sobota, 15 kwietnia 2023

Dziewczyna z klubu cz. 13

Wioletta już dłuższy czas siedziała z Łukaszem w bufecie, gdy pojawił się tam Aleks. Febo przypadkiem w bufecie się nie pojawił, bo dowiedział się o wizycie chłopaka Uli i postanowił wykorzystać okazję. 


 

-Wiola dodzwonić się do sekretariatu nie można, a ty sobie pogawędki urządzasz -rzekł jej z upomnieniem.

-Przepraszam, ale ja zatrzymałem Wiolettę -odparł za nią Łukasz.

-A pan to, kto?

-To chłopak Uli. Przyjechał z nieoczekiwaną wizytą -tym razem Wioletta odparła za niego.

-Ula nie mogła do mnie przyjechać, to ja do niej przyjechałem -dodał Łukasz.

-A tak pamiętam. Ula wspominała o chłopaku w Gdańsku, gdy omawialiśmy współpracę z Dagmarą Adamską. Nawet zaproponowała jej pracę, żeby była bliżej pana.

-Ula nic mi nie mówiła.

-Nie wiedziałem -odparł przepraszająco.  — Aleksander Febo tak dla ścisłości. Dyrektor finansowy.

-Łukasz Bielski. Dziwne, że nic mi nie powiedziała. Zwłaszcza że naszą przyszłość wiążemy z pomorzem.

-Może się ciągle zastanawia się nad propozycją Dagmary albo odwlekła decyzję do czasu, aż Marek nie wydobrzeje. Wiola możesz wrócić do biura i poszukać mi umów z modelkami -zmienił gładko temat rozmowy, aby wyglądało, że jest to dla niego nieistotne.

 

Z dalszym czekaniem na Ulę Łukasz przeniósł się do sekretariatu Wioletty. Tym sposobem mogli dalej za sobą rozmawiać.  

-Od dawna jesteście z Ulą?

-Od liceum. Osiem lat będzie.

-To znacie się jak te ślepe konie.

-Dokładnie -odparł z rozbawieniem.

- I jesteście dłużej niż Paulina i Marek. Z tymże z nimi różnie bywało, a po Uli widać, że wierna. Taki jeden Turek się do niej dostawiał, ale pokazała mu, gdzie ptaki harcują.

-Jaki Turek? Arab się do nie klei -zainteresował się tym, co mówi, a nie samą Wiolą?

-Z księgowości, a nie z Turku. Turek to nazwisko.

-Turek to miasto a państwo to Turcja Wiola.

-Tak? -odparła zdziwiona. — Bardziej Marka bym się obawiała, bo Turek taki nieciekawy. Turek burek na niego mówią. Teraz jak Ula wyładniała, patrzeć jak zacznie się nią interesować. On zdradza Paulinę na pierwiastki. Modelki, dziewczyny z klubu, sekretarki nie ma różnicy. Tak w ogóle na twoim miejscu zabrałabym Ulę stąd jak najdalej. Zwłaszcza że teraz ciągle się spotykają i kto wie czy nie zostanie jego asystentką. A tak w ogóle w ogóle oni chyba się prędzej znali. Nic o tym nie wiesz? -podpytała.

- Z tego, co wiem Pshemko dał jej pracę i poznali się przez pana Józefa.

-Jedno drugiego nie wyklucza. On do niej Mileńka mówi. Dasz wiarę? Tak jakby imię miała Milena.

-Skąd to wszystko wiesz?

-Jestem sekretarką Marka to mam wiadomości z prawej ręki.

Dalej nie rozmawiali, bo Aleks pojawił się w sekretariacie i Wioletta musiała zająć się umowami modelek. Łukasz dopytał tylko, gdzie w pobliżu może zjeść obiad i wyszedł.

 

Ula tymczasem po wizycie w banku postanowiła wpaść, choć na chwilę do Marka. W szpitalu długo zostać nie mogła jednak, bo zostawiła samą Wiolettę w biurze i nie chciała, aby narobiła kłopotów. Po drodze kupiła mu wodę, trochę owoców, ciasteczka, rogaliki Croissant i coś do poczytania. Rogaliki kupiła nie tylko dla Marka, ale dla siebie i dwóch pacjentów leżących razem na sali z Markiem. W przeciwieństwie do Pauliny nie miała nic przeciwko temu, że na sali nie jest sam i nie traktowała ich jak powietrze. Marka spotkała na korytarzu, jak wychodził od ordynatora.

-Cześć Ula -przywitał się z radością. — Pojutrze wychodzę. W końcu. Dość leniuchowania.

-I, kto to mówi -zakpiła. — Przodownik pracy.

-Sam się dziwię -odparł bez urazy. — Nigdy nie myślałem, że tak kiedyś powiem, ale tęsknię za pracą. Nawet za Wiolettą.

-Ale tak od razu do pracy nie wrócisz? Przysługuje ci chyba zwolnienie lekarskie?

-Jeśli mam do wyboru siedzenie w domu z Pauliną i powrót do pracy to wybiorę pracę.

-Dlaczego mnie to nie dziwi.  Jakby, co będziesz mógł na mnie liczyć we wszystkim.

- Dzięki. Jesteś niezastąpiona. Ty i Sebastian tyle mi pomagacie -rzekł, gdy wchodzili do jego sali.  

-Dzień dobry panom -przywitała się Ula z panem Zdzisławem i Tomaszem. — Jak dzisiaj się czujemy.

-W pani towarzystwie dużo lepiej pani Urszulo -odparł jeden z nich.

-Dziękuję. Miło słyszeć. Na osłodę szpitalnego jedzenia przyniosłam rogaliki.

W szpitalu została jeszcze trochę. O pracy już nie rozmawiali tylko ogólnie wszyscy razem i o wszystkim. Po półgodzinie Ula pożegnała się z panami. Marek natomiast odprowadził ją do windy i wrócił na salę.

-Gdybym był młodszy i nie miał żony, zainteresował się pana znajomą -rzekł mu pan Zdzisław.

-Ula zajęta jest tak jak ja. Ma chłopaka.

-Narzeczoną i chłopaka można zawsze zmienić -dodał pan Tomasz.

 

Ula tymczasem wyjęła telefon z torebki i zauważyła, że ma dwa nieodebrane połączenia od Eli. W banku i u Marka telefon miała wyciszony, dlatego nie słyszała dzwonka.  Oddzwoniła do Eli i dowiedziała się, że kwadrans temu we firmie pojawił się nieoczekiwanie Łukasz i najpierw rozmawiał z Wiolettą, później z Aleksem i na koniec wyszedł z bufetu z Wiolettą.  Intuicja od razu powiedziała jej, że rozmowa z nimi nic dobrego nie wróży. Chciała zadzwonić od razu do niego, ale zaczęła się zastanawiać, dlaczego Łukasz nie zadzwoni pierwszy.

Kiedy dotarła do firmy, po Łukaszu nie było śladu.

-Był tu twój facet -oznajmiła jej od niechcenia Wioletta. — Z dziesięć minut temu poszedł coś zjeść do tej knajpki Lwowska przystań. I telefony do ciebie się urywają. Dzwonili z klubu, aby potwierdzić rezerwację i datę na firmową imprezę. Trzeba wpłacić zaliczkę do jutra.

- Łukasz mówił, czy i kiedy wróci? I dlaczego nie zadzwonił do mnie?

-A czy ja jestem komunikatorem jakimś albo innym punktem informacyjnym? Pogadaliśmy sobie i poszedł.

-Pogadaliście? O, czym niby? Nie znacie się. A znając ciebie, mogłaś mu głupot nagadać.

- On pytał, a ja odpowiadałam.

-Dzięki, że chociaż powiedziałaś, gdzie jest Łukasz. Wrócę najszybciej, jak się da.

 

Ula po dziesięciu minutach była już w knajpce, ale nie zastała tam swojego chłopaka. Kiedy wracała do firmy, zauważyła, że wychodzi z lokalu z kebabami. 



 

-Cześć Łukasz -przywitała się, podbiegając do niego. — Dlaczego nie zadzwoniłeś, że jesteś? 

-Cześć -odparł jakby ozięble i nawet nie pocałował jak na przywitanie, jak czynił to w przeszłości. —Telefon mi się rozładował. I chciałem zrobić ci niespodziankę. Długo cię nie było.

-Poszłam jeszcze do Marka. Stało się coś? Jesteś jakiś oziębły.

- To dla niego tak ładnie się ubrałaś i umalowałaś.

-Nie wierzę -odparła po chwili. — Od miesiąca się odchudzam i zaczynam dbać. Nie siedzę już w domu. Pracuję w dobrej firmie i nie mogę wyglądać, jak uboga krewna.  Zazdrosny jesteś?

-A mam, o co? Wiola powiedziała mi o waszej pracy, kontaktach.  Chciałem zrobić ci niespodziankę, ale jak słyszałam, niespodziankę ty mi robisz.

-Wiola głupoty plecie.

-Podobno dostałaś propozycję pracy w Gdańsku? Dlaczego mi nie powiedziałaś?

-Chciałam, ale Marek został ranny i nie mogłam odejść z firmy.

-Marek ma innych w firmie, a nie tylko ciebie. Poradziliby sobie.

-Teraz wraca do zdrowia i możemy wszystko przedyskutować za i przeciw -mówiła ugodowo. — Na długo przyjechałeś?

-Tylko na dzisiaj. Chciałem pogadać z tobą o pewnej sprawie. Mam możliwość popłynąć w dwutygodniowy rejs z brytyjskiego portu Southampto do Miami. Rejs za dwadzieścia dni. Jako członek załogi mogę wziąć ze sobą jedną osobę. Bylibyśmy ze sobą dwa tygodnie. Ktoś zrezygnował i ja na to miejsce wskoczyłem

-Rejs transatlantykiem nie byle co.  

-To zaczynasz, że płyniemy?

-Nie wiem, czy dałabym radę tyle czasu płynąć. A ty pewnie byłbyś ciągle zajęty. Co miałabym robić na tym statku? -znalazła na doczekaniu argumenty, aby nie płynąć z nim.

-Będą inni pasażerowie, mała biblioteka i kino, różne atrakcje. Potraktujemy rejs jak nasze wakacje. Chcieliśmy w sierpniu gdzieś wyjechać.

-Mnie takie wakacje nie kręcą Łukasz -postanowiła, powiedzieć prawdę. — Wolałabym zwyczajnie. Gdzieś gdzie będzie w miarę spokój i bez luksusów. Tam sami bogacze będą płynąć. Nie będę pasowała do tych luksusów.

- Czyli chętna nie jesteś? Czy może Marka nie chcesz zostawić -zapytał dosadnie?  — Po wyjściu ze szpitala dalej będzie potrzebował pomocy.

-Marek nie ma nic z tym wspólnego -odparła ze spokojem. — Gdyby to był zwykły wyjazd, byłabym chętna.  Ale ty jedz. To znaczy płyń, jak chcesz. Odpoczniemy od siebie. Tego właśnie potrzebujemy Łukasz.

 

Marek również przechodził przez ciężką rozmowę z Pauliną. Febo  przyszła tego popołudnia do Marka. Pech chciał, że trafiła na rozmowę narzeczonego z jedną z pielęgniarek. Pielęgniarka był młoda i ładna i nietrudno było posądzić go o początek nowej znajomością, a w przyszłości o zdradę.

-Pani nie ma nic innego do roboty, że pogawędki sobie urządza z moim narzeczonym -przerwała im gwałtownie?  — Proszę dać mu spokój. Widziałam, jak pani patrzy na niego.

-Paula zwariowałaś -wtrącił Marek. — My tylko rozmawialiśmy.

- Ty się nie odzywaj. Jeśli myśli pani, że jestem głupia albo, że coś z tej znajomości będzie, to uświadamiam panią, że nie. On ma pełno takich panienek.

-Obraża mnie pani -odezwała się sama zainteresowana.

-To jest mój narzeczony -mówiła dalej Febo, pokazując jej dłoń z pierścionkiem — a tu już niedługo będzie obrączka i jakaś pielęgniarka tego nie zmieni. Mogę jeszcze pójść do pani szefa i wywalą panią z pracy.

-Powinna się pani leczyć.

-Paula chodźmy gdzieś usiąść -Marek postanowił przerwać rozmowę. —Najlepiej do pokoju relaksacyjnego. Tam porozmawiamy ze spokojem.

Marek wybrał to miejsce, bo oszczędził Paulinie widoku pana Tomasza i Zdzisia a im wychodzenia z sali, jak bywało, gdy przychodziła do niego. Drugi powód, że tam jak w bibliotece trzeba było zachowywać się w miarę cicho.

-Paula, co to miało w ogóle znaczyć z tą pielęgniarką -pytał z wyrzutami. — My tylko rozmawialiśmy i tak faktycznie mówiliśmy sobie do widzenia. Pojutrze wychodzę i już nie będziemy się widzieć. Dziękowałem jej jeszcze za opiekę.

-Akurat. Widziałam, jak mizdrzyła się do ciebie -mówiła lekceważąco.

-Ok. Myśl sobie, co chcesz.

- Skoro wychodzisz pojutrze, będziemy mogli polecieć tak za tydzień do San Remo na dwa tygodnie -zaczęła mówić całkiem miłym tonem. — Koleżanka ma tam dom w pobliżu morza i drogiego hotelu i odstąpi nam pokój. Tam odpoczniemy i nabierzesz sił Marco.

-Razem powinniśmy ustalić, czy chcę w ogóle gdzieś lecieć, a nie samej organizować mi wypoczynek.

-Właśnie ci mówię.

-A nie pomyślałaś, że powinienem mieć spokój, a tam spokoju mieć nie będę? W dodatku będzie upał nie do zniesienia.

-To może do lasu chcesz pojechać? Tam będzie pusto i chłodno.

-U rodziców odpocznę. A ty sama jedź do tego modnego, tłocznego i drogiego kurortu. Oboje odpoczniemy od siebie. Tego właśnie potrzebujemy.

 

Ula do firmy wróciła po kwadransie i była zła na Wiolę za wszystko, co powiedziała Łukaszowi. 


 

-Wiola, co wejdę do sekretariatu, siedzisz ze słuchawką przy uchu i nie są to rozmowy służbowe. Ciągle słyszę Gośka i Gośka. Weź się do jakiejś roboty.

-A ty jesteś może królową anielską, żeby mi rozkazywać?

-Nie jestem, ale pod nieobecność Marka i pana Krzysztofa to mnie masz słuchać. Poza tym nie wiesz, że długie rozmowy przez telefon szkodzą? A ty w ogóle uzależniona jesteś. Możesz mi powiedzieć, po co gadałaś z Łukaszem.

-Pytał, to odpowiadałam. Niech wie, na czym stoi.  

-A ty stoisz na kruchym lodzie. Jeśli dalej będziesz gadała z Gośką ze służbowego telefonu zablokuję jej numer. Albo sprawdzę bilingi i zapłacisz za te rozmowy. U Marka masz pełno minusów. Jeszcze trochę a wylecisz z pracy.

-Wszystko powiem Paulinie -odgrażała się. — Zobaczymy, kto pierwszy wyleci.

-Marek wychodzi ze szpitala i niedługo wróci do pracy -odparła bez strachu. — On inaczej będzie z tobą rozmawiał.

Rozmowa tylko rozwścieczyła Wiolettę.

Zobaczymy, kto będzie się śmiać w ostatki -pomyślała mściwie.

 

sobota, 8 kwietnia 2023

Święta z Dobrzańskimi są... ?

Dla Uli święta czy to Wielkanocne czy też Boże Narodzenie zawsze były dla niej ważne. Było tak jak mieszkała jeszcze w Rysiowie jak i później, gdy miała już swoją rodzinę. Był wtedy czas dla rodziny a praca i codzienne życie schodziły na dalszy plan. Kiedy była już panią Dobrzańską, starała się, aby chociaż kilka godzin spędzić z ojcem, Alą, Beatką i Jasiem.  Z czasem, kiedy jej dzieci były coraz starsze razem z nią i Markiem brały udział w przygotowaniach. Wszystkie te chwile uwiecznione były na zdjęciach, filmikach i filmikach Uli. Ula pamiętała również wszystkie historie związane z Wielkanocą. Kiedy była w ciąży z Kubą to na Marku spadła odpowiedzialność za zorganizowanie świąt. Krótko przed nimi trafiła bowiem do szpitala na kilka dni, bo nieoczekiwanie cukier się jej podwyższył. Do domu wróciła rano w Wielki Piątek i pilnowała Marka w sprzątaniu. Wtedy też jej mąż zrozumiał, że sprzątanie zajmuje sporo czasu a zawieszanie firanek i zasłonek to katorga, bo ręce ciągle omdlewały. Jednego roku, kiedy byli w Rysiowie Julka i Kuba, będąc z Beatką na spacerze, znaleźli cztery szczeniaki i przynieśli do domu. Innym razem musiał tłumaczyć głównie Julce, dlaczego akurat baranek jest z masła, a nie zajączek albo kurczaczek i dlaczego w mieście nie ma zajączków i skoro nie ma to, kto przynosi prezenty. Gdy Antoś miał cztery latka w jego koszyczku obok zajączka znalazł się również czekoladowy Mikołaj znaleziony przypadkiem w czasie porządków w jego pokoju. Chłopiec pomyślał sobie, że jeśli będzie zarówno zajączek i Mikołaj w koszyczku dostanie dwa prezenty. Kiedy natomiast miał parę miesięcy, Ula na święconkę wysłała tylko Kubę i Julka, a ci wrócili do domu z nie swoim koszyczkiem. Dzieci również od samego rana w Wielką Sobotę czekały, aż pójdą na święconkę, a Julka przez cały dzień nuciła sobie różne piosenki nauczone w przedszkolu. Śniadania wielkanocne jadali różnie. Jednego roku było u nich, innego w Rysiowie albo w Dobrzańskich seniorów.  Co roku oczywiście obchodzili Śmigus- dyngus. Dzieciaki uwielbiały oblewać się nawzajem i rodziców i ci pozwoliły na mokrą zabawę. Marek pamiętał, że kiedyś zrobił taką pobudkę Paulinie, to dostała histerii i powiedziała mu, że zachowuje się prostacko i żeby nigdy więcej tego nie robił. Pamiętał też, że jak Ulę tak obudził, ta odwzajemniła się tym samym tuż po śniadaniu. W kolejnych latach przybywało osób do oblewania wodą. W pogodne i ciepłe dni nawet sporo wody zostało wylane i nikt do nikogo nie miał o to pretensji.  

 


Marek z czasów bez Uli świąt w ogóle miło nie wspominał. Będąc jeszcze z rodzicami, czuł jeszcze, że są święta, bo mama wraz z panią Zosią zadbały o klimat, wystrój i potrawy. On w tym nie brał jednak udziału, a na święconkę przestał chodzić w wieku siedemnastu lat, bo jak mówił wyglądał głupio z koszyczkiem. Kiedy był już z Paulina na śniadanie, co roku chodzili do Dobrzańskich albo lecieli w ciepłe kraje. Ostatnia Wielkanoc z Pauliną utkwiła mu w pamięci, bo chciał, chociaż namiastkę świątecznego nastroju przenieść do jego domu. Paulina jednak wolała cały czas mówić i myśleć o zbliżającym się ślubie. Wtedy też podjął decyzję o rozstaniu się z nią.

Co parę lat święta wiązały się z urodzinami Uli i Kuby, bo Ula urodziła się dwudziestego pierwszego kwietnia, a jej syn trzydziestego marca. Pierwsze urodziny Kuby właśnie przypadały w drugi dzień świąt. Wtedy mieli dwa powody do świętowania.  

-Kochanie to były wspaniałe dwa dni -rzekł jej Marek w wielkanocny poniedziałkowy wieczór.    I wiem, że już mówiłem ci to, to powiem kolejny raz. Z Febo takich świąt nigdy nie miałem.

-A ja od czasu śmierci mamy, nie miałam tak udanych świąt Marek -mówiła z rozczuleniem. —Ty, ja nasz synek, ojciec, Ala, twoi rodzice, Jasiek, Betti i nasz nienarodzony maluszek przy jednym stole.

-Jeszcze wiele takich świąt przed nami. Obiecuję ci to kochanie.

- Oby Marek, bo choć pracy jest więcej, mi to nie przeszkadza. To magiczny czas, kiedy życie zwalnia i jest czas na bycie z rodziną, znajomymi. Na rozmowy, wspomnienia.

- Takie będą te nasze święta kochanie. Ja żadne skarby świata nie chciałbym wrócić do świąt spędzanych z Pauliną. Wszystko było takie sztuczne udawane. Teraz czuję prawdziwą istotę świąt.

 

Jedno z kolejnych takich podwójnych świętowań miało miejsce, gdy Ula obchodziła pięćdziesiąte urodziny. Miała swoje plany na ten dzień, ale i mąż i dzieci swoje. Na szczęście nie kolidowały ze sobą. W Wielką Sobotę, jak co roku do czasu pójścia na święconkę Ula robiła ostatnie porządki i królowała w kuchni. We wszystkim pomagał jej Marek i trójka pociech. Z pomocy dzieci szczególnie się cieszyła i że będą obchodziły je z rodziną w odwiecznej tradycji. Wiele słyszała, że w ostatnich latach sporo młodych osób zwłaszcza święta Wielkanocne traktuje jak dodatkowe wolne od pracy bez kontekstu świąt i tradycje świąteczne ma za nic.

Następnego dnia Ula wstała wcześnie i chciała zająć się śniadaniem, ale okazało się, że Julka wyprzedziła mamę i nucąc piosenkę z lat dzieciństwa, układała na półmisku jajka. Uli na taki widok łza w oku się zakręciła.

Koszyczek z wikliny pełen jest pisanek.

A w nim przy nich kurczaczek i z masła baranek.

Przy baranku lukrowana babka, sól, chleb i wędzonka.

Oto wielkanocna jest nasza święconka.

Córka zdążyła nie tylko ugotować jajka i je ozdobić, ale również biała kiełbasa i żurek delikatnie się gotowały, a zapach gotujących się potraw roznosił się po kuchni. Na talerzu była też pokrojona szynka, schab z śliwką, pasztet i inne wędliny i sery. Na dwóch oddzielnych paterach miejsce znalazła babka i inne ciasta oraz owoce.  Nakrył również stół w salonie i przystroił baziami, żonkilami oraz świątecznymi ozdobami. Dopełnieniem całości był koszyczek ze święconką.

-Witaj Córeczko -rzekła, całując córkę w policzek na powitanie.  —Nie musiałaś sama przygotowywać wszystkiego.  Tyle ma być osób na śniadaniu.

-Mamo to twoje święto. Zresztą Emilka ( żona Kuby) i Kuba mi pomogli. Ty idź i zrób się na bóstwo.  I dzień dobry.

-W moim wieku na bóstwo trudno będzie się zrobić. Nie jestem cudotwórczynią.

-Cudotwórczynią może i nie, ale masz to coś -odparła z uznaniem.  Wyglądasz na moją siostrę, a nie na mamę. Moje koleżanki zazdroszczą mi takiej mamy.  Co drugi facet za mamą się ogląda. Tak tato mówi. I jest zazdrosny jak kobra.

- Cały Marek. Ale za to go między innymi kocham. 


 

Przed dziewiątą przyjechał ojciec Uli z Alą, Beatka z mężem Konradem i dwójką swoich dzieci, Jasiu z żoną Natalią i synem oraz narzeczony Julki Marek Siódmiak. Do grona dołączyła Helena Dobrzańska, która od paru miesięcy była wdową i już jakiś czas na stałe mieszkała z synem i jego rodziną.

Kiedy wszystko było już gotowe i mogli zasiąść do stołu. Zanim zaczęli jeść, wszyscy złożyli sobie życzenia a Marek, jako pan domu zabrał głos.

-Kochani, dzieląc się jajkiem, w te piękne święta chciałbym złożyć Wam wszystkim życzenia.


Życzę Wam zdrowych i pogodnych Świąt Wielkanocnych, pełnych wiary, nadziei, radości, smacznego jajka, radosnego nastroju, serdecznych spotkań z najbliższymi oraz zajączka bogatego i wesołej zabawy w lany poniedziałek.

                                Życzy RanczUla.  


 

Osobne życzenia były dla Uli. Te od Marka był najważniejsze.

Ukochana Żono, w tym szczególnym dniu urodzin, życzę Ci, aby to, co wydaje się niemożliwe, stało się rzeczywistością. Żeby dzieci i wnuczka przysparzały Ci zawsze radości, szef uśmiechu na twarzy, konto pieniędzy, teściowa całusów, a los spełnienia najskrytszych pragnień. Sto lat, kochana marzycielko! (Spisane z Internetu)

Życzenia były jak najbardziej trafione, bo była marzycielką, dawno temu bycie panią Dobrzańską wydawało się niemożliwe, rodzina była jej szczęściem, teściowa w pełni akceptowała, a jej szef zawsze wywoływał uśmiech i szybsze bicie serca. 


 

Był oczywiści prezent od męża. Marek podarował jej wisiorek z białego złota z diamentami. Reszta podarowała jej gadżety z liczbą 50. Był to kupek, koszulka, poduszka, skarpetki i inne drobiazgi. Sama jubilatka życzyła sobie nie wykosztowywać się prezentami.

Po tym punkcie poranka wszyscy zasiadli do stołu i uroczystego śniadania.  Po nim kiedyś jak Julka, Kuba i Antoś był czas na małe upominki, ale małych dzieci oprócz Igi córki Kuby i Emilki nie było, a ona miała dopiero półtora roku i była za mało, aby dawać prezenty od zajączka.

Popołudnie spędzili w jeszcze większym gronie, bo do obecnych już gości dołączyli Szymczykowie z synami Karolem i Radkiem, Olszańscy z córką Samanthą i synem Kevinem oraz najbliższe koleżanki z F&D. Dla Uli pojawił się oczywiście spory tort. Marek wraz z Kubą i Antosiem wyciągnęli z garażu niedawno zakupione meble ogrodowe i kawę wypili w ogrodzie. Kwietniowa pogoda jak najbardziej zachęcała do spędzania czasu na powietrzu i dopiero późnym popołudniem wszyscy wrócili do domu.  Po powrocie z dworu panie zajęły się przygotowaniem kolacji, a reszta towarzystwa poszła do salonu. Wieczór mijał w równie miłej atmosferze, co cały dzień.   Wszyscy rozmawiali ze sobą, śmiali się, żartowali, jak przyjaciele, którzy znają się od lat i nie dzieli ich różnica wiekowa.


 

Od Dobrzańskich goście odjechali dopiero po kolacji. Ula po ich wyjściu wzięła się za sprzątanie, ale córka i synowa wraz z Markiem odesłali ją do sypialni, bo były to w końcu jej urodziny. Spać od razu nie poszła, tylko zajęła się przeglądaniem rodzinnego albumu Dobrzańskich. Marek do sypialni przyszedł po półgodzinie.

-Mocno zmęczona?- zapytał, podając jej herbatę. Tyle dzisiaj się działo kochanie.

- Nie -odparła uśmiechając się. — Nie jestem aż tak stara, żeby być zmęczona parogodzinną imprezą.  Wiesz, że to były pierwsze święta od niepamiętnych czasów w czasie, których dużo leniuchowałam -stwierdziła, tuląc się do męża w sypialni.

-Skarbie w końcu należał ci się wypoczynek za wszystkie lata poświęcenia się dla rodziny -odparł. —Tej naszej i tej z Rysiowa. Zwłaszcza w taki dzień podwójnego świętowania. Widziałem, ile serca wkładałaś w organizację świąt w poprzednich latach naszego małżeństwa. Byłaś gospodynią na medal i raz mogłaś organizację świąt powierzyć innym.

 

W drugi dzień świąt czekała na Ulę niespodzianka urodzinowa. Już raz taki prezent niespodziankę miała przed laty, gdy Kuba i Julka chodzili jeszcze do przedszkola.  Wtedy to Marek zorganizował jej nocny rejs promem do Ystad. Tym razem w ich domu pojawił się młody fotograf wraz z ekipą i przez całe cztery godziny robił zdjęcia Uli wraz z rodziną w różnych sytuacjach, stylizacjach i strojach. Tym sposobem Ula stała się królową na tle zamkowej komnaty, skromną dziewczynką na ulicy czy szlachcianką. Panowie natomiast mogli stać się piratami na tle statku pirackiego, żołnierzami z dawnej epoki, czy pokazać się z brodą, wąsami albo w kolorowej peruce.

-Już dawno się tak cudownie się nie bawiłam -mówiła z rozczuleniem Ula, kiedy była wieczorem z Markiem w ich sypialni.

-Niespodzianki to moje drugie imię kochanie -stwierdził z zadowoleniem.

-To na pewno.

-Dostanę coś w nagrodę -pytał, patrząc z pożądaniem na żonę? — Chociaż małą.

-Chyba wiem, co się zadowoli mężu -rzekła w pełni gotowa na upojną noc z mężem.  — Za te dwa udane dni nawet dużą nagrodę.

-Święta z Dobrzańskimi są..... zawsze udane kochanie -odparł, całując żonę i ściągając ramiączko z jej koszuli nocnej.