czwartek, 19 października 2017

Rozmowa kwalifikacyjna 15



Wiadomość, że to policja dzwoni, zmroziła krew Marka, a przez głowę lotem błyskawicy przebiegły mu najczarniejsze myśli. Na szczęście szybko okazało się, że nic strasznego nie stało się, a policjant dzwonił poniekąd prywatnie. Był z rodziną w zamku, a na przy zamkowym parkingu jego żona, cofając uszkodziła jego samochód. Na tym pasmo nieszczęść niestety, ale nie skończyło się, bo policjant powiedział mu, że być może auto zostało okradzione, bo jest otwarte, a we wnętrzu panuje bałagan. Po przyjściu na parking faktycznie zastał wgnieciony przód swojego Lexusa i uchylone drzwi.
-Marek Dobrzański- przedstawił się pierwszy, wyciągając rękę do nieznajomego.
- Tomasz Sarnowski- odparł. —Przepraszam, że wykorzystałem stanowisko, dzwoniąc do pana, a jestem tu po cywilnemu i prywatnie-zaczął tłumaczyć.  Ale to co zobaczyłem przez szybę, upoważniło mnie do interwencji i dowiedzenia się o pana ewentualny numer telefonu.  Pan zajrzy, ale przez szybę do auta i sprawdzi, czy coś nie zginęło. Wie pan klamki lepiej nie dotykać, bo może pan ślady sprawcy zetrzeć.
Markowi wystarczyło jedno spojrzenie, aby przekonać się, że przypuszczenia policjanta sprawdziły się i że w aucie brakuje paru cennych rzeczy.
-Na pewno zostało okradzione. Tylko jak to możliwe? Mam najlepszy alarm.
-Jest taki sposób poprzez skaner, który blokuje automatyczne zamknięcie samochodu i wyłącza alarm-zaczął, tłumaczył policjant. —Mieliśmy już kilka takich przypadków we Wrocławiu. Być może złodzieje albo złodziej tu się przenieśli, albo przyjechali na zamek zwiedzać. Tak na przyszłość to powinien pan za każdym razem chwytać za klamkę i sprawdzać, czy auto jest zamknięte.
-Będę pamiętać- odparł, sięgając po telefon. —Pan zgłoszenia o kradzieży raczej nie może przyjąć? -zapytał jeszcze.
- Nie, nie mogę.  Ale będzie prędzej, jak ja zadzwonię po kolegów z komisariatu z Wałbrzycha. Mam prywatne numery, a nie 997. Chociaż tak mogę stać się pomocny za uszkodzony samochód.
Piętnaście minut później przyjechali umundurowani policjanci i zajęli się sprawą. W międzyczasie Marek i Sarnowski zajęli się owym uszkodzonym autem, choć była to teraz dla Marka sprawa drugorzędna.
-Prawie nowy firmowo-prywatny laptop, nawigacja, radioodtwarzacz, drugi telefon- zaczął wymieniać skradzione rzeczy. —W marynarce miałem jeszcze portfel, klucze od domu, karty do bankomatu, dowód osobisty, a w neseserze dokumenty firmy i markowe pióro.
-Ja wszystko, co cenniejsze miałam przy sobie- odezwała się Ula, zanim policjant zdążył spytać ją o straty. —W aucie zostawiłam tylko torbę podróżną i stary aparat fotograficzny. Bardziej szkoda zdjęć niż aparatu.
-A na ile pan szacuje straty? - ponownie zwrócił się do Marka. —Nie licząc uszkodzonego samochodu.
-Grubo ponad dziesięć tysięcy. Sam laptop kosztował osiem tysiaków.
Później Marek musiał pojechać jeszcze na komisariat, złożyć obszerniejsze zeznania, zablokować karty, dowód osobisty i skontaktować się z administratorem bloku, w którym mieszkał i poinformować go o stracie kluczy zarówno do swojego mieszkania jak i do drzwi ogólnych. Policjant nadmienił im również o konsekwencjach takiej kradzieży, argumentując tym, że zwykły złodziejaszek za tym nie stoi tylko zorganizowana grupa i laptop prezesa dużej firmy może być odpowiednio wykorzystany. Na szczęście auto nie było mocno uszkodzone i choć z mocnym opóźnieniem mógł z Ulą wrócić do Warszawy.
-Musimy dokładnie wszystko poprzeglądać i pomyśleć jak chronić dane firmy Marek- rzekła Ula, gdy ruszali w drogę powrotną. —I najlepiej jak pojedziemy prosto do firmy i zajmiemy się tym od razu, a nie w poniedziałek.  Zadzwonię tylko do rodziców i powiem im, że nie wrócę tak szybko, bo jedziemy popracować.
-Dzięki Ula. Sam nie dałbym rady. Ty jesteś lepsza w ogarnianiu biura.
-Dobra organizacja i odstawianie wszystkiego na swoje miejsce to podstawa Marek w dobrym funkcjonowaniu biura.  Od dziecka byłam odpowiedzialna i w pracy chcę być taka.
-Nie to, co ja? Co Ula? – zagiął ją pytaniami. —Założę się, że masz mi ochotę powiedzieć, jaki to jestem nieodpowiedzialny, bo dałem się okraść.
- Nie to miałam na myśli -odparła zmieszana. — Ale masz nauczkę, że dokumenty i portfel nosi się przy sobie.
-Mam – przytknął bez urazy za słowa Uli. — A co z jutrzejszym wyjściem na grzyby robimy? Przekładamy na niedzielę?
-Najlepiej. Nie wiadomo, ile nam zejdzie na pracy.
Droga do Warszawy jak to droga powrotna minęła im szybciej niż do Wrocławia. Nie marnując czasu już w aucie wstępnie próbowali odtworzyć dokumenty i to co mogłoby osobom postronnym w czymś się przydać. We firmie natomiast zajęli się tymi sprawami, do których potrzebny był komputer i podłączenie Internetowe. W sumie we firmie spędzili parę godzin i pracę skończyli, gdy było już jasno na dworze. 


-Kawał solidnej roboty odwaliliśmy- rzekł z zadowoleniem Marek, leżąc na kanapie.
-Dokładnie. Nie zapomnij tylko podzwonić, o jakiejś przyzwoitej porze, do naszych kontrahentów, dostawców, partnerów i innych ważnych dla nas osób. Faks faksem Marek, ale rozmowa osobista lepiej będzie odebrana. Powiesz im, żeby uważali, jak będzie przychodzić coś z F&D.  Listę masz na biurku.
-Zajmę się tym, jak tylko wrócę od mechanika-obiecał. —To, co Ula teraz kawa i odwiozę cię do domu – ni zaproponował, ni stwierdził. — Na pewno jesteś zmęczona tak jak ja. Podróż, praca.
-Fakt jestem. Oczy mi się kleją i marzę o swoim łóżku.
Do Rysiowa dojechali godzinę później. Przed domem Uli, Marek wyskoczył z auta i otworzył jej drzwi. Ula zaprosiła go jeszcze do środka, ale był już umówiony w warsztacie samochodowym, to odmówił.
- W takim razie widzimy się jutro Marek- rzekła, idąc w stronę domu. — I nie zapomnij o telefonach.
- Nie zapomnę- zapewnił, otwierając jej furtkę. — Miłej soboty i cześć- dodał, zamykając za nią furtkę.
-Cześć- odparła i poszła do drzwi wejściowych.
Tak od razu położyć się okazji nie miała, bo rodzice koniecznie chcieli dowiedzieć się coś więcej o kradzieży. Później zasnąć też nie mogła, bo miała dziwne przeczucie, że kradzież pociągnie za sobą konsekwencje.

Następnego dnia Marek w towarzystwie rodziców ponownie pojawił się w Rysiowie, a wizyta na samym grzybobraniu nie zakończyła się i zostali u Cieplaków niemal do wieczora.  Po powrocie z lasu był bowiem czas na obiad, a Magdalena przygotowana była na dodatkowe trzy osoby. Później jeszcze na stole pojawiła się kawa i ciasto. Chwile spędzone z Dobrzańskimi mijały miło i szybko. Józef i Krzysztof, choć widzieli się pierwszy raz, to polubili i znaleźli wspólne tematy do rozmowy, ich żony wspominały czasy szkoły, Marek i Ula ciągle wracali do wydarzeń z Książa, Betti była taką przylepką, a Jasiu po obiedzie poszedł do Kingi.  Ula miała też okazję przekonać się, że nie tylko jej mama ma w planach jej i Marka ożenek, ale i Dobrzańska. Już w lesie mogła tego doświadczyć, gdy w dość jednoznaczny sposób dała jej do zrozumienia, że Marek choć ma wady to dobry z niego chłopak i zaprosiła ją z synem na popołudniu na kawę. Pomijając to, że zaproponowała, aby się rozdzielić. Ona z Markiem mieli pójść na prawo w bardziej zarośnięty las a reszta, czyli Dobrzańscy i Magda na lewo w bardziej czysty. Sam na sam z Markiem takie złe nie było i zachowywał się jak przyjaciel. Do tego z zapałem szukał grzybów, wchodził w największe zarośla, a jego koszyk szybko zapełniał się maślakami, prawdziwkami i podgrzybkami. Widać było, że sprawiało mu to przyjemność i było miłą odmianą w jego dotychczasowym życiu. Te okazalsze okazy nawet fotografował.


-Gdybym nie wiedziała, że dopiero po raz drugi jesteś na grzybach, to pomyślałabym, że jesteś doświadczonym grzybiarzem- rzekła Ula, przeglądając jego dorobek w obawie, że mógł nazbierać grzybków trujących.  


-Grzybiarz to moje drugie imię. Nie wiedziałaś?
- Albo zadziałało tu te samo prawo co w kasynie. Kto pierwszy raz coś obstawi, to ma szczęście i wygrywa.
- Może. Ile za takie grzyby mógłbym dostać? -zapytał nieoczekiwanie.
-Najmniej pięćdziesiąt złotych.
-Ponad piętnaście złotych na godzinę- wyliczył.
-A co chcesz pojechać na targ albo stanąć przy drodze, że tak wypytujesz? – zagadnęła zaciekawiona jego dopytywaniem.
-Nie, nie chcę. Zastanawiam się tylko, ile czasu musiałbym zbierać grzyby, żeby zarobić na te stracone szesnaście tysięcy.
-Właśnie Marek. To poniekąd moja wina, bo ja chciałam pojechać na zamek. Gdyby…
-Gdyby babcia miała wąsy, byłaby dziadkiem- wtrącił.  — Ula mówiąc, o tym nie miałem na myśli ciebie ani nie chciałem robić ci jakichś pretensji. I spójrz na to z tej lepszej strony i jak powiedział ten policjant, że mogli ukraść cały samochód.
-Ale czuję się winna.
-Zamiast zrzędzić, lepiej powiedz, którędy do domu?  Jeszcze trochę a zaczną nas szukać.
-Dobre pytanie Marek- stwierdziła, rozglądając się dookoła.  —Którędy do domu, kiedy wszystkie drzewa takie same. Pomyślmy. Najpierw szliśmy prosto, później natrafiłeś na polankę z prawdziwkami, a tam zatoczyliśmy kilka kółek i znowu szliśmy prosto. Reasumując, to teraz możemy być wszędzie.  W Rysiowie, w Jesionkach, Karbinach albo Małyszynie. Gdybyśmy mieli kompas, to łatwiej byłby określić południowy zachód- mówiła pesymistycznie.
-Mówisz, masz – odparł, pokazując z zadowoleniem zegarek. —Tylko jak to się obsługiwało?
Droga do domu mijała im na miłej rozmowie. Dowcipkowali i śmiali się wesoło. Ula z takiego, przyjacielskiego wydania, Marka była zadowolona. Cały ten sielankowy nastrój przerwał im dopiero dźwięk komórki Uli.
-Z domu dzwonią? -zapytał.
-Nie, to niezapisany numer-odparła, odbierając telefon. —Czy mam przyjemność z panią Urszulą Cieplak- usłyszała miły głos. —A jeśli tak to? - odparła. —Co za ludzie- zwróciła się do Marka, gdy uprzejmie podziękowała i powiedziała rozmówcy, że nie jest zainteresowana.  —Nie uszanują nawet tego, że jest niedziela i człowiek chciałby odpocząć. 
-Garnki czy kołdry?
-Tym razem facet z przyjemnością poinformował mnie, że w dzisiejszej ich loterii wygrywa imię Ula, a mój numer został wylosowany jako kandydat do głównej nagrody. Wystarczyło tylko odpowiedzieć na proste pytanie.
-Proste pytanie, a później kolejne i kolejne albo SMS-y. Co nie Ula?

Tymczasem Sebastian, choć wiedział, że po dwóch miesiącach od śmierci narzeczonego Wioli na wiele nie może liczyć, to dzielnie trwał przy Wioletcie i znosił jej burzę hormonów.  Uważał również, że jest w lepszym położeniu niż Marek, bo Wiolka nic o przyjaźni nie wspominała. Był dla niej oparciem zarówno w pracy jak i w prywatnych kontaktach.


-Zadziwiasz mnie Cebulku. Piątek wieczór a ty ze mną w pracy siedzisz i pomagasz.  Nie znałam pana od tej strony, panie Sebastianie Olszański.
-Rozmawialiśmy już o tym- odparł ucieszony z tego nieoczekiwanego zdrobnienia. —Moje dawne życie to przeszłość. Marka tak samo. Mamy teraz inne priorytety. Nawet moi starzy są zadowoleni, że przestałem szlajać się po klubach i mam kogoś z kim chciałbym się związać tak na poważnie.
-To znaczy, że powiedziałeś im o nas? – pytała wyraźnie zaskoczona.
-Jakiś czas temu Wiolka- odparł spokojnie.
-I? – dopytywała.
-I bez obaw. Nie przeraziło ich to że chcę związać się z dziewczyną, która ma mieć dziecko. Bardziej obawiają się, że mi może odmienić się, a tobie po raz drugi świat się zawali.
-Życie i z obaw się składa – odparła filozoficznie.  — Rydzyk fizyk, jak to mówią.
-To może zaryzykujesz i wyjdziesz ze mną dzisiaj na kolację - zaproponował, przysiadając na biurku. —Może jeszcze kino.
-Czy mam rozumieć, że proponujesz mi pierwszą randkę? - zapytała, spoglądając na niego podejrzliwie.
-Jeśli nie przeszkadza ci to, to tak – odparł z zadowoleniem.

piątek, 13 października 2017

Rozmowa kwalifikacyjna 14



Droga do Wrocławia mijała im miło i szybko, a spędzali ją na rozmowie o czekającym ich spotkaniu z firmą Gabardyna, mijanych miejscowościach i widokach zza okna. Ula również z książką na kolanach o Najpiękniejszych zamkach dolnego śląska opowiadała Markowi o ciekawych miejscach i wartych obejrzenia. Marek, gdy tylko mógł oderwać wzrok od drogi, to spoglądał na fotografie, którymi zachwycała się Ula. Były to zarówno zamki, jak i ruiny.






-Tu piszą, że na zamku Książ organizowane są Gry Zamkowe- zaczęła kolejną opowieść Ula. —To taka integracyjna zabawa dla każdego i w każdym wieku. Rycerze, białe damy, królewny, stroje, tańce. Zabawa i historia w jednym. Zapraszamy grupy przyjaciół, współpracowników, czy całe rodziny na rodzinne spotkania - przeczytała Markowi ogłoszenie.
-To coś w sam raz dla ciebie Ula- odparł. —Ty na pewno nie nudziłabyś się na takiej imprezie.
-Czy to miała być jakaś ironia? -pytała, spoglądając na niego spode łba.
- Nie skąd. To tylko stwierdzenie. A co do rodzinnych spotkań, to Febo urządzają przyjęcie w Polsce za trzy tygodnie i chciałem poprosić cię, żebyś… - zająknął się nieco. -Żebyś mi towarzyszyła- dokończył, uważając, że jest to dobry moment na zaproszenie Uli. —Mama byłaby też szczęśliwa, widząc cię u mojego boku. Moja ciocia Agnieszka a przyjaciółka mamy przy każdej okazji chwali się synową i tym jaki świetny zięć się jej szykuje i chciałaby pokazać, że i mnie stać na kogoś interesującego. A i ja chciałbym utrzeć nosa Pauli. Zawsze uważała, że ona jest najlepsza dla mnie, a gdy rzuciłem ją to wróżyła mi, że już nikt lepszy się od niej nie znajdzie. Pojawienie się na przyjęciu z taką piękną dziewczyną jak ty byłaby to dla niej gorzką pigułką do przełknięcia.
Ula chciała odmówić już, ale przypomniała sobie, że to dzięki protekcji Dobrzańskich jej ojciec został tak szybko przyjęty do kliniki i zakwalifikowany do operacji. Słyszała też od koleżanek z firmy, że ta cała Febo jest wyniosła, ciągle poniżała innych, a Marka uważała za własność.
-Ok Marek mogę odegrać twoją dziewczynę jeszcze ten jeden raz – odparła niemal po tym, gdy skończył mówić. —Ale później musimy jakoś wyjść z tego udawania. Z każdym dniem będzie trudniej.
-Pomyślimy Ula- odparł od niechcenia. —Pokłócimy się o coś albo powiemy o niezgodnych charakterach.


Do Wrocławia natomiast dotarli wystarczająco szybko, aby po zameldowaniu się w hotelu, pójść do miasta obejrzeć kilka miejsc. Za cel zwiedzania wybrali sobie rynek, Ostrów Tumski, most zakochanych i poszukiwanie krasnoludków. Później w jednej z knajpek zjedli pizzę i poszli nad przystań. To obsługujący ich kelner, uważając prawdopodobnie za parę powiedział, że warto obejrzeć mosty nocą i zafundować sobie wieczorny rejs po Odrze. Ta nieoczekiwana atrakcja okazała się trafiona, bo Marek miał kolejną okazję, aby uwagę Uli zwrócić na siebie i posłuchać dobrych rad.


-Pięknie tu- westchnęła Ula. Tylko taki rejs statkiem bardziej pasuje na randkę niż na koleżeńskie wyjście- pomyślała. Cała masa zakochanych par wokół nas. Nawet ci staruszkowie przed nami się obejmują.
-No – odparł mało kulturalnie.
- Nie wiem czy nie ładniej niż we Warszawie-dodała przerywając własne myśli.
- Chyba tu jest ładniej – przedłożył swój pogląd. —Ja ze swojego mieszkania mam widok na Most Poniatowskiego, ale tak ładnie oświetlony nie jest.
-Szkoda, że nie wzięłam aparatu, bo porobiłabym zdjęcia – odparła zapatrzona w Most Grunwaldzki. —Marek, a może warto by było wykorzystać taką scenerię w naszej pracy- wyrwała się nagle z zamyślenia.  —Na przykład na tę sesję zdjęciową ze sukienkami karnawałowymi. Moglibyśmy zorganizować ją nad Wisłą, wieczorem w blasku księżyca i świateł mostu. Karnawał to przecież bale z kolorowymi akcentami, fajerwerkami. Łatwo skojarzyć z rozświetlonymi mostami i blaskiem księżyca.  Tylko nie wiem, co powie na ten pomysł Pshemko.
-Mi podoba się i poprę cię, jeśli będzie marudził- zapewniał. — Ale on je ci z ręki i  moje poparcie nie będzie konieczne Ula. Zresztą pomysł na jesienny pokaz nad morzem bardzo spodobał mu się to i ten może się spodobać.
-Przepraszam- wtrąciła starsza pani podchodząc do nich w towarzystwie jakiegoś pana. —Słyszałam, że mówicie po polsku, a tamta para jest z Anglii, a chciałam spytać jak najlepiej dojechać z centrum na ulicę Modrzewiową.  
- Niestety, ale my jesteśmy z Warszawy- wyjaśniła im  Ula.
- To tak jak my- staruszka wyraźnie się ożywiła. —Przyjechaliśmy tu z mężem na parę dni.
-My tylko na dwa dni w sprawach służbowych- oznajmiła Ula, rozpoczynając tym samym dłużą rozmowę.
-Nam wnuki z okazji pięćdziesiątej rocznicy ślubu zafundowali pięciodniowy wyjazd, a Adaś to znaczy mój mąż postarał się o tę przejażdżkę.
-To gratuluję państwu wspaniałego jubileusz – odparła życzliwie.
-Ale poznaliśmy się ponad dwa lata wcześniej tu na Odrze- do rozmowy włączył się małżonek. —Byliśmy na sympozjum hydrologicznym i dostrzegłem Marysię stojącą w błękitno-żółtej sukience z bistoru tuż przy burcie, ale nie miałem odwagi podejść i zagadać. Przypadek sprawił, że wiatr porwał jej kapelusz, przeniósł do moich nóg i była okazja do rozmowy.  Z mojej strony była to miłość od pierwszego wejrzenia i wiedziałem, że tylko z nią chcę przejść przez życie- starszy pan opowiadał to z sentymentalnym uśmiechem. —Moje słonko jednak dochodziło do tego dłużej i uważała za kolegę po fachu. Dzieliły nas jeszcze kilometry i klasa społeczna, bo ja byłem synem robotników z Nowej Huty, a Marysia córką profesorów z Warszawy. Nawet okazji na spotkania dużo nie było i pozostawały nam kolejne sympozja i listy.
-I co pan zrobił, że została pana żoną? – Marek wyraźnie zainteresował się historią tej pary.
-Byłem sobą i dżentelmenem w każdym calu i przyjacielem ma dobre i złe – zaczął opowiadać. — Do tego w różnoraki sposób pomagałem jej i starałem się, żeby dostrzegła zarówno moje zalety jak i wady. Słuchałem uważnie, co mówi, żeby móc ewentualnie kiedyś to wykorzystać. Prawiłem komplementy, ale z umiarem i szczere, a nie te puste. Starałem się jeszcze nic nie kręcić. Zaloty składają się między innymi z takich drobiazgów. A i tak na sam koniec przypadek sprawił, że Marysia jest ze mną. Nasza koleżanka z wodociągów z Poznania uznała, że kawaler bez zobowiązań, w miarę przystojny z dobrą pracą i własnym M-3 w Krakowie jest dobrym kandydatem na męża. Marysia przegoniła ją już na pierwszej próbie wyrwania mnie.
-Tak słyszałem, że pojawienie się rywalki albo rywala to dobry sposób, choć ryzykowny na zwrócenie na siebie uwagi – odparł Marek znajdując najwyraźniej z panem Adamem wspólny język.
-Nie wiem, bo nie próbowałem tej metody – rzekł mu po ojcowsku.  —Ale patrząc na wnuki, to w moich czasach miłość była prostsza.
Ula rozmowie przysłuchiwała się w milczeniu, a w jej głowie kłębiły się myśli.  Pięknie Ula. Obcy mężczyzna daje Markowi rady w sprawach miłosnych. I to całkiem rozsądne rady, bo poniekąd pokrywają się z tym, co ja myślę o tych sprawach.  Tylko po co to Markowi? -zastanawiała się.  Chyba nie zamierza korzystać z tych rad, co do mnie. 
-Tak naprawdę to Adaś podobał mi się zawsze tylko szukałam kogoś z niebieskimi oczami – zagadnęła, tymczasem pani Maria, Ulę. —Ale oczy w końcu zeszły na dalszy plan i spojrzałam na charakter.
-Bywa, że szuka się miłości daleko, a jest blisko nas- odrzekła jej Ula.
Reszta rejsu obu parom minęła głównie na rozmowie o Warszawie i mijanych miejscach, a po zejściu na ląd podrzucili panią Marysię i pana Adama do hotelu w pobliżu ich miejsca zakwaterowania i pożegnali się z nimi.
-Mili ludzie -rzekł Marek po ich odejściu.
-I ciągle są zakochani w sobie i tacy romantyczni- dodała Ula.  — Ich pokolenie ma coś w sobie, że są tacy.  Albo z wiekiem to przychodzi.
-Ja mógłbym być taki sam Ula- rzekł tonem, który zdecydowanie nie spodobał się jej.  Staruszkiem cieszącym się wzajemną obecnością ukochanej osoby- sprecyzował.
Nie Marek, nie tak miał wyglądać ten wieczór- pomyślała, z  niesmakiem na jego wyznanie. Jesteśmy przyjaciółmi. Powiedziałam ci to.
- Muszę oczywiście znaleźć odpowiednią kobietę- dodał, wybawiając ją od odpowiedzi. —Kogoś z kimś będę dogadywał się i nie będzie działała mi na nerwy.
-Odpowiednia kobieta to podstawa Marek- odparła, unikając jego wzroku.

Z kolacji zrezygnowali, bo zjedli sporo pizzy na mieście i po dotarciu do hotelu i krótkim pożegnaniu poszli od razu do swoich pokoi. Po relaksującym prysznicu natomiast Ula położyła się spać, ale zasnąć, jak to bywało w ostatnim czasie nie potrafiła. Różnica polegała tylko na tym, że tym razem powodem jej bezsenności nie był jej były już chłopak, jak dotychczas, ani fakt, że śpi w nieswoim łóżku i pokoju tylko relacje z Markiem i wydarzenia z ostatnich dni. Począwszy od tego co powiedział na temat Marka, Sosnowski poprzez Wiolettę, jej mamę i starania wyswatania jej, do dzisiejszego dnia, czyli wizyty Klaudii i czasu spędzonego na statku i po nim.
 Prawdziwe życie jest jednak bardziej poplątane niż w powieści albo we filmie. A ty bądź tu mądry i pisz wiersze.  W moim życiu w dodatku chce zaistnieć kilku scenarzystów i współautorów. Wiola, mama, ten lekarz. Jest ich zdecydowanie za dużo. A ja i Marek jesteśmy przecież przyjaciółmi.  Kiedyś tam znajdę sobie kogoś, o kim będę mogła myśleć, że nie jest tylko przyjacielem, ale kimś, z kim chcę przejść przez życie i być na libor i wibor. Tylko dlaczego, gdy jestem z Markiem chce mi się uśmiechać i poczułam coś, gdy zobaczyłam dzisiaj Klaudię w jego gabinecie? Ale motyli w brzuchu nie czuję, gdy jest w zasięgu mojego wzroku. A powinnam, gdyby było coś tego z Markiem.
Za ścianą Marek również walczył z bezsennością i myślami.
Życie nieźle zadrwiło ze mnie. Do tej pory ja rozkochiwałem kobiety, a teraz gdy pierwszy raz zakochałem się, nie mogę mieć tej miłości. I to boli.  Wszystko do nas wraca Marek. Pamiętaj o tym. Rodzice zawsze mi to powtarzali. Ale i mówili, że jeśli czegoś naprawdę się chce, to się osiągnie- myślał z nadzieją. Pan Adam na swoją miłość czekał cierpliwie to i może mi się uda? Albo może zazdrość to jest sposób. Czuję, że z pojawieniem się Klaudii było coś na rzeczy.  Niechcący się przydała.

Następnego dnia po śniadaniu w hotelowej restauracji pojechali najpierw do Dzierżoniowa, a po szybkim załatwieniu spraw służbowych skierowali się do zamku Książ. Budowla już z daleka zachęcała do zwiedzania.


-Od czego zaczynamy? – zapytał Marek. —Ogród, wnętrza, palmiarnia?
-Od palmiarni - zadecydowała. —Jest tu obok.
Chwilę później weszli do ciepłego i pachnącego owocami tropikalnymi wnętrza.
-Bardzo tu przyjemnie- stwierdził, rozglądając się wokół siebie. — Tylko apetyt wzmaga i zjadłbym te mango.
- Nie radzę Marek- odparła z przestrogą. —Chyba że chcesz spotkać się z tym osiłkiem, ochroniarzem.
- Nie, nie chcę.  Panie przodem-dodał odsuwając jeden z liści palmy.
-Prawo dżungli- rzuciła ripostą. — I gałązką mi nie strzel w twarz.
-Nigdy Ula. Tam jest jakaś woda i ławeczka to możemy usiąść na chwilę- zaproponował.
-Marek chciałam podziękować ci, że przyjechałeś tu ze mną – rzekła, gdy usiedli już na kamiennym płotku. —I jeszcze, że poświęcasz swój czas dla mnie i jesteś taki miły, pomimo tego, że ja taka do końca nie jestem- kontynuowała, dobierając odpowiednie słowa. —Nie wszystkich byłoby na coś takiego stać.
-Ula daj spokój- próbował mówić swobodnie. —Wiem, że tylko przyjaźń możesz mi ofiarować i ja to szanuję.  
-To dobrze, że tak myślisz-odparła cicho. —Dobry przyjaciel jest wielkim darem nieba, jak powiedział Platon- dodała jeszcze.
-Dokładnie- uśmiechnął się na siłę. —To, co przyjaciółko teraz komnaty czy ogród?
-Ogród Marek. Póki pogoda jest ładna.
Zwiedzanie zamku przerwał im dzwoniący telefon Marka, a po odebraniu okazało się, że dzwoni do niego starszy aspirant Tomasz Sarnowski.