poniedziałek, 14 listopada 2016

Życie na niby 9



Weekend bez Marka i rodziny Kubasińskich minął Uli szybko.  Nawet na myślenie o nich i o tym, co usłyszała w piątek od babci Marka nie miała zbyt dużo czasu. Głównie, dlatego że miała sporo zajęć przed roczkiem Beatki i wstępnym pakowaniem ojca na wyjazd do sanatorium. Miał wyjechać we wtorek na ponad trzy tygodnie i nie chciała zostawiać tego na ostatnią chwilę. Uroczystość Betti minęła bardzo przyjemnie.  Głównym tematem nie był jednak mała jubilatka, ale jej ojciec i jego choroba oraz występ Jasia na ubiegłotygodniowym pokazie i co się z tym wszystkim wiązało, Marek. Część gości tak jak przypuszczała Ula była nawet rozczarowana, że go nie ma.
Markowi weekend minął równie szybko. W piątek przyjechali rodzice Wioli i Szymka na dziesiątą rocznicę śmierci jego rodziców i zostali do wieczora w niedzielę.  Ula również gościła w ich rozmowach. Babcia nie mogła o niej nie wspomnieć przed synem i synową i nie opowiedzieć, że przypomina Helenę w poprawianiu obrazków. Wiola natomiast pochwaliła się swoimi postępami w nauce i tym, że w Uli znalazła kumpelę.

W poniedziałkowe popołudnie Marek pojawił się w Rysiowie z rowerkiem dla Beatki. Rano zadzwonił do Uli z zapytaniem, czy Betti ma rowerek, bo jest właśnie w sklepie i zastanawia się, co ma jej kupić. Choć Ula próbowała przekonać go, że nie musi niczego kupować to i tak pojawił się tam z upatrzoną zabawką. Rowerek Kaczuszka był różowy z regulowaną rączką, rozkładanym daszkiem, z koszem na drobiazgi, miejscem na picie, dzwonkiem, kolorowymi światłami, hamulcem, wzmocnionymi kołami, melodyjkami i innymi dodatkami. Drobiazg, jak Marek mówił o prezencie, jak najbardziej, spodobał się Beatce, bo zapiszczała na jego widok i chciała od razu do niego wejść. 


Po pierwszej jeździe przyszedł czas na kawę i ciasto. Ula specjalnie przygotowała dla nich mały torcik, a Beatka mogła jeszcze raz zdmuchnąć świeczkę. Marek wszystkie te chwilę uwieczniał na telefonie, robiąc zdjęcia i nagrywając krótkie filmiki. Dziewczynka oduczyła się też prawie mówić do niego tata i zaczęła mówić do niego tak w środku przyjęcia mówiąc jednocześnie tata i do prawdziwego ojca. Z Beatką nie widział się ponad tydzień i trudno było, aby to i jego samego pamiętała.  Nie przeszkadzało to jednak w tym, aby przez większość czasu przesiedzieć mu na kolanach. Oprócz niańczenia Beatki, Marek miał też okazję na rozmowę z Cieplakiem. Widzieli się dopiero trzeci raz a poprzednimi razami dużo czasu na rozmowę nie mieli. W czasie, gdy Ula przygotowywała kawę oni zajęli się właśnie rozmową.
-Beatka nie widziała pana tyle czasu a lgnie do pana, panie Marku jak mało, do kogo -rzekł mu Józef. —  Podobno dziecko dobrego człowieka wyczuje.
-To pewnie, dlatego że rowerek dostała, a nie z dobroci- odparł nieco zmieszany.  — A jak się pan czuje? Na wyjazd gotowy.
-Tak –odparł uprzejmie. — Ula spakowała mnie już w sobotę. Chciałem sam się spakować, ale stwierdziła, że więcej we walizkę wejdzie jak ona to zrobi.  I lepiej się czuję.  Lekarz zapewnia nawet, że po sanatorium to będę jak nowo narodzony. Tylko, że to takie ich typowe gadanie. Serce to serce-mówił wzruszając ramionami.  — Ślad zawsze zostaje.
-To prawda, ale wypocznie pan trochę i nabierze siły-próbował dodać otuchy.
- Tylko, że znowu cały dom będzie na głowie Uli- zaczął widzieć ujemne strony wyjazdu. —  Bo wie pan, po maturze miała wyjechać ze sąsiadem do Niemiec zarobić trochę pieniędzy i przy okazji zwiedzić i wypocząć, a moja choroba wszystkie jej plany pokrzyżowała. Pieluchy, obiad, pranie, sprzątanie i tak na okrągło. Pracuje jakby był matką i żoną a nie młodą dziewczyną.
- Taka córka to skarb i powinien pan cieszyć się, a nie wymyślać sobie powody do rozżalenia-starał się wyperswadować jego obiekcje. —  Inna rzuciłaby to wszystko i zajęła się sobą.
-Tylko na życie osobiste nie ma czasu- dalej przedstawiał swoje racje.  — Może jak będzie już na studiach to pomyśli bardziej o sobie. Znajdzie sobie chłopaka, będzie wychodzić do kina, dyskoteki.
-Ma czas na to wszystko- oznajmił to co myślał. —  Ula wybrała sobie trudne studia i lepiej będzie jak zajmie się nauką. Sam jeszcze niedawno studiowałem i wiem jak łatwo jest wpaść w imprezowanie a później kłopoty z zaliczeniami i egzaminami. Nawet najpilniejsi i najspokojniejsi studenci stali się imprezowiczami i zawalali studia. Babci i wujek łatwo ze mną też nie mieli i też musieli czasami do porządku przywoływać. Gdyby nie oni to nie wiem, czy dalej bym jeszcze nie studiował.
-O, czym rozmawiacie-przerwała im Ula stawiając na stole tort.
-O studiowaniu córciu-odparł Cieplak, bo znał córkę i wiedział, że nie lubi, gdy mówi się o niej w tym kontekście, o którym mówił.
-Tak Ula- poparł go Marek bez mrugnięcia oka. — Wspominam swoje studia.
-A – odparła krótko. — To rozmawiajcie dalej a ja pójdę po kawę.


Wkrótce dołączyli do nich sąsiedzi Szymczykowie i mogli rozpocząć świętowanie. Po kawie była jeszcze przewidziana kolacja. Czas, jak to na udanym przyjęciu mijał szybko i miło. Jadł, rozmawiał, oglądał zdjęcia z poprzedniego dnia. Wieczorem, gdy żegnał się i dziękował za zaproszenie mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że bawił się doskonale.

Przez kolejne trzy dni nie widzieli się. Co prawda Ula była u niego w domu we wtorek i czwartek, ale Marka nie było.  Od Wioli i jego babci dowiedziała się natomiast, że rozkręca nową firmę z Pshemkiem i ma w związku z tym trochę spraw do załatwienia. Dopiero w piątek, gdy przyszła na ostatnie korepetycje spotkali się. Popołudniu miał odwieść rodzinę do Skierniewic i wrócił do domu prędzej, aby przed podróżą wypocząć i zjeść obiad. Piły właśnie we trójkę pożegnalną kawę, gdy Marek pojawił się w domu i przyłączył się do nich.  Po kawie a przed obiadem, na który została już prędzej zaproszona, Ula zrobił Wioli jeszcze krótki sprawdzian. Marek zapłacił jej też za wszystkie lekcje.
-Proszę Ula- rzekł podając jej banknoty. —  Siedemset złotych plus premia trzysta złotych.
-Ale nie trzeba-zaprotestowała z miejsca.  — Wystarczy tyle na ile się umawialiśmy.
- Tak myślałem, że się nie zgodzisz-mruknął w ogóle niezdziwiony.  — Ula trzeba było, bo wiem jak ciężko jest uczyć Wiolettę.  
-Hola, hola Marek- warknęła znienacka sama zainteresowana przechodząc obok nich z talerzami. —Jakie ciężko?  
-Dobra źle się wysłowiłem. Niełatwo- określił delikatniej. — Może być.
-Tak zdecydowanie lepiej- rzekła usatysfakcjonowana, rozkładając talerze.   — A ty Ula bierz jak dają. Należy ci się premia. Może nie za ciężkie uczenie, ale za cierpliwość do mnie i za całokształt. Mama jest zachwycona nie tylko postępem w nauce, ale i tym jak zmieniłam się. Z trzpiotki Wioletty zrobiłaś ustatkowaną dziewczynę- zachwalała samą siebie.  
-Dokładnie tak Ula-poparł kuzynkę Marek. —   Poza tym inny korepetytor wziąłby więcej. Sprawdzałem i ceny sięgają do stu pięćdziesięciu złotych za godzinę. Ty spotkałaś się z Wiolą sześć razy po półtora godziny do dwóch to zasłużyłaś. Zresztą ciotka i wujek sami zaproponowali, aby dać ci premię albo jakiś drobiazg.
-Moje własne uszy to słyszały Ula –tym razem to Wioletta poparła kuzyna. —  Nie krępuj się, więc kochana i bierz śmiało- dodała klepiąc ją po ramieniu i odchodząc do kuchni.
-Skoro tak to niech będzie i dzięki -odparła wdzięcznie. — Zrobię ojcu niespodziankę przed jego powrotem z sanatorium i kupię komodę do pokoju. Mam już trochę odłożone z pokazu to akurat starczy.  A to na spłatę długu – dodała oddając mu połowę banknotów.
-Ula umawialiśmy się, że będziesz wpłacał na fundację- przypomniał jej i zaprotestował.  — I miałaś nie spieszyć się. Za miesiąc rozpoczyna się rok szkolny i Jasiowi będą potrzebne zeszyty książki.
- Tak Marek, ale umawialiśmy się też, że spłacę dług tak szybko jak się da. Gdyby mnie teraz nie było stać to nie oddawałabym. Zaniesiesz do fundacji i zaoszczędzi się na opłatach. Po odliczeniu tego, to zostanie trzynaście pięćset do oddania. Mam w domu poświadczenia.
- Ula błagam cię-mówił tonem politowania i takim samym wzrokiem spojrzał na nią. — Nie przesadzaj. Nie zamierzam sprawdzać cię ani rozliczać z każdej złotówki.
-Ale wolę żebyś wiedział- nie ustępowała. — To od ciebie pożyczyłam a nie od fundacji.
-To przynajmniej nie informuj mnie za każdym razem, gdy coś wpłacisz. Ufam ci i wystarczy, że raz na pół roku coś mi tam wspomnisz.
-Zgoda-rzekła ugodowo. — Raz na pół roku będę mówiła ci ile wpłaciłam.
-Myślisz, że Wiola zaliczy poprawkę?- wyraźnie usłyszała sceptycyzm w jego glosie.
- Wątpisz w to kuzynie?- odezwała się oskarżycielsko Wiola, która akurat wróciła do jadalni ze surówką.
-Myślę, że tak- wzięła stronę Wioli. — Przerobiłyśmy cały materiał z drugiej klasy, a dzisiaj zrobiłam jej powtórkę i mały sprawdzian. U mnie miałaby mocną tróję albo nawet i czwórkę.
- Dobra, dobra Ulka nie rozpędzaj się tak- studziła jej marzenia.  — Ja nigdy nie mówię hula-hop póki nie zakręcę kółkiem.  Trója mi w zupełności starczy. Postanowiłam na egzaminie postawić na ilość a nie, na jakość i skupić się na wymaganych pięciu zadaniach żeby zdać, a nie brać się za kolejne jak nie będę pewna tych pierwszych. Dokładnie wszystko sprawdzę dwa, trzy razy tak jak mi mówiłaś.
-Bardzo rozsądnie Wiola- pochwaliła ją.
-Dokładnie- dodał i Marek. — I oby tak dalej.
-A, co myślałeś, że moje słowa o wydorośleniu, to były tylko puste słowa?- pytała z wyrzutami. — Jak mówię to już mówię, a nie rzucam słowami w kąt ściany.  Nie jestem już taka głupia jak ustawa ze zeszłego roku. Teraz jestem jak nowo poczęta. Taka otwarta na wszelkie nowalijki i zdobywanie niebios.  Łykam wiedzę jak kania dżin.  I to wszystko dzięki Uli. Jesteśmy jak te dwie połówki bułki razem złożone.
-Wiola bez przesady- próbowała umniejszyć swoje zasługi. — Ty swojej pracy też sporo włożyłaś.
-Wiem, co mówię kochana -odparła z wyraźną szczerością. —  Spadłaś mi z nieba niczym puszka z Pandorą albo jak jakiś kamień fizjologiczny. Gdy ty mi to wszystko tłumaczy to jest proste jak ta bułka maślana, a jak mój matematyk to mam w głowie istotny groch z marchewką.   Ale ja tu gadu, gadu, a w kuchni ryż harcuje- stwierdziła przytomnie i oddaliła się.
-Harcuje?- zwróciła się cicho Ula do Marka, gdy Wioletta zniknęła z pola widzenia. — Chyba chodziło jej o hartuje.
-Raczej tak-zaśmiał się.
-Kamień fizjologiczny, Pandora- mówiła z równą wesołością. —  Czasami nie nadążam za jej tokiem myślenia.
 -Ula ja nie rozumiem połowy jej złotych myśli- rzekł z pozytywną ironią. — Jest w tym mistrzynią, jak sama wiesz.  A co dziwniejsze w szkole nic takiego nie ma miejsca. Kiedyś powiedziała, że samo się jej to w głowie pojawia i jakoś samoczynnie to mówi. Jakby były w niej dwie Wioletty.  Może te dziennikarstwo to dobry pomysł na studia. Mówiła ci, że jej szkolna gazetka w gimnazjum pod jej kierownictwem zdobyła dwa razy z rzędu pierwsze miejsce w ogólnopolskim konkursie.
-Tak i dlatego też uważam, że powinna spróbować swoich sił właśnie tam.
-To, co możemy siadać- Wiola ponownie zmaterializowała się obok nich niosąc ów ryż. — Babcia z Szymkiem kończą się pakować i zaraz też przyjdą.  I smacznego. Jedzcie, pijcie, używajcie a przy stole nie bekajcie, jak to mówią-dodała siadając.
 Obiad minął równie miło, co czas przy kawie. Ula dawała Wioli ostatnie rady, aby wszystko sobie powtórzyć w sobotę a w niedzielę nie zaglądała do książek i nie myślała o poprawce tylko odprężyła się.  Marek natomiast rozmawiał z babcią i Szymkiem. Po skończonym posiłku pożegnała się z rodziną Kubasińskich. Najbardziej wylewnie z babcią, bo kobieta polubiła ją bardzo i liczyła, że zobaczą się jeszcze, gdy przyjedzie do wnuka następnym razem. Wioli oczywiście nie życzyła zdania, aby nie zapeszyć, ale obiecała trzymać kciuki.  Z Markiem powiedzieli sobie tylko do widzenia, bo obiecał wpaść do Rysiowa w niedzielę wracając ze Skierniewic.

W Rysiowie pojawił się tak jak obiecał, w niedzielę wieczorem przed ósmą. Na dworze ciągle było ciepło to zastał Cieplaków na podwórku.  Betti smacznie spała w cieniu na kocu a Jasiu z Ulą jedli kolację.  Ula już z daleka, gdy wchodził na ich posesję zauważyła, że dzisiejszego dnia wyglądał rewelacyjnie i przebił ubiorem wszystkie ich poprzednie spotkania. Do tej pory widywała go głównie w garniturze a dzisiaj ubrany był na sportowo i swobodnie. Miał na sobie białą koszulkę polo, dżinsy, sportowe buty i okulary przeciwsłoneczne na czubku głowy. Równie swobodnie szedł w ich stronę i uśmiechał się tym swoim popisowym uśmiechem. W rękach niósł również mały pakunek.
-Cześć wszystkim- przywitał się, gdy był bliżej i podkręcając jeszcze bardziej uśmiech.
-Cześć-odparł, jako pierwszy Jasiek.
-Cześć-odezwała się i Ula, patrząc na niego z ciągłym błyskiem w oczach.
- Proszę to dla was z pozdrowieniami ze Skierniewic-dodał oddając ostrożnie w ręce Uli tajemniczy pakunek. To ptysie. Wyrób babci, cioci i Wioli. Dzisiaj robione i najlepsze są świeże. Śmietana do jutra może nie wytrzymać. Mam nadzieję, że lubicie bitą śmietanę?
- Nawet bardzo-odparła Ula za siebie i brata. — I dziękujemy.  Siadaj, proszę– zaprosiła go do stołu dostawiając krzesełko.  — Zjesz z nami?
-Dzięki Ula, ale nie jestem głodny-odparł siadając. —  Babcia bez kolacji by mnie nie wypuściła w drogę-wyjaśnił nieco ironicznym tonem nadopiekuńczość kobiety.  — Ale kawy chętnie się napiję, jeśli można.
-Pewnie, że można.  Mam upieczone ciasto z kokosem to też przyniosę.
Uli nie było z nimi nie więcej jak dziesięć minut, ale po powrocie widok Marka i Jasia do zachwycających nie należał, bo obaj siedzieli na czereśni. Jasiek był na niższej gałęzi a Marek na samej górze i próbował zrywać kiściami te najładniejsze czereśnie i zrzucać Jasiowi do koszyczka. Może nic by się nie stało, gdyby nie nagłe jej nadejście i ostry głos. Jasiek szybko i bezpiecznie zeskoczył, ale Marek zareagował zbyt gwałtownie zachwiał się i w ostatniej chwili chwycił się gałęzi. Było jeszcze słychać głos rozdzieranej koszulki i jakimś cudem również zeskoczył na ziemię.
-Można wiedzieć, po co wchodziliście na drzewo?- pytała ich z założonymi rękoma na piersi.
-I tak mieliśmy je jutro zrywać- zaczął tłumaczył się Jasiu.
-Ale z drabiny a nie chodzić po nim. Co wam przyszło w ogóle do głowy? Mogliście spaść.
-Ula to moja wina- odezwał się i Marek i sumiennie przyznał do winy. —  Te na górze tak ładnie wyglądały.
-Tylko, że teraz twoja koszulka nadaje się do wyrzucenia.  Tył rozerwany i w dodatku jest brudna.
-Fakt coś słyszałem, że się drze-odparł zdejmując ową koszulkę. 
Ula przez chwilę patrzyła na jego nagi tors. Marek był opalony, lekko owłosiony z widocznym śladami, że jest też wysportowany. Szybko odwróciła jednak wzrok, bo sama zauważyła, że i Marek przygląda się jej z tym swoim magnetycznym uśmiechem. Najgorsze w tym wszystkim był to, że poczuła, że się czerwieni.
- Jasiu możesz przynieś mi torbę z samochodu?- przerwał w końcu niezręczną ciszę.  — Jest na tylnym siedzeniu. Tu masz kluczyki-dodał sięgając do kieszeni. — Wystarczy nacisnąć ten guzik a samochód otworzy ci się.
-Wiem jak się obsługuje kluczyli-odparł chłopiec i pobiegł w stronę ulicy.
-Chyba widziałaś już półnagiego faceta Ula- zagadnął z rozbawioną miną.
-Wiadomo, że widziałam-odparła wzruszając ramionami. —Nie rób ze mnie jakiejś ostatniej ignorantki.
-Tak?- mówił uśmiechając się łobuzersko. — A mówisz jakby coś cię za gardło ściskało. Nawet na mnie nie spojrzysz.
-Wydaje ci się-odparła i spojrzała na niego przelotem wedle życzenia.
- Pytam, bo masz taką minę jakbyś nigdy nie widziała- kontynuował. — Ale musisz przyznać, że bez koszuli wyglądam dobrze- dodał po chwili, gdy nie usłyszał odpowiedzi.
- Możliwe, ale nie jesteś w moim typie- mówiła tak, aby brzmieć jak najbardziej wiarygodnie.  Wolę blondynów.
-Ula nie pytałem czy jestem w twoim typie, ale czy wyglądam dobrze-wyraźnie rozmowa ta bawiła go.
-Może być- stwierdziła cicho.  — Chociaż mógłbyś trochę ciała nabrać.
-Nie to chciałem usłyszeć- odparł niezadowolony. Ale mimo wszystko przyjmę to, jako komplement Ula- dodał rozpierając się na krześle.
Na szczęście Uli, Beatka obudziła się i nie musiała dalej z nim rozmawiać. Wrócił również Jasiek z jego torbą i zajął się przebieraniem nie fatygując się nawet z pójściem do domu. Patrząc na niego ukradkiem pomyślała sobie, że faktycznie miał rację i czuła się tak jakby był pierwszym mężczyzną w tak niekompletnym stroju, jakiego widziała.
U Cieplaków został jeszcze trochę. Wypił kawę, zjadł ciasto, porozmawiał z Jasiem i zabawił się chwilę z Beatką. Na koniec jeszcze raz przeprosiła za zamieszanie, pożegnał się i odjechał.
 
CDN PO MINI BRZYDULE

Uff. Dobrnęłam do końca części.  Od dwóch tygodni dzidziuś rządzi moim samopoczuciem i weną i dlatego jest jak jest czyli średnio, nic konkretnego i bardziej dla rozjaśnienia co było w poprzednich częściach. W październiku było wszystko ok. a teraz mdłości, zmęczenie i pisanie przychodzi z trudem niestety. Na szczęście to mija z czasem podobno.

poniedziałek, 31 października 2016

Wszystkich Świętych. Cykl miniaturek.



Ciąg dalszy miniaturki 14

-Tatusiu, kiedy pojedziemy do Rysiowa?- zapytała Emilka siedząc przy kuchennym stole i przelewając bezmyślnie łyżeczką kaszkę.
-Kotku ja zaniosłem już torbę do samochodu, mama ubiera Tomka tylko ty marudzisz z jedzeniem-odparł jej Marek.
-Bo mama kaszkę polewa mi sokiem malinowym- poinformowała z go miną niejadka.
-A nie mogłaś powiedzieć mi tego prędzej- rzekł z pretensją do córki i otwierając kolejne szafki.
- Mama trzyma go w lodówce na drzwiach w butelce po Kubusiu- poinstruowała ojca. — Będę mogła pójść z Betti na ślizgawkę i huśtawki? –zapytała patrząc na ojca całą swoją słodyczą.
-Nie będzie czasu kotku-zakomunikował jej rozwiewając brutalnie jej plany.  — Zresztą jest zimno.
-Przecież słońce świeci- stwierdziła spoglądając w okno.
-Owszem świeci, ale jest teraz jesień i jest zimno- wyjaśnił jej polewając kaszkę obficie soczkiem.  — Pobawisz się z Beatką w domu, a później pójdziemy zapalić znicz na grobie babci Magdy i zaniesiemy jej kwiaty. Będzie też twoja prababci Marysia.
-Czyli, kto?- dopytywała się.
-Babcia twojej mamy i mama twojej babci Magdy- odparł, ale dziewczynka zmarszczyła tylko nosek. — To taka jeszcze jedna babcia po babci Helenie i Ali- wyjaśnił jej bardziej przejrzyście.  — Widziała cię tylko dwa razy a ostatni raz jak miałaś dwa latka. Jest bardzo miła i będzie cię na pewno rozpieszczać.
-To może zabiorę swoją świnkę skarbonkę?- zapytała z wyraźnym ożywieniem.
 - Ani mi się waż- pogroził jej ojciec.
-To znaczy nie? -spytała, aby upewnić się.
-Co nie waż- zainteresowała się Ula, która z Tomkiem na rękach schodziła na dół.
-Emilka chce wziąć skarbonkę ze sobą, bo powiedziałem jej, że prababcia jest bardzo miła.
-Emi tak nie wolno- oburzyła się również jej mama.
-Babcia Helena i dziadek Krzysiu zawsze dają mi pieniążka jak przychodzę ze skarbonką do nich- oznajmiła im otwarcie i z niezadowoloną miną.
-Bo owinęłaś sobie ich wokół paluszka-skarciła lekko córkę.  — Nie możesz pytać też babci czy coś ma dla ciebie jak pytasz babcię Alę i dziadka Józefa- przestrzegała dalej córkę.—  Babcia pewnie i tak coś ci ładnego kupiła i da.  O czym ja w ogóle mówię-skarciła tym razem samą siebie. —  Emilko do Rysiowa jedziemy przede wszystkim na grób babci Magdy zapalić znicz i położyć kwiatki.  Tak, jak mówił ci tatuś. Przeżegnasz się ładnie i zmówisz za babcie modlitwę Aniele Boży, a ja kupię ci różę i położysz na grobie. Babcia jest twoim takim aniołem, który patrzy z góry na ciebie, czuwa i dzisiaj trzeba jej podziękować za to wszystko-wyjaśniła córce.
 -Patrzy na mnie jak na Beatkę? –zainteresowała się.
-Tak kochanie.
Rodzice już prędzej rozmawiali z nią na temat babci Magdy i tego gdzie jest. Emilka była bystra i sama niedawno zauważyła, że zamiast mama, do babci Ali jej mama i wujek Jasiu mówią Ala a Beatka ciocia. Byli akurat w Rysiowie to pokazali jej zdjęcia, wzięli na cmentarz i wytłumaczyli, że ich mama zmarła i jest teraz w niebie aniołkiem i patrzy z góry na wszystkich. Dziewczynka na swój sposób zrozumiała to i pytała ich czasami o tą nieznaną jej babcię.
-Betti musiało być smutno bez mamy- stwierdziła bardzo poważnie patrząc na swoją mamę. — Mi było smutno, gdy byłaś w szpitalu z Tomkiem.
- Miała dziadka, mnie, wuja Jasia- próbowała jej to wytłumaczyć rodzicielka. — Kochaliśmy ją za mamę i za siebie.  Była też za mała, żeby tęsknić i żeby było jej smutno. To mi, Jasiowi i dziadkowi było smutno po jej odejściu.
-Ale wy nie odejdziecie?- zapytała spoglądając z obawą na rodziców.
-Kochanie- przejął rozmowę Marek. — Każdy kiedyś umrze, ale my jeszcze nie teraz.
- To dobrze- wyraźnie poweselała. — Bo dobrze jest mieć mamusię, tatusia i Tomka.
-A my się cieszę, że mamy taką małą córeczkę-odparła Ula gładząc ją po główce. —  I babcia Magda cieszy się też, że ma taką wspaniałą wnusię jak ty.  To po niej masz drugie imię Magdalena. W pełni nazywasz się Emilia Magdalena Dobrzańska.
-A Tomek?
-Tomek ma na drugie imię Krzysztof, ja Agnieszka, a tata nie ma w ogóle drugiego imienia.
-Dlaczego nie ma?- rzuciła kolejnym pytaniem.
-Bo rodzice mi nie dali kotku-odparł ojciec. — Teraz kończ jeść kaszkę, bo musimy niedługo wyjeżdżać.

Rodzina Cieplaków na ich przyjazd już czekała. Razem z nimi babcia Marysia i wujek Karol brat Magdy. Mieszkali kilkadziesiąt kilometrów od Rysiowa i tylko dwa, trzy razy w roku przyjeżdżali i spotykali się z rodziną. Dzień Wszystkich Świętych był właśnie jednym z takich dni. Ula i Marek dojechali do Rysiowa, gdy Ala z Beatką szykowały ciasto i kawę. Krewni drugą żonę Józefa zaakceptowali i polubili już dawno i przyjeżdżali tu z przyjemnością.
Czas przy kawie mijał szybko i miło. Duszą towarzystwa była babcia Uli i ona prowadziła głównie rozmowę, zwłaszcza z Markiem.  Już w czasach narzeczeństwa miała słabość do przyszłego męża wnuczki, bo oczarował ją jak wiele innych kobiet w różnym wieku. Tego dnia, jednak  najwięcej czasu poświęciła prawnuczętom. Miała dla nich również małe prezenty. Emilce podarowała szmacianą lalkę „Zuzię” a Tomkowi zabawkę edukacyjną. Dziewczynce nowa babcia jak najbardziej spodobała się i chętnie siedziała u niej na kolanach i słuchała jej piosenek.  Marek również z wujkiem Uli, który prowadził dużą firmę budowlano-remontową znalazł wspólny temat do rozmowy, bo doradzał mu w sprawie budowy jego domu na Mazurach( patrz mini 11 ).  Dom był już w stanie surowym i teraz radził się na najlepsze rozwiązania ogrzewania i innych wykończeń. Gdy czas na kawę minął Ula razem z Alą zajęły się sprzątnięciem i wstępnym przygotowaniem obiadu. W południe Ala z Tomkiem została w domu a reszta domowników i gości poszła na cmentarz.
Na cmentarzu spędzili ponad godzinkę. Oprócz modlitwy i czasu spędzonego przy grobie matki była też okazja na odwiedzenie innych grobów i na spotkanie dalszych krewnych czy znajomych i na krótką rozmowę z nimi. Wyjście nie obyło się też bez niespodzianek. W czasie, gdy Ula z Markiem odeszli, aby znaleźć zapomniany grób i tam zapalić znicz to Emilka zgubiła się na chwilę, choć była pod liczną opieką dziadka, prababci, wujka Jasia i Karola, Beatki i sąsiadki pani Szymczykowej, która na chwilę dołączyła do nich.  Dziewczynka zbierając liście zobaczyła jedną panią w płaszczu, jaki miała jej mama i poszła za kobietą nie zważając na tłok. Na szczęście szybko znalazła się, bo przy pierwszym zbiegowisku ludzi i zanim wrócili jej rodzice. Mogli przez to, zajście te nieco zatuszować przed Ulą i Markiem.  

Po powrocie z cmentarza czekał na nich ciepły rosół, drugie danie, kawa i ciasto.  Na obiedzie pojawił się też Jasiek z Kingą. Od pięciu lat mieszkali we Warszawie w mieszkaniu Ali i kończyli teraz studia. Jasiek dziennikarstwo a Kinga pedagogikę. Planowali też ślub na przyszły rok w czasie lata. Zajęci pracą, studiami i miastowym życiem do rodzinnego Rysiowa wpadali od czasu do czasu. W przeciwieństwie do Uli, która przynajmniej raz w tygodniu odwiedzała ojca, Alę i Beatkę. Przyjeżdżała w tygodni sama z dziećmi albo w sobotę lub niedzielę z Markiem na cały dzień. Emilka i Tomek dziadków Dobrzańskich mieli, na co dzień i Ula chciała, aby z drugimi dziadkami zachować jak najczęstsze kontakty. Przy okazji dowiadywała się o plotkach i zaopatrywała się w  jajka i twaróg.
 Po obiedzie późnym popołudniem, gdy było już szaro Ula z Markiem jeszcze raz wybrali się na cmentarz. Ula  lubiła chodzić po cmentarzu, gdy nie było takiego tłoku i ze spokojem mogła przeżyć ten szczególny dzień. Chodzili alejkami i rozmawiali o życiu i o przemijaniu. 


-„ Odszedłeś od nas tak nagle pozostawiając smutek i żal. A chcieliśmy jeszcze tak wiele dokonać. W sercach naszych trwać będziesz na zawsze” – przeczytała Ula jedną z epitafii.  — Za każdym razem, gdy przechodzę tędy to nachodzą mnie takie nostalgiczne myśli. Znałam tego człowieka. Był dyrektorem w podstawówce. Najlepszy dyrektor, jaki tu był. Któregoś dnia położył się spać i nie obudził się.
-Ula na to nigdy nie ma odpowiedniego czasu-stwierdził posępnie. — Zawsze jest jeszcze coś do zrobienia, czeka się na coś.
-To prawda. I dlatego trzeba brać życie pełnymi garściami i ciesz się nim z całej siły. Jest zbyt kruche, żeby je przespać. Dzień twojego wypadku pamiętam jakby wydarzył się wczoraj, chociaż od tamtego czasu minęło już ponad pięć lat. Pamiętam swoją rozpacz i niepokój.
-Kochanie nie myśl teraz o tym-odparł tuląc ją do siebie. — Jestem przy tobie cały, zdrowy i kocham cię. Cieszmy się sobą, dziećmi, rodziną, przyjaciółmi, tym co mamy. Dzisiejszego dnia wbrew wszystkiemu trzeba się cieszyć a nie smucić.
-Masz rację nie ma sensu teraz myśleć o odchodzeniu-odparła przytulając się bardziej do niego.  — Zwariowalibyśmy gdybyśmy myśleli ciągle o tym.
Nie wiedzieli, że jeszcze tego samego wieczora przekonają się jak kruche jest życie i że ich rozmowa jest poniekąd prorocza.
Po powrocie zjedli jeszcze kolację ze wszystkim, pożegnali gości i sami szykowali się do odjazdu. Z Rysiowa wyjeżdżali zadowoleni ze spotkania z rodziną i uśmiechnięci.
Droga powrotna dłużyła im się, bo był szczyt powrotów i dużo korków.  Tomek wrażeniami całego dnia smacznie spał, a Emilka z lalką w rączkach nuciła sobie nauczoną niedawno w przedszkolu piosenkę „ Zuzia lalka nieduża”. Ich rodzice natomiast rozmawiali i słuchali stołecznego radia informującego o utrudnieniach w ruchu we Warszawie i okolicy. Tuż po przekroczeniu rogatek Warszawy zadzwonił telefon Uli.
-Dziwne Marek- rzekła do męża. — Numer prywatny-dodała, ale mimo wszystko odebrała.
-Co?- zapytała po chwili milczenia, a w jej głosie słychać był strach. — W którym są szpitalu.
-Dzwonił do mnie ktoś z policji i powiedział, że Wiola z Sebastianem i Natalką mieli wypadek i są w szpitalu na Biskupińskiej- wyjaśniła Markowi. — Nie potrafią dodzwonić się do rodziny Wioli to zadzwonili do mnie, bo to do mnie dzwoniła ostatni raz. Musimy tam natychmiast jechać Marek. Zadzwonię do twoich rodziców i spytam czy już wrócili i czy mogą zająć się dziećmi.
-Oczywiście, że pojedziemy-zgodził się z żoną w stu procentach.

Rodzice Marka już na nich czekali przed ich domem.  Helena wzięła śpiącego już Tomka a jej mąż zajął się Emilką i torbami. Do szpitala było blisko to dotarli tam szybko. Dużo o stanie zdrowia przyjaciół nie dowiedzieli się, bo nie byli z rodziny, ale z tych pobieżnych informacji to Wioletta ze względu, że była już w ósmym miesiącu ciąży to zmuszeni byli zrobić jej cesarką a Sebastian również był operowany. Tylko Natalka z wypadku wyszła praktycznie bez obrażeń i miała tylko zadrapania i siniaki. Była jednak w szoku i potrzebowała kogoś, kogo zna. Marek zadzwonił również do rodziców Sebastiana, ale ze względu, że byli daleko poza Warszawą to nie mogli tak szybko przyjechać. Uli udało się natomiast skontaktować z rodzicami Wioli i obiecali przyjechać jak najszybciej. Poszli przede wszystkim do Natalki. Przyjazd cioci i wujka był dla niej zbawienny i nie zostawili jej aż do przyjazdu jej dziadków. W szpitalu zostali do połowy nocy, bo chcieli poczekać aż skończą operować Sebastiana i spytać o jego stan.
-Kochanie czas wracać do domu- rzekł Marek, gdy lekarz operujący ich przyjaciela wyszedł i poinformował, że operacja przebiegła bez komplikacji. — Nic więcej nie możemy dzisiaj zrobić, a sen jest nam potrzebny.
-Tak jedźmy- zgodziła się z nim. — Co za ironia losu Marek- mówiła wychodząc ze szpitala. — Jeszcze parę godzin temu rozmawiałam z Wiolą przez telefon, my rozmawialiśmy na temat ulotności życia, a teraz leżą ranni a mogli nawet stracić życie.
-Wiem Ula i też trudno mi w to uwierzyć- odparł z przygnębieniem. —Ale najważniejsze, że wszyscy żyją.  A jutro na spokojnie pomyślimy jak możemy im pomóc.
-Koniecznie Marek-poparła bezspornie męża.

Do szpitala wrócili następnego dnia. Było już więcej wiadomo o stanie zdrowia Olszańskich. Wiola była już po wszystkich badaniach i nic nie wskazywało na to, żeby miała jakieś obrażenia z wyjątkiem stłuczeń i wstrząsu mózgu.  Mała Sara też była w dobrym stanie i tylko ze względu na to, że była wcześniakiem była w inkubatorze. Stan Sebastiana natomiast był poważny, ale jak zapewniali lekarze niezagrażający życiu. Miał usuniętą śledzionę, obrzęk mózgu, połamane żebra i ogólne stłuczenia. Dotarli też jego rodzice a policja ustaliła okoliczności wypadku. Okazało się, że wina Sebastiana to nie była, bo inny kierowca nie zachował ostrożności przy wyprzedzaniu i uderzył czołowo w ich auto. Spotkali się też z Wiolettą. Leżała na sali pooperacyjnej a Ula mogła chwilę porozmawiać z nią.
-Ula kochana-zawołał słabym głosem Wiola — Dobrze, że jesteś. Widziałaś ich? Oni nie chcą zawieść mnie do Natalki ani Sary ani do Sebastiana. Oni żyją, prawda. Lekarze mówią, że tak, ale mogą kłamać a ty mnie nie oszukasz. Mama też mówi, że jest wszystko dobrze, ale to przecież mama.
-Spokojnie Wiola- szybko odparła biorąc ją za rękę. — Nikt cię nie okłamuje. Wszyscy żyją. Natalka kazała cię nawet ucałować.  Wracam właśnie od niej. Co więcej pielęgniarka przywiezie ją tutaj. Teraz jest tam Marek z Emilką i grają w coś.  Ze Sarą też jest dobrze a dla Sebastiana jest lepiej, że utrzymują go w śpiączce farmakologicznej. Nikt cię nie okłamuje i na pewno jak będziesz już mogła wstawać to zawiozą cię do Seby i Sary.
-Oby.  Tak bardzo chciałabym wziąć już Sarę na ręce –mówiła z wyraźnym rozczuleniem i przez łzy.  — Ulka Cebulek w ostatniej chwili skręcił ostro na prawo i na siebie wziął całe uderzenie. To ja powinnam leżeć nieprzytomna, a nie on.
-Wiola głupot nie gadaj- oburzyła się.  — Sebastian myślał o tobie i waszym dziecku. To tylko potwierdza jak bardzo was kocha i jak bardzo jest odpowiedzialny i przytomny, gdy prowadzi. Powinnaś być z niego dumna.
- A jeśli coś mu się stanie?- pytała patrząc na nią z obawą. — Nigdy sobie tego nie wybaczę-dodała zanim Ula zdążyła odpowiedzieć.
-Wiola nic mu się nie stanie-rzekła stanowczo. —  Jest pod dobrą opieką. Zobaczysz za miesiąc góra dwa będziecie wszyscy razem we czwórkę w domu. Myśl pozytywnie.
- Masz rację muszę myśleć pozytywnie- mówiła mrugając i odpędzając łzy.  — To samo powiedziała mi lekarka. Nie denerwować się i myśleć pozytywnie. Ula zostaniesz chrzestną dla Sary?- zapytała patrząc na przyjaciółkę wymownie.
-Pewnie, że zostanę Wiola-odparła uśmiechając się. —  Nawet liczyłam na to po cichu-dodała szczerze. 
-Cieszą się Ula, bo lepszej nie znajdę-rzekła z wdzięcznością.  —Moje kuzynki to same małolaty a w rodzinie Sebastiana też nie ma nikogo odpowiedniego.
-A ja postaram się być dobrą matką chrzestną-zapewniała.  — Ale teraz wypoczywaj.  Tylko na chwilę mnie wpuścili do ciebie. Gdy już przeniosą cię na ogólną salę to pogadamy dłużej.  Aha Wiola zapomniałabym-dodała odchodząc.   Masz pozdrowienia od rodziców Marka, mojego ojca, Ali i dziewczyn z firmy.
-Dzięki Ula i pozdrów ich ode mnie-odparła a Ula wyszła z sali.

Przez kolejne dni Ula z Markiem chodzili do nich w odwiedziny codziennie. Z każdy dniem ich stan zdrowia poprawiał się. Pięć dni później Natalka została wypisana i mieszkała z nimi przez parę dni. Tego samego dnia Sebastiana wybudzili ze śpiączki. Po kolejnych pięciu ze szpitala wyszła również Wioletta z Sarą. Przyjechała do niej jej mama i została na dłużej, aby zająć się córką i wnuczkami. Wiola, choć była już w domu to ciągle jej myśli i tak były w szpitalu przy Sebastianie.



  Sebastian, bowiem oprócz leczenia musiał przejść też cały okres rehabilitacji.
- Uważaj Seba, bo idziesz w moje ślady- rzekł mu Marek, gdy przyjaciel mógł już przyjmować gości i rozmawiać swobodniej po intubacji. — Z tym wyjątkiem, że w moim przypadku to ja byłem winny a u ciebie zawinił ten kierowca z Volvo.
-No-odparł krótko. — Marek, gdy widziałem te światła samochodu to w jednej sekundzie całe życie śmignęło mi przez głowę-mówił z ciągłym przestrachem.  — Jedyne, co jeszcze pamiętam to, to, że Wiola krzyczała uważaj i że w ostatniej chwili ostro skręciłem. I całe szczęście, bo dzięki temu Wiolce i dziecku nic się nie stało.
- Wiem-odparł kiwając głową z szacunkiem.  — Wioletta o niczym innym nie mówi tylko o tym, że ją miałeś na względzie i dziecko. Inny straciłby zimną krew a ty wiedziałeś, co zrobić.  I gratuluje oczywiście córeczki-dodał klepiąc przyjaźnie po ramieniu.
- Dzięki Marek. Wiolka zdjęcie mi przyniosła- rzekł z ckliwie.  — Taka kruszynka z niej a już musiała tyle przejść. Gdyby coś stało się którejś z moich dziewczyn to rozszarpałbym tego pijaka- dodał ze złością.
-Spokojnie Seba- próbował go uspokajać. — Pójdzie siedzieć. Wiem, że miał zabrane prawo jazdy za jazdę po pijanemu i wyrok w zawieszeniu.
-Właśnie Marek- mówił sceptycznie.  — Tyle mówi się o wsiadaniu po pijanemu za kierownicę a do tych głąbów nic nie dociera. Nawet odebranie prawka. Powinni posiedzieć trochę we więzieniu to może skończyłoby się to.
-My tego nie zmienimy Seba- odparł mu równie krytycznie .  — A jak się czujesz?
- Bywało lepiej, ale dzięki, że pytasz-odparł trochę kuriozalnie i ironicznie.
-To było głupie pytanie- sam przyznał się do nietaktu. — Ale wypadało zapytać.
-Ok.  Marek nic się nie stało. Żebra mnie bolą jak przestają działać leki-oznajmił mu.  — I trochę jeszcze pobędę na zwolnieniu lekarskim.
-Tym się nie martw-zapewniał.  — Nikt twojego miejsca nie zajmie i pomyślimy o jakiejś pomocy dla was. Możesz liczyć też na moje odwiedziny i tu i w domu.
- Dzięki- wyraźnie ożywił się. —  I dzięki za zajęcie się Natalką.  To dobry pomysł, że jest u was i że przy Emilce i Tomku dochodzi do siebie.
-Od tego ma się przecież przyjaciół.  Ty i Wiola tak samo zachowalibyście się.
-Wiadomo Marek- mówił z oczywistością w głosie. — My dwaj i nasze rodziny zawsze razem.
 -Dokładnie- przytaknął. —  A wracając do ciebie to kuruj się i nie myśl o pracy, Wioli i dziewczynkach, bo mają się dobrze, a my za parę tygodni zagramy w kosza. Już teraz zapraszam cię, a do tego czasu będziemy grać w szachy albo karty.
-Trzymam cię za słowo przyjacielu- odparł przybijając z nim żółwika.

Mini napisana dosłownie w piątkowy, sobotni i niedzielny wieczór. Gdybym prędzej wpadła na ten pomysł i zaczęła pisać to byłaby lepsza.