sobota, 13 maja 2017

Życie na niby 19



Są kobiety, które w chwilach rozpaczy robią zakupy, idą na plotki z koleżankami, do fryzjera, czytają a ja kleję pierogi albo piekę ciasta. I tak od ponad tygodnia. Tyleż też czasu nie widziałam się ani nie rozmawiałam z Markiem -rozmyślała Ula w kolejny wieczór w czasie pieczenia biszkopta.

 
Ale to, że nie miała z nim kontaktu nie oznaczało, że nie myślała o nim albo nie rozmawiała. To głównie jej rodzina wypytywała ją o jego zdrowie i co u niego nowego, a ona odpowiadała, że dobrze.  Przed ojcem i rodzeństwem, bowiem udawała, że nic się nie stało i jest w kontakcie z Markiem. Wolała na razie kłamać niż odpowiadać na pytania ojca. Wioletta natomiast, choć była w Londynie to była na bieżąco z ich relacjami. To sam Marek musiał powiedzieć coś Sebastianowi albo Olszański sam domyślił się, bo Wiola wiedziała dość dużo.
-No mów Ula jak na szczerej spowiedzi-zachęcała Kubasińska przez Skype. —Jak to było z tym moim kuzynem? Sebastian wczoraj był u niego i coś wspominał o kłótni i przeprowadzce do niego w ramach koleżeństwa, ale nie zrozumiałam go.
-To prawda zaproponował, żebym wprowadziła się do niego- rzekła markotnie.
-A to cielę nieumyte – warknęła i zanim Ula rozwinęła myśl. —Żeby zaproponować ci coś tak jednoznacznego jednoznacznie.
-Nie Wiola-wtrąciła.— Nie w tym sensie. Chyba nie. Mówił, że lubimy się i to był jeden z jego argumentów. A drugi to, że chciał ułatwić mi życie, żebym rano nie musiała wstawać do pracy, później jeździć do niego i wieczorem wracać do domu. Po prostu stwierdził, że nie opłaca mi się.
-Cały Marek-parsknęła. — Sposobem chciał cię wziąć a tak naprawdę tylko o sobie myślał.  I teraz o ile znam go, to prawdopodobnie myśli, że usychasz za nim i czeka, aż ty odezwiesz się albo odwiedzisz go.
-Ale tak jest Wiola-przyznała się. — Tęsknie za nim.
-Ale on o tym nie wie- orzekła otwarcie. — I za nic w świecie nie dzwoń do niego. Nie daj mu tej satysfakcji odezwania się. On był przyzwyczajony, że kobiety z ręki mu jadły niech, więc wie, że jest jedna, co mu odmówiła.  Pobędzie trochę sam to może zrozumie i doceni to jak było, kiedy towarzyszyłaś mu wieczorami.
-Myślisz -mówiła bez przekonania.
-Tak Ulka-odparła pewnie. — Mężczyźni dłużej dorastają i muszą mieć więcej czasu, żeby zrozumieć pewne sprawy-argumentowała.  —A on sam nie wie, że zakochał się w tobie. Cebulek tak mówi a kto, jak kto ale najlepszy przyjaciel wie najlepiej. Nic, więc nie rób pierwsza. Choć do pracy, śmiej się, żyj swoim życiem i nie daj poznać po sobie, że ci zależy. A resztą Sebastian zajmie się i opowie mu jak to nie tęskno ci za nim. Babcię też przekonam, żeby do niego nie jechała po powrocie z sanatorium.
 -Tylko, czy to coś da?- pytała sceptycznie.
-Ula zaufaj mi, chociaż raz. Dwa tygodnie i sam odezwie się. Zobaczysz.
Wiola ma rację. Nie mogę dać mu satysfakcji i zadzwonić- rozmyślała wieczorem kładąc się spać. Mam swoją dumę. A dzwonić będę ewentualnie tylko służbowo, jeśli taka konieczność nastąpi. Postawił przecież sprawę jasno, że nie jest zainteresowany małżeństwem i dziećmi a ja tak.  Dowodzi to temu, że zdecydowanie nie pasujemy do siebie, a czekać aż dorośnie to nie chcę. Może to trwać latami. Poczekam i zobaczymy czy Wiola ma rację mówiąc, że kocha, a nie wie o tym. A jeśli nie to mocno wezmę się w garść i wymażę go z pamięci, z serca i swojego życia.

 
 Marek tymczasem został sam w domu bez towarzystwa i większą część dnia przeleżał bezczynnie. Po trzech dniach z nudów zamówił taksówkę i pojechał do firmy. W kolejnych dniach było podobnie. Rano jechał do firmy i zostawał tam do końca pracy, czyli siedemnastej. Popołudnia i wieczory dłużyły mu się jednak. W dodatku łatwo mu nie było z obowiązkami domowymi, bo choć gips zdjęli dzień po ostatniej rozmowie z Ulą to z kulami obchodzić się łatwo mu nie było. Jedyną osobą, która odwiedziła go przez ten czas był Sebastian. Przyjaciel ciągle był na zwolnieniu lekarskim, kurował się u rodziców i widzieli się po raz drugi od wypadku. 


-A gdzie masz Ule?- zapytał Olszański po tym jak rozsiadł się w sypialni i przyniósł kawę dla siebie i przyjaciela. —Dzisiaj środa, a mówiłeś, że Ulka wpadała zawsze we środy po pracy.
-Nie ma – odparł cicho. — Zaproponowałem jej wczoraj, żeby wprowadziła się do mnie i obraziła się.
 - To gratuluję- zaczął, ale po chwili zorientowała się, że coś tu nie pasuje. — Jak to obraziła? Przecież kocha cię i jesteś dla niej spełnieniem marzeń.
-Nie w tym sensie zaproponowałem jej przeprowadzkę do mnie- zaczął wyjaśniać. —Tylkom w sensie koleżeńskim. Może czasami coś tylko skapnęłoby mi się przed snem- mówił do zdziwionego Olszańskiego. —W sensie całusa na dobranoc. 
-Żartujesz sobie ze mnie - pytał podejrzliwie i ironicznie.
- Nie - odparł krótko i pewnie.
-Marek jak mogłeś zakochanej kobiecie zaproponować coś tak głupiego-mówił z wyrzutami. — Chyba tabletek przeciwbólowych nałykałeś się za dużo, albo innego świństwa, bo zaczynasz mówić i robić rzeczy od rzeczy.
-Nic nie brałem oprócz tego, co mi przepisali-oburzył się. — A z Ulą byłem szczery-mówił tak jakby nie widział w swoim zachowaniu nic złego. —Nie okłamywałem jej a mógł udawać, że zależy mi na niej.
-Bardzo szlachetnie-zakpił.
-A miałem mamić ją-rzucił z uwydatnieniem.
-Nie Marek, ale sam mówiłeś, że Ula podoba ci się, lubisz ją, całujecie się, nawet jesteś zazdrosny. To coś znaczy.  I nie znaczy przyjaźni ani koleżeństwa. Nawet ja z Wiolą nie mieliśmy takich uczuć. Tylko trafiło mnie coś w klubie. I zapewniam cię, że miłość nie boli- tłumaczył. —Wręcz przeciwnie to cudowne uczucie. Wiem to z własnego doświadczenia.
-A właśnie chyba nie muszę przypominać ci, że Wiola to moja jedyna kuzynka i masz zachowywać się grzecznie –odparł nawiązując do rozmowy, jaką odbyli jeszcze w szpitalu i kiedy to Sebastian powiedział mu, że czuje do Wioletty coś więcej niż sympatię.
- Mówiłeś mi to już dwa razy i nie zmieniaj tematu-fuknął mu.
-Lepiej upewnić się-odparł od niechcenia.
-Marek jesteś na najłatwiejszej drodze do tego, żeby za rok chodzić z Szymkiem po klubach i wyrywać panienki w jego wieku- kontynuował Olszański temat uczucia i jego prowadzenia się. — Ja tego nie chcę i wypisuję się z takiego życia. Czas dorosnąć i zabrać się za zakładanie rodziny. Nie zamierzam być brany za dziadka w przedszkolu.
-Mówisz teraz jak moja babcia- mruknął z rozdrażnieniem. —Ona też dawała mi codziennie wykłady na ten temat, gdy była u mnie. Wykorzystała perfidnie okazję, że leżałem z gipsem, nie mogłem wstać z łóżka i musiałem słuchać ją- żalił się cytując słowa babci. Mareczku obiecałam twoim rodzicom w dniu ich pogrzebu i nad ich grobem, że wychowam cię na porządnego człowieka, że kiedyś będziesz szczęśliwy ze swoją rodziną i że ja twoim dzieciom zastąpię babcię, a wygląda na to, że nic z tego nie wyszło.  Masz trzydzieści lat a ustatkowanie ci nie w głowie i ranisz kobiety. I nie rób takiej miny obrażonej, bo mówię ci prawdę. Inni w twoim wieku myślą o wiele poważniej i myślą, co będzie za dziesięć, dwadzieścia, czy czterdzieści lat tylko nie ty. Pieniądze, twój dom, samochody to tylko szczęście materialne, a to nie wszystko. Człowiekowi potrzebne jest jeszcze szczęście duchowe do życia, bo inaczej staje się zgorzkniały. A miłość i szczęście duchowe idą w jednej parze i są potrzebne w każdym wieku, żeby życie nie było puste i żebyś miał odezwać się do kogoś wieczorem albo na starość. Te twoje panienki chętne opieką nad staruszkiem na pewno nie będą. Brakowało żeby zaczęła szukać mi odpowiedniej dziewczyny- dodał z zniechęceniem. —Choć z podtekstów można było wywnioskować, że Ula jest idealna.
-I ma rację, bo Ula jest świetną dziewczyną– odparł mu Sebastian nie zważając na zniechęconą ciągle minę przyjaciela. —I nie wiem, na kogo czekasz i na co.
- Na nic i na nikogo szczególnego- wzruszył ramionami.  —Po prostu chcę mieć jeszcze trochę luzu a nie obrączki.
-Mów sobie, co chcesz Marek, ale ja dorosłem i wiem, że w życiu nie jest ważna zabawa, czy rzeczy, ale rodzina i zamierzam mieć taką z twoją kuzynką i być szczęśliwy.
-A ja ci i Wioli życzę szczęścia-odparł znużony już tematem rozmowy.
- Dzięki. A wracając do twojej babci to zauważyłeś, że będzie też i moją babcią-zmienił nieco temat Sebastian.
- A twoje dzieci będą mówić mi wujku-dodał Marek.
-Racja- uśmiechnął się do przyjaciela i na samą tą myśl.  — Kto by pomyślał parę lat temu, że będziemy w rodzinie i że będziemy spotykać się nie tylko, jako kumple, ale i na spotkaniach rodzinnych- mówił z zadumaniem.
-Dokładnie- i Markowi udzielił się nastrój Sebastiana, bo uśmiechał się.
-Marek, ale skoro Wiola jest twoją kuzynką to i my zostaniemy przyszywanymi kuzynami- odkrył kolejną koligacje Olszański. —Dobrze mówię.
- Powiedziałbym nawet, że szwagrami- odparł spoglądając na niego. — Bądź, co bądź rodzice Wioli wychowywali mnie jakiś czas i jest dla mnie jak młodsza siostra.
-Tym lepiej-mówił z ożywieniem. —Szwagrowie mają ze sobą podobno bardzo dobre relacje.
-A i teściów będziesz miał bardzo miłych-zaopiniował swoje wujostwo.  —O babci nie wspominając.  Szymek też w porządku jest.
-To dobrze robię wchodząc w tą rodzinę?- zapytał Olszański.
-Bardzo dobrze -odparł mu pokrzepiająco.
Marek rewelacje na temat Sebastiana i Wioli przyjął całkiem spokojnie i dał mu nawet swoje błogosławieństwo. Przestrzegł jednak, że ma pilnować się i żadnych panienek. Jedyny mankament widział w tym, że przyjaciel już na początku związku stał się nie do zniesienia i chciał w te miłosne manewry wciągnąć i jego. W dodatku zaczął mówić jak babcia i miał pomału dość ich gadki na temat swojego stylu życia. Monologi babci spowodowały nawet to, że jeszcze w czasie jej pobytu zastanawiał się czy jest sens powrotu babci do niego po jej powrocie ze sanatorium. Miał przecież Ulę, jak myślał, która opiekowała się nim i dostarczała towarzystwa, a która nie robiła mu wykładów. Po jej odejściu zmienił, jednak zdanie i przyjazd babci uważał za niezbędny.  Ku jego zdziwieniu babcia nie zamierzała z nim zostać.  Przyjechała, co prawda na weekend z rodziną, ale i odjechała z nimi zostawiając go ze słowami, że jest wystarczająco dorosły i na tyle zdrowy, żeby być samym w domu i radzić sobie. Nie wiedział też, że była w komitywie z Wiolą i Sebastianem i to wnuczka zadzwoniła do niej i opowiedziała o propozycji, jaką złożył Uli i odpowiednio nastawiła.
Po dziesięciu dniach od incydentu z Ulą, leżąc w jedną z bezsennych nocy, stwierdził, że coraz bardziej brakuje mu jej. Nie zamierzał jednak pierwszy odezwać się i liczył na to, że prędzej czy później połączą ich sprawy zawodowe i to Ula przełamie pierwsze lody. Nic takiego jednak nie działo się, dni mijały a on nudził się coraz bardziej. 


 Z nudów też zaczął przeglądać albumy i pamiątki po rodzicach i wspominać ich wspólne obiady, wyjazdy, spędzanie czasu. Miewał też sny o rodzicach i swoim dzieciństwie. Najwięcej razy we śnie powtarzała się mu scena, jak mama zbiega ze schodów i poprawia obrazki wiszące na ścianie tuż przy schodach (miała taką manię a i Ula ma. Patrz cz. 2). Oprócz tego śniły mu się wydarzenia z ostatnich pięciu lat z Cieplakami w roli głównej. Czasy pomiędzy śmiertelnym wypadkiem rodziców a poznaniem Cieplaków natomiast nigdy.

W międzyczasie we firmie Dec& Lange pojawił się Adam Turek. Przyszedł z papierami do podpisu i przy okazji porozmawiać, z Ulą.


-Ula przepraszam, że cię pytam-zaczął jak to Adam lękliwie. —Ale nie wiesz, co się dzieje z Markiem. Ostatnio jest jakiś dziwny?
-To znaczy- delikatnie wypytała odprowadzając do windy.
-Coś się dzieje z jego psychiką. Nigdy się tak nie zachowywał. Zawala nas robotą, sam też pracuje jak wół i wszystko chce mieć na już. Lepiej było, jak ja odwalałem za niego robotę w swoim tempie, a on zabawiał się z panienkami.  A do tego stał się nadąsany jakoś i wszystko go denerwuje. Zwolnił nawet Arlettę, a nic nie zrobiła. On nigdy się tak nie zachowywał i ma chyba prywatne problemy.
-Ja nic nie wiem Adam-wymigiwała się od odpowiedzi.  —Mogę jedynie przypuszczać, że wypadek go tak zmienił. Taki wstrząs zmienia człowieka.
- Innego wytłumaczenia też nie znajduję- rzekł niepocieszony.
-Ale może jak całkiem dojdzie do zdrowia fizycznego to mu przejdzie-pocieszała go.
-Albo i nie-odparł pesymistycznie. —To, co widzimy się za trzy dni u nas we firmie-dodał, kiedy drzwi windy otwierały się.
-Tak-odparła, choć wiedziała, że nie musi iść.

Trzy dni później we firmie Marka miało odbyć się, bowiem małe zebranie z kontrahentami. Zaplanowane było przynajmniej na trzy godziny to z pójścia na nie wymigała się pracą nad tłumaczeniem umowy i szef poszedł sam. Pan Dec wrócił jednak po niespełna godzinie i od razu wyjawił jej powody szybszego powrotu. Okazało się, że na początku zebrania Marek zasłabł, przyjechało pogotowie i wzięli go do szpitala. Po tym, co usłyszała nie mogła oprzeć się pokusie, aby nie pójść do niego od razu. Z wizytą poczekała jednak do przerwy na lunch, czyli niecałą godzinę. W międzyczasie Marek zadzwonił do niej, ale nie zdążyła odebrać to zostawił wiadomość.
Ula, pan Leszek pewnie powiedział ci, że zasłabłem i że zabrało mnie pogotowie do szpitala na Solcu.  Teraz leżę tu sam i myślę. I wiem, że być może proszę cię o zbyt wiele, ale gdybyś mogła przyjść do mnie. I nie proszę, jako chory tylko, jako Marek Dobrzański idiota, który zmądrzał i przemyślał wiele spraw.
Niepojawienie się Uli w jego firmie na zebraniu zdecydowanie zaskoczyło go i rozczarowało. Miał nadzieję, że rozpocznie rozmowę, spyta o zdrowie, a później wszystko samo ułoży się i wróci, do jako takiej normy. W dodatku rano zapomniał zabrać leku i noga go rwała. Nic też nie jadł w domu i wypił tylko kawę, bo taksówka czekała na niego. Będąc już we firmie chciał zejść do bufetu, ale poszedł do pracowni Pshemka, bo mistrz miał jeden ze swoich humorów i musiał przed pojawieniem gości uspokoić go. Później we firmie pojawiła się Klaudia, która dziwnym zbiegiem okoliczności podobno dopiero teraz dowiedziała się o jego wypadku i przyjechała chętna do zajęcia się nim. Uporanie się z projektantem i modelką trochę czasu zajęło mu i kontrahenci zdążyli w tym czasie przyjść, czekali na niego w konferencyjnej to i on poszedł. Od początku zebrania nie czuł się dobrze i kręciło się w głowie. Kryzys przyszedł, kiedy gwałtownie wstał i zapomniał o kulach. Jedynie, co pamiętał to, że runął na ziemię. Po przewiezieniu do szpitala w pierwszej kolejności zbadał go ortopeda, ale na szczęście z jego złamaną nogą wszystko było dobrze, to mógł zająć się nim internista. Z telefonem do Uli trochę zwlekał, ale w końcu po zastanowieniu się, co mógłby powiedzieć jej zadzwonił z nadzieją, że odbierze.
 Z dotarciem do Marka, Ula nie miała problemu, bo pielęgniarce w rejestracji skłamał, że jest narzeczoną i skierowała ją na ogólną salę segregacji. Zza jednego z parawanów dobiegał charakterystyczny dźwięk dla aparatu EKG oraz rozmowa Marka i lekarza.
-Praca serca nic złego na szczęście nie wykazuje-usłyszała głos lekarz.
-Te zasłabnięcie to z niewyspania i niedojadania panie doktorze-tłumaczył się Marek. —Ostatnie trzy noce praktycznie nie spałem i żyłem kawą.
-Wiem. Kolega z karetki wspominał mi o tym. I jeszcze, że przywieźli kolejnego młodego biznesmena z zebrania, który myśli, że w wieku trzydziestu lat nic mu nie grozi. A tak naprawdę jest pan na najlepszej drodze do zawału i wrzodów- informował go lekarz.
-To samo mówił mi lekarz pogotowia i ortopeda- odparł zapinając piżamę po badaniu.  
-To proszę posłuchać naszej całej trójki i zmienić styl życia. Jest pan za młody na zawał-argumentował.  —A i serce ma pan jedno. Lepiej oddać je kobiecie a nie chorobie-żartował. — Teraz proponuję odpoczywać i nie wstawać z łóżka-dodał odsłaniając parawan i odchodząc.
-Część Ula- rzekł jak tylko zauważył ją stojącą tuż za parawanem. —Przyszłaś jednak.
- Cześć. Jak można trzy noce nie spać? -zbeształa go. —Sam wykańczasz się takim życiem.
- Możliwe, ale zrozumiałe, że moje życie to jedna wielka pomyłka, pustka, impreza i rutyna Ula. I mógłbym tak długo jeszcze wymieniać-rzekł ku jej zdziwieniu. 
 
CDN PO ROZMOWIE KWAFIFIKACYJNEJ

Będzie jeszcze jedna część. Kiedy to nie wiem?  Ale do porodu chyba nie wyrobię się. Chyba, że bardzo opisowa a później poprawię. Jeszcze później dokończę rozpoczętą mini.  Może prędzej będzie też coś spóźnionego na 250 000 wejść.  Na razie dziękuję za wszystkie komentarze i wejścia.  :)
I tak tradycyjnie przepraszam za błędy, jeśli są i że jest nie do końca dopracowana.
Do miłego zobaczenia.

niedziela, 7 maja 2017

Życie na niby 18



-Jak to spotkałeś Damiana?- pytał z niedowierzaniem Olszański, Marka tuż po tym, jak odjechali z pod domu Uli i po tym jak Marek opowiedział mu o wydarzeniach z rana.  Rano będąc jeszcze w Krakowie okazji porozmawiać nie mieli, a później w samochodzie ciągle towarzyszyła im Ula.
-Tak normalnie, jak mówiłem ci. On wychodził a ja wchodziłem.
-Kto, by pomyślał? -mówił z ciągłym niedowierzaniem.  Ja nic z Ewą ty nic z Mirabellą, oboje grzecznie o jedenastej sami w łóżkach, a Ula zabawiła się.
-Noo –odparł krótko.
-A taka zakochana była-kontynuował.  — A łóżko, jakie było? Rozgrzebane?
-Nie przyglądałem się.
-A była ubrana?
-Ubrana.
-Jakiś szampan, dwie tace-zadawał kolejne pytania.
-Raczej nie.
-To może nic się nie stało-podpuszczał go.
-Może-odpowiadał automatycznie.
-Marek, żartowałem a ty mówisz teraz jakbyś był naprawdę zazdrosny albo przynajmniej przeszkadzało ci to, że inny posmakował tego, na co ty masz ochotę-mówił ironicznie. —Chyba, że tak jest-dodał spoglądając na niego uważnie.
-Nie jest- odparł szybko. —Tylko jest to dziwne, bo nie jest w stylu Uli- tłumaczył się, chociaż wiedział, że inaczej niż zazdrość chyba nie da się tego zdefiniować.
-Dobra, dobra nie tłumacz się- wyraźnie mu nie uwierzył. —A tak swoją drogą to nie zauważyłeś, że nieuchronnie starzejemy się. Gdy my zaliczaliśmy pierwsze panienki to twój kuzyn uczył się pisać i czytać, a teraz chce z nami chodzić do klubu.
- Niestety latka lecą- poparł przyjaciela markotnie.
- I gusta nam się zmieniają- kontynuował Olszański. A przynajmniej mi. Jeszcze niedawno podobały mi się takie kobiety, jak ta z klubu, którą Szymek był zachwycony, a teraz mam inny pogląd na to i cycki i nogi już mi nie wystarczają.   Muszą jeszcze mieć coś więcej. I tego będę szukał.
- No proszę i kto to mówi- tym razem to on postanowił zakpić. — Drugi Casanova Warszawy.  
-Żebyś się nie zdziwił, jak za parę miesięcy będziesz moim świadkiem na ślubie-odparł nieurażony słowami przyjaciela.
-Czy ja o czymś nie wiem? – podpytywał i spoglądał na przyjaciela sugestywnie. —Jakieś nowe i poważne otwarcie. Może to na tych twoich kursach kolorowania zapoznałeś kogoś?
-Może - odparł tajemniczo. —Wszystko w swoim czasie Marek-dodał nic więcej nie mówiąc.


Sebastian, choć była teraz ku temu okazja wolał nie mówić przyjacielowi, że nowe otwarcie to jego własna kuzynka. Wioletta też nie wiedziała i chciał zadzwonić do niej wieczorem pogadać na dobry początek po przyjacielsku, wybadać sytuację na spokojne, z niczym nagle nie wyskoczyć, a po jej powrocie spróbować związać się na poważnie.  Do tej pory, bowiem to tylko Wiola była oczarowana i chętna na związek z przystojnym przyjacielem kuzyna, a i Marek wolał, że tak jest, bo Seba dobrym kandydatem na chłopaka dla Wioli nie był. Dlatego też Sebastian teraz chciał pokazać się Markowi od tej lepszej strony i potrzebował czasu na zdobycie takiego zaufania.

Ula z odebraniem telefonu nie czekała, ale zamiast usłyszeć coś w stylu cześć Ula, to znów ja usłyszała miłe dzień dobry Krystyna Pawlicka i dzwonię ze szpitala na Biskupińskiej. W dalszej rozmowie pielęgniarka poinformowała ją, że Marek wraz z pasażerem mieli wypadek, trafili do szpitala i dzwoni do niej, bo ostatnie dwa wybierane numery były do niej, a numer domowy nie odbiera.
Do szpitala dotarła godzinę później. Najpierw musiała pójść do swojej firmy i wysłać faks, bo był ważny i jeszcze rano, gdy Damian przyszedł pożegnać się z nią to przypomniał jej o tym. Sama też była sumienna i jak myślała Marek, Markiem, ale praca była ważniejsza. Zwłaszcza, że pielęgniarka powiedziała jej w dalszej rozmowie, że pacjentowi nic nie zagraża.  Na samym już miejscu dotarcie do Marka okazało się proste. Marek leżał na pojedynczej sali z opatrunkiem na głowie, dopiętą kroplówką i nie wyglądał jak po wypadku.


- Marek-rzekła cicho od drzwi, bo miał przymknięte oczy i nie była pewna czy przypadkiem nie śpi.
-Ula wchodź śmiało nie śpię-rzekł czytając jej w myślach. — I dzięki, że przyszłaś. Chciałem zadzwonić do ciebie sam, ale pielęgniarka, gdy oddawała mi telefon to powiedziała, że dzwoniła już do kogoś o imieniu Ulka, bo nie wiedziała, do kogo ma dzwonić, a Ulka ładnie brzmiało i to do ciebie wykonałem ostatnie dwa telefony.
Ulka?- zastanawiała się. Czyżbym była Ulką w jego telefonie?  Widok chorego Marka spowodował też, że przeszła jej ta największa złość na niego za ostatnią noc spędzoną, jak myślała w ramionach Mirabelli.
 - Tak mówiła mi to wszystko i nie mogłam nie przyjść- odparła siadając na łóżku. —Musiałam tylko przed przyjściem tu pójść jeszcze do firmy na chwilę.  A jak się czujesz? Oprócz tego czegoś na głowie coś ci dolega.
- Prześwietlenie wykazało na szczęście tylko złamania kości strzałkowej i czeka mnie zespolenie operacyjne. Ale to nic groźnego- dodał widząc niewyraźną minę Cieplak. —Lekarz powiedział mi, że gorzej byłoby gdybym piszczel uszkodził albo staw kolanowy. Straciłem też na parę minut przytomność, ale jak mnie tu dowieźli to szybko doszedłem do siebie. Gorzej jest ze Sebastianem. Nie widziałem go, ale od lekarz wiem, że ma jakiś uraz śródczaszkowy, dwa złamane żebra, przebite jedno płuco i ogólne stłuczenia. Ale wyjdzie z tego i jest całkiem dobrze jak na tak rozbity samochód. Ratownicy mówili mi, że wyglądało to tragicznie.
-To dobrze-uśmiechnęła się z ulgą.  —Ale chyba nie byłeś pijany albo niewyspany albo zmęczony? Jechałeś przecież całą drogę z Krakowa.
- Spokojnie Ula nie byłem pijany i byłem wyspany-uspokajał.  —Wczoraj wypiłem jednego drinka na bankiecie i później w barze z Sebastianem parę łyków whisky a przed jedenastą oboje poszliśmy spać.
Marek nie spędził nocy z Mirabellą? –zastanawiała się. Mówi prawdę, czy kłamie? Ale, po co miałby kłamać? Nie wiedział przecież, co myślę, gdy widziałam go, gdy wychodził z nią. Być może nawet nie widział, że ja widzę i potępiam go. A, gdy wychodził z bankietu było kwadrans po dziesiątej to trochę mało czasu na jakieś uniesienia miłosne.
- Ula prawdę mówię-dodał, gdy widział zamyśloną twarz dziewczyny. — Sebastiana możesz spytać albo lekarza o zawartość alkoholu we krwi.
-Ok wierzę ci.  To, co się stało, że mieliście wypadek. Ty zawiniłeś?
 - Nie- odparł kręcąc głową. — Skręcałem na osiedle Seby, gdy jakiś szaleniec wyjechał z piskiem opon z innej uliczki, nie zauważył, że skręcam a raczej nie zdążył wyhamować i uderzył od mojej strony. Ja na szczęście miałem zapięte pasy i oprócz zadrapań na skroni i złamania nie mam innych obrażeń, ale Seba zdążył odpiąć pas i odrzuciła go do przodu i uderzył w szybę między innymi. Nie zdążyłem w żaden sposób zareagować nawet pomyśleć, co mógłbym zrobić-zaczął usprawiedliwiać się nerwowo. — Mogłem zabić siebie albo Sebastiana.
- Marek, to nie twoja wina- uspakajała go.  —Sama prowadzę to wiem jak to jest.  I nie masz oczu wokół głowy.
-Ale mogłem spojrzeć w lusterko boczne. 
-Ale mówiłeś, że wyjechał ci nagle i były to sekundy- argumentowała.
-Bo były Ula-westchnął z bezradnością.  —W tej jednej chwili całe życie mignęło mi przed oczami- dodał po chwili z wyraźnym zamyśleniem.
-To na pewno-rzekła biorąc z rękę.   — Ale nie mówmy już o wypadku-dodała postanawiając zmienić temat.  —Może coś ci przynieś do picia. Wodę albo sok.
- Wodę mam, ale jakbyś mogła pojechać do mnie do domu i przywieść parę rzeczy- mówił i spoglądał błagająco. —Nie mam, kogo poprosić, a wujek i babcia mają przyjechać dopiero jutro popołudniu.
-Nie ma sprawy Marek- odparł wstając z łóżka.
-Dzięki- rzekł wyraźnie ucieszony.
Przed wyjściem poszła też odwiedzić Sebastiana i jego spytać, czy czegoś nie potrzebuje. Olszański wyglądał zdecydowanie gorzej od przyjaciela, ale mógł mówić i z nim chwilę porozmawiała. Wypytała go też o interesujący ją wieczór i Sebastian potwierdził słowa Marka i jej przypuszczenia, że Marek nie spędził jednak tej nocy z Mirabellą.
Po jej powrocie Marek był już po bardziej szczegółowej konsultacji z ortopedą i przedstawił jej cały cykl leczenia.
-Operacja odbędzie się jutro, a w piątek, jeśli nie będzie żadnych komplikacji to będę mógł iść do domu. Będę musiał jednak uważać i ograniczyć chodzenie, a zwłaszcza nie opierać się na chorej nodze przynajmniej przez dwa tygodnie. Po miesiącu, jeśli wszystko będzie goiło się dobrze to gips mi ściągną i będę mógł rozpocząć rehabilitację, a do całkowitego zdrowia powinienem wróci po trzech miesiącach.
-To czeka cię kilka tygodni lenistwa –rzekła, kiedy skończył mówić.
-Na to wygląda.  Nie wiem tylko, co ja będę robić w domu tyle czasu.
-Zawsze mogę nauczyć cię szydełkować- zaproponowała przewrotnie. — Albo na drutach robić.
-To już lepiej zajmę się kolorowankami dla dorosłych- stwierdził ku jej zdziwieniu.  —Seba mówi, że odpręża i czas szybko leci. Ale to nie są takie kolorowanki –zaczął tłumaczyć widząc minę Cieplak.
-Wiem jak wyglądają kolorowanki dla dorosłych- wtrąciła, choć pomyślała, że w przypadku Sebastiana i Marka mogłyby wyglądać nieco inaczej. —Po prostu zdziwiona jestem, czym zajmuje się Sebastian wieczorami. Wiola mówiła mi, że robicie z tego tajemnicę.
-On robi- sprecyzował.  —Chociaż nie wiem, dlaczego.
Ula chwilę posiedziała jeszcze z nim, później poszła na oddział neurologii pożegnać się z Olszańskim i przekazać pozdrowienia od Marka, i pojechała do domu.

Operacja zespolenia kości przebiegła bez komplikacji i w piątek Marek mógł wrócić do domu. W międzyczasie przyjechał wujek Zygmunt ze swoją mamą, a babcią Marka. Pani Basia została też we Warszawie przez parę dni i zajęła się wnukiem.  Chciała nawet zostać na dłużej i odwołać swój wyjazd do sanatorium, ale Marek przekonał ją, że z pomocą Uli, gosposi pani Steni i Adama, da sobie radę, a jej wyjazd jest ważny, bo czekała na niego kilka miesięcy. 
 Opieka nad Markiem, jak to przy chorym facecie łatwa nie była, ale jakoś dawały sobie radę. Dla jego własnej wygody zainstalowali go w salonie, aby mógł swobodnie poruszać się wózkiem, wyjeżdżać na taras, do kuchni, gabinetu a i łazienka była z kabiną prysznicową.
Ula odwiedziła go w poniedziałek a przez weekend oprócz babci był wujek, który przyjechał z ciocią i Szymkiem do pomocy.


-I jak czuje się dzisiaj pacjent?-zapytała po wejściu do salonu panią Kubasińską.
-Marudzi, że pod gipsem go swędzi a podrapać się nie da.  I przy obiedzie oblał się kompotem i wołał mnie z góry, żeby przyjść i zetrzeć mu piżamkę, a ściereczka leżała obok- mówiła bez ogródek.  —Ale jak się polał to nie wie.
-Jak to chory facet -odparła spoglądając w stronę kanapy, na której leżał Marek. —Oni nie chorują, oni umierają i walczą o życie. Koleżanka powiedziała mi kiedyś, że jej mąż miał grypę i gdy wyszła do apteki to sobie księdza zawołał, a gdy wróciła to ksiądz powiedział jej, że będzie modlił się za nią, bo najbliższe dni będzie miała ciężkie.
-Bo tak jest –odparła śmiejąc się z historyjki i nie zaważając, że słucha ich również wnuk.  —A najtrudniejsze jest właśnie te pierwsze trzydzieści lata dzieciństwa u mężczyzny, a później to już z górki, drogie dziecko.
-Ja tu jestem jakbyście nie zauważyły i nie śpię- mruknął sam zainteresowany. — I nie jestem umierający Ula, ani nie mam grypy. Tak dla twojej informacji.
-Marek nie bądźmy drobiazgowi-odparła siadając na pufie.
-Ale wy kobiety lubicie to-wytknął. —Lubicie opiekować się chorymi dziećmi i nami facetami. I nie mów, że tak nie jest.
-I tu muszę zgodzić się z tobą-odparła ugodowo. —A, co po za tym?
-Pracuję Ula, jak widzisz. Adam przywiózł mi służbowego laptopa i trochę zaległych papierów.
-To przynajmniej nie nudzisz się-odparła.
Ula została u nich do wieczora i przychodziła kolejno we środę, piątek a w niedzielę przyjechała dodatkowo. Tego dnia też po tygodniowym pobycie u wnuka pani Kubasińska wracała do domu i jechała do sanatorium na trzy tygodnie.
-Marek to ciągle dziecko, moje takie ukochane- rzekła przed wyjazdem do Uli i spoglądając z daleka na wnuka.  I potrzebuje opieki. Zrób to dla mnie, jeśli nie dla niego i okaż mu dużo cierpliwości i życzliwość- mówiła serdecznie. —Może doceni twoje zaangażowanie i poświęcenie i coś zrozumie.
-Proszę nie martwić się – odparła równie życzliwie. —Będę odwiedzać go- obiecała.

Sebastian tymczasem również dochodził do zdrowia u swoich rodziców. Krwiak okazał się niewielki i obyło się bez operacji. Musiał tylko zostać dłużej w szpitalu, leżeć, przyjmować leki zapobiegające narastaniu ciśnienia wewnątrz-czaszkowego i być pod obserwacją neurochirurga. Sprawy z Wiolettą natomiast miał już załatwione. Olszański po wypadku stwierdził, że życie jest zbyt krótkie i nieprzewidywalne i nie czekając na powrót Kubasińskiej i bez żadnych podchodów zapytał ją przez telefon czy jest nim ciągle zainteresowana. Wioletta była jak najbardziej zainteresowana i została dziewczyną Sebastiana.



Od wypadku minął miesiąc a Marek już od ponad trzech tygodni był w domu i skazany na łaskę i niełaskę innych.  W ciągu dnia wpadał Adam z papierami do podpisu i przy okazji coś pomógł mu, a Ula natomiast przychodziła do niego niemal codziennie po pracy i zostawała na dłużej. Ich związek, a przynajmniej Ula tak myślała rozwijał się i czasami dawała pocałować się. Całkiem przypadkiem tydzień po wyjeździe babci, Ula nachyliła się nad nim a on wykorzystał okazję i pod wpływem impulsu pocałował w policzek i podziękował za opiekę. Później, gdy uśmiechnęła się to nie potrafił oprzeć się, żeby nie skosztować jej ust. Ula nie protestowała to oddał się tej małej rozkoszy, a w kolejnych dniach było coraz odważniej. Oprócz tego Ula potrafiła nieźle gotować i zabawić go tak, że nie nudził się w jej towarzystwie ani przez chwilę. Była zdecydowanie bardziej interesująca niż jego wszystkie panienki razem wzięte. Tego dnia znowu zaskoczyła go wiedzą na temat, czym jeździł Presley. Siedzieli oboje na kanapie i rozmawiali o Pshemko i jego samochodzie, gdy podzieliła się z nim z tą informacją. Sam nie wiedział, kiedy przyciągnął ją do siebie i objął ramionami. Przez chwilę patrzył w piękne oczy z długimi rzęsami, a później wzrok przeniósł na usta i zaczął delikatnie całować dając jej przyjemną rozkosz. Kiedy to już mu nie wystarczało to przeniósł się na szyję i dekolt. Całował ją jak parę tygodni temu w gabinecie i gdy przerwała im Wioletta. Teraz Wioli nie było i jak myślała Ula pocałunek i pieszczoty będą trwały znacznie dłużej. Ale i teraz niedane było jej całować się dalej.


-Ula przeprowadź się do mnie-rzekł nieoczekiwanie i przerywając nagle pocałunek.
-Ale, jak to przeprowadź?- pytała z nadzieją i jeszcze oddychając ciężko.
-Po prostu przeprowadź. Rano musisz wcześnie wstać, jechać do pracy, później tu przyjeżdżasz, a do domu wracasz późnymi wieczorami –mówił a ona rozumiała, o co mu chodzi.
-Lepiej już nic nie mów- przerwała mu.
-Ula, o co ci chodzi? –rzekł tak jakby nic złego w tym, co powiedział nie zauważył.
- A jako, kto miałaby zamieszkać z tobą- pytała i szykując się do wyjścia. —Jako pielęgniarka, gosposia, czy może dziewczyna do całowania?
-Nie. Jako Ula. Przecież lubimy przebywać w swoim towarzystwie.
-A ja lubię przebywać w towarzystwie mojej rodziny- odparła wyraziście. — I nie musisz odprowadzać mnie do drzwi. Sama trafię.
- Ula, ale ja naprawdę nie nadaję się na stały związek- usłyszała jego głos będąc przy drzwiach, choć nic tak na prawdę na ten temat nie mówili. A wychodząc zastanawiała się czy bardziej go kocha, czy nie nienawidzi.