawności-przekonywała.  —Pamiętam, że lekarz jeszcze na początku leczenia mówił ci, że leczenie potrwa do trzech miesięcy to przynajmniej do końca roku powinieneś uważać a później tak od razu też nie powinieneś nadwyrężać nogi.
- Fakt nie pomyślałem o tym wszystkim- odparł przesuwając palcem po kalendarzu w telefonie. — To może luty?- zapytał wchodząc w tenże miesiąc.  Czternastego na przykład. W dzień zakochanych.
-W Walentynki- z tonu głosu i mimiki twarzy można było wywnioskować, że dzień spodobał się jej.
-Dokładnie. Lepszego dnia nie znajdziemy. Nigdy nie obchodziłem go tak na poważnie i czas nadrobić to z gałązką, jak mawiała Wioletta.
-Jak to nie obchodziłeś? -pytała podejrzliwie. —Żartujesz ze mnie.
-Nie-odparł pewnie. — A nie obchodziłem, bo nigdy nie byłem zakochany Ula. I jeśli były jakieś karteczki albo kwiatki to w celach uwiedzenia a nie uczucia.  Teraz to będą prawdziwe Walentynki-dodał całując jej usta. —To, co kochanie czternasty luty?
-Ok-odparła krótko, ale rzeczowo.
 - Świetnie. To teraz skoro mamy ustalony dzień to możemy zająć się resztą.  Listą gości, salą, potrzebnymi dokumentami.
-Ale jak to teraz? Tak od razu chcesz załatwić wszystko? -pytała zdziwiona.
- Ula skoro już zaczęliśmy to nie ma na co czekać- mówił przekonująco. —Punkt pierwszy lista gości. Z moją rodziną będzie łatwo, bo rodziny od ojca nie mam a od mamy liczy tylko pięć osób.  Tylko z Febo nie wiem, co zrobić. Aleksa i Alicję na pewno zaproszę a co do reszta to...
- Wypadałoby zaprosić –wtrąciła, bo Marek wahał się z decyzją.
-To wyślę im zaproszenie i zobaczymy. Do tego jeszcze Pshemko, Sebastian, Decowie i trzech kolegów. A jak z twoją rodziną i znajomymi?
Pół godziny później lista gości była zrobiona i liczyła niewiele ponad sześćdziesiąt osób. Marek zadzwonił też do kolegi, który miał mały zajazd z salą bankietową za Warszawą i poszczęściło mu się, bo termin był wolny. Wieczorem natomiast, gdy cała rodzina Uli wróciła do domu ze swoich wyjść i tak jak obiecał Uli poprosił Cieplaka o rękę córki. Józef nie był nawet tym faktem zdziwiony. Tym bardziej, że nic nie wiedział o ich dwutygodniowym nieporozumieniu i był przekonany, że Ula opiekowała się nim przez pięć ostatnich tygodni a nie tylko przez trzy pierwsze i to poniekąd miało wpływ na decyzję Marka.  Dał im też bez jakichkolwiek wątpliwości swoje błogosławieństwo. Jaśka i Beatkę również ta wiadomość ucieszyła, bo oboje od bardzo dawna byli za Markiem. Bez telefonu do babci i przyjaciela też nie obyło się. Zwłaszcza Kubasińska nie kryła swojego zadowolenia, gdy wnuk powiedział jej, że zamierza ożenić się i pogratulowała im. Ula natomiast zajęła się Wiolettą i do niej zadzwoniła z tą radosną nowiną. Rozmowa z Wiolą zajęła jej zdecydowanie więcej czasu niż obie rozmowy Markowi, bo wszystko trzeba było jej opowiedzieć ze szczegółami.

Nazajutrz po obiedzie Ula odwiozła Marka do domu. Pomogła zrobić też większe zakupy, bo wieczorem na Wszystkich Świętych miała przyjechać do niego babcia z ciotką i wujkiem. Przygotowała również wspólnie z Markiem kolację.  Widok Uli obok Marka rodzinę Kubasińskich jak najbardziej uszczęśliwił.
-Nawet nie wiesz, drogie dziecko jak bardzo się cieszę, że doszłaś z Markiem do porozumienia i że jesteś z nim-zaczęła seniorka tuż po przywitaniu się i gdy usiadła w salonie, aby wypocząć po podróży. —On potrzebuje takiej kobiety jak ty. Opiekuńczej, rodzinnej, która zajmie się nim. Przez ostatnie dwanaście lat nie miał tu prawdziwego domu tylko przechowalnie dla panienek.
-Babciu było minęło i nie ma sensu wspominać tego- odezwał się Marek za Ulę i niezbyt zadowolony z faktu, że babcia wspomina dawne czasy.
-Ula to skarb i powinieneś po rękach całować ją, że dała ci szansę– kontynuowała Kubasińska.
-Ale Marek już przeprosił mnie i podziękował – wtrąciła Ula siadając obok niej na sofie. — A i ja za bardzo go kocham, żeby gniewać się na niego.
- To prawda babciu-poparł słowa Uli. I za to ja między innymi kocham Ulę- dodał patrząc na nią z czułością. —Za to, że nie jest taka pamiętliwa.
- Muszę przyznać, że Marek zaskoczył nas wczoraj swoim telefonem- i ciotka Grażyna włączyła się w rozmowę i zwracając się bezpośrednio do Uli. —W bardzo pozytywnym i niespodziewanym sensie zaskoczył- sprecyzowała.
-Tak jak i mnie- odparła uśmiechając się do ciotki Marka. —Jeszcze trochę a poszedłby do księdza dać na zapowiedzi.
-Cały Marek-westchnęła spoglądając na siostrzeńca męża. —Całe życie zaskakiwał. Raz potrafi zranić a drugi raz kochać i być miłym i słodkim.
- Dla mnie samego uczucie do Uli było zaskoczeniem- oznajmił im nieoczekiwanie. —Którejś nocy śnili mi się rodzice a później Ula i zrozumiałem, że nie jest dla mnie tylko dobrą znajomą, ale kimś ważniejszym. Byłem tylko na tyle głupi, że nie chciałem przyznać się do tego, choć żałowałem tego, co powiedziałem i tęskniłem. Aż do czasu jak nie wylądowałem w szpitalu.
-A mama zawsze powtarzała ci, żebyś pamiętał, że zawsze coś docenimy, gdy stracimy to- odezwał się i wujek.
-I miała całkowitą rację – odparł uśmiechając się na wspomnienie rodziców. 
-Helena i Krzysiu byliby szczęśliwi widząc ciebie szczęśliwego- odezwała się ponownie babcia. —Pamiętam jak na plany Febo patrzyli sceptycznie, śmiali się i mówili pożyjemy, zobaczymy. Ale niestety nie dane im było zobaczyć i pożyć.
-Babciu na pewno widzą to- pocieszał seniorkę.
-I pomyśleć, że gdyby nie burza to prawdopodobnie nie spotkalibyście się- zawyrokowała ciotka.
-Widocznie mieliśmy takie przeznaczenie ciociu.  Jedni zapoznają się w klubie inni na uczelni a jeszcze inni w innych okolicznościach. Chociaż czasami wydaje mi się, że takie przypadkowe to nie było. Rodzice zginęli w czasie burzy, gdy wracali od was i my poznaliśmy się w czasie burzy, gdy wracałem od was.  
-Może i coś w tym jest - rzekła ciotka z namysłem.  —Los bywa przewrotny i nieprzewidywalny.
-To prawda, ale nieważne gdzie i co to było, ale najważniejsze, że poznaliśmy się-odparł wyraziście.
-I babcia jest w końcu szczęśliwa-dodał wujek.  —A sam wiesz jak do tej pory ciągle martwiła się, że jesteś sam i że czeka cię ciężki los.
-Bo tak byłoby – wypowiedziała swój pogląd dosadnie. — A tak przynajmniej przez wypadek rozumu nabrał.  Inaczej to zwodziłby tylko Ulę i nic nie zrozumiał- mówiła bez zahamowań.
- W końcu pewnie zrozumiałby coś - Ula po dłuższym nieodzywaniu się włączyła się ponownie w rozmowę i stając w obronie Marka. —Na ostatnich targach Marek był nawet zazdrosny o wspólnego znajomego.
-Bo nic tak nie działa na mężczyzn jak pojawienie się rywala drogie dziecko- stwierdziła babcia. —Mój mąż zaczął działać, gdy na swaty do moich rodziców przyszedł sąsiad ze znajomym. A później przeżyliśmy szczęśliwie ponad pół wieku. Wiadomo, że były lepsze i gorsze dni, ale potrafiliśmy rozmawiać ze sobą i mieliśmy czas dla siebie.
-I my będziemy się z Markiem tej zasady trzymać się- zapewniała.  —Prawda Marek.
-Prawda. Będę dmuchać i chuchać na nasz związek- mówił spoglądając na Ulę czule.

Przez resztę wieczoru i w czasie kolacji rozmawiali na różne tematy, chociaż temat ich związku i ślubu ciągle przewijał się. Późnym wieczorem natomiast i kiedy Ula odjechała babcia miała dla Marka niespodziankę. Wnuka zastała samego w salonie.
-Proszę to dla ciebie-rzekła podając mu srebrną małą szkatułkę w kształcie serduszka. — Mi przynosił szczęście przez ponad pięćdziesiąt lat to niech tobie i Uli przyniesie.
-Ale to twój pierścionek babciu-odparł, gdy zajrzał do środka.
- I już nie noszę go.  Palce zgrabiałe mam i jeszcze zgubię gdzieś.  A i do grobu nie jest mi też potrzeby.
-Ale masz synową i wnuczkę i....
-Grażynka ma dość pierścionków od męża a Wioletta dostanie od Sebastiana-wtrąciła. —Zresztą to był pierścionek zaręczynowy i niech tak pozostanie. Chyba, że nie podoba ci się i wolisz podarować Uli coś nowego.
-Bardzo podoba i Uli na pewno spodoba się też.  Ale czy jesteś pewna babciu?
- Tak i lepszej osoby niż Ula na noszenie go nie ma- zapewniała.  
-W takim razie dziękuję - rzekł całując ją w policzek.
- Cała przyjemność po mojej stronie kochanie. Teraz dajcie mi tylko szybko prawnuka i będę mogła spokojnie odejść do Antosia.
-Babciu nawet nie myśl o tym- powiedział zdecydowanie, bo słowa babci nie spodobały się mu. —To znaczy o śmierci- poprawił się szybko. —Bo o prawnuka zamierzam postarać się szybko.
-A ja trzymam cię za słowo, jak wy teraz mówicie- rzekła uśmiechając się do niego z miłością.  
Idąc do swojego pokoju Marek uważnie oglądał pierścionek a plan podarowania go Uli miał gotowy.


Przez kolejne dni Ula i Marek spotykali się codziennie po pracy albo w czasie przerwy na lunch. Ula zawoziła go czasami też na rehabilitację, robiła zakupy i pomagała w domu.  W wolnych chwilach oddawali się też czułością, a w niecałe dwa tygodnie po oświadczynach natomiast pojechali do Madrytu.

Pobyt zaczęli od części prywatnej i już pierwszego dnia, choć przylecieli tam w porze wieczornej, wiele się działo i obfitowało w niespodzianki dla Uli. Pierwszą rzeczą był hotel pięciogwiazdkowy i apartament zarezerwowanym przez Marka w tajemnicy przed nią i jak później Ula zorientowała się bardzo drogi. W skład w niego wchodził salonik z widokiem na park, dwie sypialnie i łazienka z dużą wanną i jacuzzi.  Ale wspólne zamieszkanie już dla niej zaskoczeniem nie było i jadąc tam wiedziała, co ją czeka. Po dłuższej kąpieli i po powrocie do salonu zastała Marka również odświeżonego, elegancko ubranego a w pomieszczeniu panował romantyczny półmrok. Z głośników natomiast leciała cicha melodia.  Kolejną niespodzianką była kolacja zamówiona przez Marka do pokoju, a wraz z nią szampan i duży bukiet kwiatów.
 -Ula zanim zaczniemy jeść to chciałbym podarować ci coś szczególnego- rzekł wyciągając coś z wewnętrznej kieszeni marynarki. —To pamiątka rodzinna-mówił klękając przed nią. —Dziadek dał go babci a babcia mi dla ciebie. Kochanie teraz tak jak należy z pierścionkiem- kontynuował uroczyście.  Wyjdziesz za mnie?
-A obiecasz mi, że nie będziesz nadużywał kawy, odżywiał się regularnie, wysypiał i nie szlajał po klubach-stawiała warunki, ale i była zaskoczona całą sytuacją.
-Słowo Dobrzańskiego i na pamięć rodziców- szybko zaregował.
-W takim razie zostanę twoją żoną –odparła podając mu swoją dłoń, a Marek bez pospiechu założył jej pierścionek.
-Jest piękny-rzekła spoglądając na biżuterię przez łzy w oczach.
-Tak myślałem, że spodoba ci się- mówił przyciągając do siebie i delikatnie całując w usta.
-Muszę podziękować twojej babci przy pierwszej okazji-odparła, gdy Marek skończył całować ją.
-Wszystko w swoim czasie- rzekł z zadowoleniem, że niespodzianka udała się. — Ale teraz zajmijmy się tymi specjałami szefa kuchni-dodał odsuwając krzesełko przed nią.
Kolacja zamówiona przez Marka była wyśmienita i delektowali się nią przez dłuższy czas, ale dopiero później przyszedł czas na prawdziwe rozkosze. Po kolacji wyszli na balkon, aby popatrzeć na rozświetlony park, fontannę i miasto.
-Pięknie tu, prawda Ula-mówił stojąc tuż za nią. —Jutro od rana pójdziemy zwiedzać miasto.
-Fakt pięknie- westchnęła. —Neony zachęcają z daleka. Chciałabym pójść do katedry i muzeum Prado
-Co tylko zapragniesz- mówił do ucha. —Nawet mogę chodzić z tobą po sklepach.
-Szkoda czasu- odparła i spojrzała na Marka a on tak jakby tylko czekał na to, bo gdy tylko ich spojrzenia skrzyżowały się zaczął muskać jej usta.
Chwilę później delikatnie obrócił do siebie i całował twarz, szyje, płatki ucha, a Ula bez protestu oddawała się tym pieszczotom. Z każdą kolejną chwilą też Marek pozwalał sobie na coraz to zachłanniejsze pocałunki.  Gdy w końcu odsunęli się od siebie Ulę ogarnęło pragnienie tak wielkie, że nie potrafiła oddychać spokojnie.
-Tak bardzo chciałbym kochać się z tobą już teraz- rzekł z przyklejonym swoim czołem do jej czoła.
-Ja też, ale czy nie zaszkodzi ci to-zapytała mimo to.
-Kochanie nie to miałem uszkodzone- rzekł przewrotnie.   —I zapewniam cię, że jest sprawy, choć nieużywany od paru dobrych miesięcy.
-Wiem, że nie to, ale takie gwałtowne ruchy mogłyby ci zaszkodzić na nogę- tłumaczyła trochę zażenowana. 
-Są inne sposoby skarbie- przekonywał i tego właśnie zapragnął. Zobaczyć ją na sobie.
-Tylko, że ja nie mam w tym doświadczenia- mówiła ciągle skrępowana. — W moim życiu był tylko Bartek i to dawno temu.
-Tym lepiej-mówił tuż przy jej ustach. —I zapewniam cię, że jest to bardzo proste.
Chwilę później położył na łóżku i wdychając jej balsam do ciała bez pośpiechu zaczął grę wstępną. Całował usta, szyję i rozpinając guziczki bluzki schodził coraz niżej. Szybko jego oczom ukazał się biały koronkowy staniczek, który więcej pokazywał niż skrywał. Ula przewidując taki scenariusz wieczoru specjalnie ubrała nowo zakupiony komplecik bielizny i teraz widziała w jego oczach jak rozpalała go ten widok i wydatku nie żałowała. Kolejnym ruchem Marka była spódniczka Uli, która szybko powędrowała do góry odsłaniając jej zgrabne uda i drogę do jej kobiecości.  Ula w tym czasie bierna nie zamierzała pozostać i sama zajęła się jego koszulą. Odpinała guzik po guziku i masowała delikatnie jego kark i ramiona wyczuwając, efekty swoich pieszczot. Swoimi dłońmi doszła do zapięcia spodni, ale tym Marek sam zajął się. Wstał na krótką chwilę zdjął je tak jak spódniczkę Uli i przez chwilę patrzył na jej piękne ciało w samej bieliźnie, które jak myślał za chwilę będzie należało tylko do niego. Ula mogła robić to samo i popatrzeć na Marka w samych bokserkach z napisem Cały Twój i marzyć, że za moment będzie pieścił ją a ona jego. Dłużej Marek nie zamierzał zwlekać i wrócił na łóżko i do pieszczot. Bez pośpiechu całował ją dochodząc do jej piersi i stanika. Z zapięciem poradził sobie bez problemu i rzucił na podłogę. Piersi Uli znał już z tych pierwszych pieszczot w jej pokoju, ale i tak zachwycały go idealnością. Po kilku pieszczotach i pocałunkach dalej całując jej ciało schodził niżej do jej skąpych fig a które szybko podzieliły los stanika, a jego ręka sama powędrowała w najintymniejsze miejsca Uli dając błogą rozkosz. Ula leżała pod nim już całkiem naga i rozpalona. Sama też chciał oddać mu to wszystko i coś zrobić.  Odważyła się i delikatnie masowała jego męskość czując efekty przez bokserki.  Z rozebraniem ich pomógł jej jednak Marek i po uwolnił się od niepotrzebnego i uwierającego kawałka odzieży oddali się już całkiem szaleństwu namiętności. Kolejne minuty mijały na wzajemnym ssaniu, całowaniu i kąsaniu. Gdy Marek stwierdził, że Ula jest gotowa to przewrócił się na plecy i patrząc na nią pożądliwym i uwielbianym wzrokiem ogarniając też każdy kawałek ciała posadził na sobie. Pomógł unieść się jej delikatnie i wejść w jej ciało. Ruchy Uli był na początku delikatne, ale rozkręcała się a on mógł patrzeć na nią i jego niedawne marzenia spełniały się. Pomagał jej też i wkrótce ich ruchy stały się jednością, coraz gwałtowniejsze i dawały coraz większą rozkosz.W końcu szczytowali razem a fale tejże rozkoszy rozchodziły się po ich ciałach i dostarczając niesamowitych doznań cielesnych. Gdy ich ciała i umysły dochodziły do spokoju Ula zmęczona, ale bardzo szczęśliwa opadła w ramiona Marka. 


-Kocham cię Ula, a to, co teraz mi dałaś żadna kobieta nie dała mi prędzej- szeptał jej do ucha chwilę później i głaszcząc plecy. — I dziękuję.
- To ja ci dziękuję, że pozwoliłeś mi na coś takiego-odparła unosząc lekko głowę i spoglądając na niego. — Nie myślałam, że to takie przyjemne, choć trochę wyczerpujące -mówiła lekko sennie.
- Fakt, energii straciłaś trochę- mówił cicho.  —Odpocznij teraz, bo należy ci się –dodał samemu zamykając oczy i myśląc, że w łóżku będzie mu z Ulą fantastycznie i ciesząc się na te chwile oraz na kolejne trzy noce w Madrycie.
Od tego czasu więcej takich chwil mieli. I tu w Madrycie i po powrocie do Polski. Oboje tego chcieli i nie potrafili oprzeć się. Marek czuł się nawet jak tuż po uzyskaniu pełnoletniości, gdy na dobre zaczynał przygodę z seksem, a Ula odkrywała wszystkie tajemnice tegoż procederu.  W końcu nadszedł ten dzień, że została po raz pierwszy na noc u niego. Było to po charytatywnym balu andrzejkowym we fundacji jego mamy.  Rano Marek zajął się nią jak królową i śniadanie, które sam przygotował przyniósł do łóżka a obudził pocałunkiem.  

-Witaj kochanie-rzekł wsuwając się pod ciepłą kołdrę.
- Marek- wymruczała w ramach powitania i przeciągając się.
-Wyspana?
-Tak. A która godzina?
-Po dziesiątej. Proszę śniadanie dla ciebie-dodał sięgając po tacę ze stolika nocnego.
-Kawa, rogaliki, jajko, soczek- mówiła siadając na łóżku.  —Rozpieszczasz mnie. Życie jak w Madrycie. I dziękuję-dodała całując w usta.
-Cała przyjemność po mojej stronie-odparł wpatrując się w nią.  —W nocy byłaś wspaniała-dodał.  —Mam tylko nadzieję, że nie masz siniaków. Nie musiałaś odnosić od razu faktur do gabinetu.
-To ty mogłeś poczekać a nie całować mnie po szyi- sprzeczała się z nim. —Dokładnie wiesz jak wtedy reaguję.
-A ty mogłaś nie oblizywać ust tak zmysłowo- wytknął jej. —Dokładnie wiesz, że wtedy nie panuję nad sobą.
-Już raz całowałeś mnie na tym biurku, pamiętasz?- pytała uśmiechając się do niego.  —Ale Wiola nam wtedy przeszkodziła i teraz dokończyłeś dzieła poniekąd.
-Trudno zapomnieć-odparł uśmiechając się również na wspomnienia z przed paru miesięcy.  —Ula zamieszkajmy razem- nieoczekiwanie dodał. — Moglibyśmy mieć codziennie takie noce i poranki.

Tak tradycyjnie. Przepraszam za błędy i niedociągnięcia. Muszę też po raz kolejny zmienić ilość części. Będzie jeszcze jedna i epilog. Rozpiszę ślub oraz relacje z Febo i sprawy firmy. Może jeszcze coś na +18