niedziela, 24 czerwca 2018

Panicz Marek cz. 11


Mistrz cukiernictwa Pshemko miał to do siebie, że wszystkie nowości testował w mieście w jednej z ich cukierni.  Był też zazwyczaj obecny przy degustacjach, aby móc zobaczyć pierwsze reakcje klientów. Tym razem wybrał cukiernię Marcinek nieopodal parku spotkania Uli i Marka i gdy tylko Jakub powiedział mu o nich, to podszedł.


-Urszula mi z nieba spada- zaczął z radością i z daleka idąc parkową alejką. —Ula skosztuje i powie co myśli- dodał, podając jej wafelka z jakąś pianką i polewą.
-Znasz Ulę? – zapytał tymczasem Marek.
-Dlaczego cię to dziwi- odparł pytaniem. —Znam Urszulę od ponad dwudziestu lat.  Już jako dziecko próbowała moich nowości i zawsze trafiała z oceną. Nawet gdy nie umiała jeszcze dobrze mówić, to można było wywnioskować po minie, czy jej smakuje, czy nie.  A to są ciepłe lody Urszulo. Najpierw nazwałem je Fantazją dziecięcą, ale fantazje trudno byłoby dzieciakom zapamiętać, a słowo lody to zawsze respekt dla nich.
-I w sam raz na zapobieganie wszelkim anginom, katarom i bólom gardła- dodała Ula. 
- Urszula zawsze trafi w sedno sprawy- rzekł mistrz. —A Krzysiu chwaląc Urszulę słów na wiatr nie rzuca. Pomijając, to że razem z Heleną są zachwyceni tym, że się spotykacie. Po tych wszystkich kłopotach, jakie im przysporzyłeś Marek, to teraz sporą i miłą niespodziankę sprawiłeś rodzicom.
-Czyli ty i rodzice wiecie, że Ula to Janka? – wtrącił z wyrzutem.
-Coś mi napomknęli po tym, gdy widziałem was na paradzie i spytałem o was- tłumaczył unikowo. —Chciałem nawet wtedy dołączyć do was, ale staliście po drugiej stronie ulicy, a później rozpłynęliście się w tłumie. I muszę przyznać, że tworzycie bardzo ładną parę. Chociaż udawanie kogoś innego mądre nie było Urszulo.
-Teraz to i ja wiem- odparła smętnie. —Marek właśnie powiedział mi, że odwołuje nasze spotkania.
-A co mogę innego zrobić, skoro znajomość rozpoczęłaś od kłamstwa- w zamian mistrza odezwał się Marek.  Co mogę myśleć o takiej dziewczynie Ula? Tylko chyba to że poważnie mnie nie traktowała.  
- Pan uczciwy się znalazł- rzuciła mu w odpowiedzi. —Widzisz źdźbło w oku cudzym, a w swoim belki nie widzisz.  -Oszczędź sobie kazań, bo wystarczy, że mama mi je prawi- wtrącił gwałtownie.
- Nie dajesz nawet wytłumaczyć się, tylko od razu gniewem wybuchasz- kontynuowała, nie zważając na jego słowa. — Zachowujesz się, jakbym Bóg wie, co zrobiła. Jakbym wymordowała ci rodzinę albo byłabym zakałą rodziny. A ludzie robią znacznie gorsze rzeczy niż udawanie. Sam uczciwy wobec mnie też nie jesteś. Mydlisz mi oczy czułymi słówkami, a prowadzisz życie hulaszcze i rozpustnika. W dodatku upatrzyłeś sobie mnie na kandydatkę na żonę, a małżeństwo i miłość traktujesz jak, jakiś dopust boży.
-Z taką żoną jak ty to na pewno miałbym tylko to Ulijanko – wyraził się złośliwie. — Skaranie boskie i nic więcej. Daleko ci do pokory i posłuszeństwa żony. Do tego, co powinna posiadać żona. Zadziorna żona nie jest nikomu potrzebna. I nie pasujemy do siebie charakterami w żadnym punkcie.
- Przynajmniej teraz dokładnie wiem, na czym stoję i co myślisz- prychnęła w odpowiedzi. —I nie myśl sobie, że jestem jakąś desperatką i będę sobie włosy z głowy wyrywać po stracie panicza Marka. Nie jesteś jedyną dobrą partią na męża w moim otoczeniu. Nie wiem nawet, czy chciałabym kogoś za męża z takimi poglądami. Pokora i posłuszeństwo żony wobec męża to daleka przeszłość. Zatrzymałeś się na poprzednim wieku w poglądach. I może dobrze się stało, jak się stało, bo nie wiem czy byłabym zdolna żyć, z kimś kto mówił, że cię kocha, a ja nie byłabym pewna czy mówi prawdę, czy kłamie.
-Nawet z kłótnią wam do twarzy- odezwał się Pshemko, gdy skończyła swój monolog. — Kto się czubi, ten się lubi. Wiecie o tym? A ty Mareczku mógłbyś do sprawy podejść bardziej pojednawczo i bez emocji. Nerwy nic tu nie pomogą.
- Tam idzie jakaś grupa dzieci, to może wujek zajmie się nimi i poczęstuje lodami, a nas zostawisz samych i da nam porozmawiać na osobności – odparł mu, pokazując kierunek na prawo. —My sobie usiądziemy i porozmawiamy jak dorośli.
-Pójdę, ale dla Urszuli to robię- odparł mu spokojnie.  —Zasługuje na rozmowę i wytłumaczenie.  Pamiętaj tylko, nie daj ponieść się emocjom Marek. Emocje to zły doradca.
-Wygląda na to, że wszyscy cię znają Ula- rzekł, jak tylko mistrz odszedł we wskazanym kierunku, a oni usiedli na ławce. —Rodzice, Pshemko, Jakub. Wiedzą, że Ula i Janka to ta sama osoba, tylko nie ja.  Wiolettę również wplatałaś w te swoje kłamstewka- dodał ze wzburzeniem. —Nie powiedziałaś prawdy nawet wtedy, gdy przypadkiem rozmawialiśmy na temat Uli Cieplak.
 -Zrobiłam tak, bo od dawna cię kocham- zaczęła momentalnie wyjaśniać. —Zakochałam się w tobie, jak miałam trzynaście lat i przez te dziesięć lat byłeś dla mnie księciem z bajki. Kochałam cię pomimo tego, że nie widzieliśmy się przez dekadę i tylko czasami coś słyszałam o tobie od rodziców.  I to dla ciebie, żeby zobaczyć cię ponownie, zgodziłam się pomóc na przyjęciu. Jadąc tam, wiele nawet nie planowałam. Tylko to że zobaczę cię i może będzie okazja porozmawiać jako Ula i Marek.  Wszystko potoczyło się jednak inaczej.  Nie poznałeś mnie i nie było okazji do przypomnienia o istnieniu Uli Cieplak.  Później, gdy zainteresowałeś się mną, to poczułam jednocześnie szczęście i rozczarowanie, bo nie tak wyobrażałam sobie nasze pierwsze spotkanie po latach.  Pomyliłeś mnie z Rozalią, zacząłeś obściskiwać i całować. Wszystko się tak szybko działo, że nie myślałam rozsądnie i powiedziałam, że jestem Janka. Miałam być Janką tylko chwilowo na samo przyjęcie, bo nie przypuszczałam, że jeszcze tego samego popołudnia zaproponujesz spotkanie. Dalej było tak, jak już ci mówiłam.  Zostałam Janką, bo doszłam do wniosku, że zainteresujesz się mną na dłużej, gdy będę prostą dziewczyną. Chciałam, żebyś poznał mnie lepie, poczuł coś, a później dopiero powiedzieć prawdę.
- To dziwny sposób znalazłaś sobie na zdobywanie moich uczuć Ulijanko- odparł po chwili ciszy, spowodowanej całą wypowiedzią i wyznaniem. —Nikt nie nauczył cię, że najlepiej być sobą.
-Nauczył. Tak jak tego to że kłamstwo ma krótkie nogi i opierając się na nim, daleko nie zajdę. Teraz wiem, jak było głupie i nieetyczne było moje postępowanie. Mam tylko nadzieję, że dasz mi szansę naprawić błędy. Jeśli nie od razu to kiedyś tam- mówiła, patrząc na niego błagalnie.  
-Kiedyś to dobre określenie- wtrącił.  —Nie wiem tylko, jak będzie wyglądać nasza znajomość.
-Rozumiem i dzięki, że nie skreśliłeś mnie na zawsze- odparła nieco pocieszona.
-Teraz lepiej będzie, jak się rozejdziemy Ula- dodał bez jakichkolwiek uczuć —Powiedzieliśmy sobie wszystko i nie ma sensu dłużej przedłużać spotkania.
-Masz rację Marek. Nie ma sensu- powtórzyła ponuro.

Po rozstaniu poszli w dwie przeciwne strony. Ula wsiadła w tramwaj i pojechała do Wioletty, Marek zaś pojechał motorem dwie ulice dalej na ulicę Młyńską do Sebastiana.


-Masz za przyjaciela ostatniego szuję, manipulanta, człowieka bez honoru i zasad Seba- rzekł w ramach przywitania.
-Ciebie też miło widzieć po tygodniu mojej nieobecności- odparł mu ironicznie. —To, co się stało, że się tak ostro oceniłeś?
-Skończyłem właśnie swój związek z Janką- odparł, nalewając sobie koniak z barku Sebastiana. —To znaczy z Ulą, bo Janka to tak naprawdę Ula Cieplak. Wymyśliła sobie tylko swoją tożsamość. Możesz sobie to wyobrazić? - zapytał, ale nie dał szansy odpowiedzieć. —W dodatku rodzice i Pshemko wiedzieli o całej tej maskaradzie.
-Fakt głupia sprawa- stwierdził, nie przyznając się, że i on znał prawdę od początku. —A nie mogłeś potraktować tego jej udawania jako dobry żart? -zapytał, zakładając z góry, że to był powód ich rozstania.  —Jak byliśmy w Londynie, to nie takie kawały wywijaliśmy i było dobrze. A wam się tak dobrze układało.
-Tylko że ja nie rozstałem się z nią, dlatego że udawała Jankę, ale dlatego że zakochałem się w niej i nie chcę jej skrzywdzić- oznajmił nieoczekiwanie. —Nie nadaję się do związku w miłości. Sam wiesz, jak żyje.  Mam kochanki, chodzę do klubu i nie chcę rezygnować z Sonii, Rozalii i innych przyjemności. Od dobrych piętnastu lat tak żyję i nie zmienię się z dnia na dzień. Nie chcę też, żeby Ula z tego powodu cierpiała. Wykorzystałem tylko fakt jej udawania jako pretekst do rozstania.
- Czy ja dobrze rozumiem Marek? - zapytał niepewnie i oburzeniem. — Zostawiłeś Ulę nie dlatego że okłamywała cię przez trzy tygodnie, ale dlatego że zakochałeś się w niej i nie chcesz jej skrzywdzić.  
-Inaczej tego nie da się zrozumieć Seba. Nie potrafię być wierny jednej kobiecie i nie chcę, żeby cierpiała wiedząc, że mam kochanki. A te całe jej udawanie jest nawet zabawne- dodał z uśmiechem.
-Nie wierzę w to słyszę- mówił, kręcą głową. —A najgorsze w tym wszystkim nie jest to, że zostawiłeś Ulę, ale sposób, w jaki to zrobiłeś. Nie masz honoru Marek. Wpędziłeś Ulę w poczucie winy, że to przez jej kłamstwa rzuciłeś ją.
- Wiem i nie chciałem, żeby tak wyszło. Chciałem powiedzieć jej, że między nami się nie uda, ale pojawił się Jakub i oświecił mnie, że Janka to Ula i tego się trzymałem. Później jeszcze zaczęliśmy się kłócić i powiedziałem jej, że jak dla mnie jest za bardzo zadziorna i ma za mało pokory. Może teraz kiedy zachowałem się tak okrutnie, to znajdzie innego i zakocha się w nim. Kogoś, kto będzie jej wierny Seba.
- Większych bredni nie słyszałem Marek- zbeształ go.  —A co ty teraz zrobisz? Kiedyś powinieneś się ożenić.
-Może ożenię się z Pauliną i będę żył dalej, jak żyję. Jej nie będzie przeszkadzało, że mam kochanki, a ja nie będę czuł się winny zdradzając ją ani nie będę miał skrupułów. Najważniejsza będzie tylko dyskrecja, a to umiem dochować. Dla innych też będziemy uchodzić za szczęśliwych małżonków.
-Serio nie mówisz-? – zapytał, choć odpowiedzi mógł być pewny. —Robisz głupstwo stulecia.
-Mówię- odparł zdecydowanie. —Za tydzień wracają z wyjazdu, to zacznę spotykać się z nią, a za parę tygodni się oświadczę. Paula jest załamana, że jest ostatnią panną w okolicy w swoim wieku, to przysługę jej tylko wyświadczę i na moje romanse będzie przymykać oczy.
-Jak cię słucham, to naprawdę myślę, że jesteś szują, jak się określiłeś- mówił z potępieniem. —Szują i ostatnim kretynem. Jak nie Ulę to Paulinę będziesz krzywdził. Zresztą Ulę już skrzywdziłeś.
- Tak będzie lepiej Seba- wtrącił. —Zwłaszcza że Ula wyznała mi miłość. Kocha mnie od długich lat, widzi we mnie księcia z bajki i nie chcę jej rozczarować życiem nie z bajki.
-A ty swoje- rzekł zirytowany niedorzecznymi wypowiedziami przyjaciela. —Powinieneś się raczej cieszyć, że cię kocha. Taka miłość od dziecka jest szczera a twój tytuł hrabiowski i pozycja nie mają znaczenia dla niej- przekonywał.
-Już postanowiłem. Ula będzie dla mnie tylko znajomą.
-Jak chcesz- odparł, ale nie zamierzał pozostawić tak sprawy i zamierzał zająć się tym jeszcze tego samego dnia.
Marek wkrótce pożegnał się i pojechał do domu, a on skierował się swoim autem w stronę domu Wioletty. Miał bliżej od Uli to dojechał chwilę po niej.

 Ula po rozstaniu z Markiem wsiadła w tramwaj i Alejami Jerozolimskimi podążyła do Wioletty. 


Droga zaś była wystarczająco długa, aby zająć się myślami.
To była jednak ta ostatnia niedziela. I wszystko skończyło się zanim się rozpoczęło. Za głupotę trzeba płacić Ula.  I jak mam wierzyć w słowa wczorajszej wróżby. Miłość jest blisko, marzenia się spełnią i jesteście sobie przeznaczeni. Słonik szczęścia też mi nie przyniósł. A słowa cioci, że jeśli się czegoś naprawdę pragnie, jeśli się dąży do tego, to laur zwycięstwa musi należeć do nas nie mają racji bytu. Chociaż Marek dziwnie się ze mną kłócił. I jeszcze te Ulijanka. To jest takie pieszczotliwe.

Wizyta u Wioletty przyniosła jej trochę ulgi i nieoczekiwane wydarzenia.
-Stało się coś Ulka? - zapytała, widząc niewyraźną minę koleżanki.
-Wszystko się wydało Wiola- odparła. —W dodatku Marek nie ode mnie się dowiedział tylko przypadkiem od Jakuba ich szofera.  Na to wszystko przyszedł Pshemko i powiedział Markowi, że wie, że ja to Ula. Później zaczęliśmy kłócić się, powiedział mi, że jak dla niego to jestem za mało pokorna, a koniec powiedzieliśmy sobie cześć i każde z nas poszło w inną stronę. To tak w skrócie.
-To kiepsko Ula- rzekła z przejęciem, gdy Ula skończyła opowiadać przebieg spotkania z Markiem. —Może jednak ułoży się jeszcze wszystko dobrze. Mężczyźni dłużej dorastają, może przemyśli, zatęskni- pocieszała.
-No nie wiem Wiola- odparła dla odmiany z pesymizmem. —Nie wyglądał na takiego, gdy się żegnaliśmy.
-Przecież zawsze byłaś optymistką, umiałaś innych podnieść na duchu-argumentowała.
-Widocznie sama na siebie nie działam- wymruczała w odpowiedzi.
-Cześć dziewczyny. Miło obie was tu widzieć- usłyszały znienacka miłe powitanie w wykonaniu Sebastiana.
-Kogo miło to miło- rzekła złośliwie Wioletta. — Twój przyjaciel Marek to łajdak, jakiego daleko szukać.
-Wiola nie ma sensu wyżywać się na Sebastianie- wtrąciła Ula. —Nie jego wina, tylko moja.
-Sam wiem, że to łajdak i kretyn- odrzekł bez urazy na zachowanie Kubasińskiej. —Był właśnie u mnie i opowiedział mi o wydarzeniach z popołudnia. Po to też przyjechałem do ciebie.  Ciebie Ula też dobrze tu widzieć.
-To już wiesz, że jestem Ula-  zagadnęła cicho.
-Tak. Marek opowiedział mi pokrótce- odparł, nie drążąc tematu, że wiedział znacznie prędzej. —Ale do rzeczy dziewczyny. Musimy sprowadzić go na drogę rozsądku.
-A co można zrobić? - spytała pesymistycznie Ula. — Wypić rozlanego mleka się nie da.
-Fakt nie da się, ale możemy co innego zrobić.  Marek co prawda to mój najlepszy przyjaciel i nie powinienem zdradzać go, ale nie mogę patrzeć, jak marnuje swoje życie. On cię kocha, tylko ubzdurał sobie, że nie zasługuje na twoją miłość i może cię tylko skrzywdzić, swoim stylem życia.  
-Naprawdę tak powiedział? – pytała z wahaniem. —Kocha i nie chce mnie skrzywdzić?
- Jak Boga kocham Ula- zarzekał. —Trzeba tylko wyperswadować mu z głowy jego głupie wyobrażenia. 
Może jednak wróżba spełni się- pomyślała z uśmiechem i optymizmem. Była mowa o tym, że mój ukochany boryka się z uczuciami i muszę być cierpliwa. I będę.

U Wioletty długo nie zabawiła, bo miała takt i zostawiła zakochanych samych. Zwłaszcza że wiedziała prędzej o wizycie Seby, Wiola czekała na niego z utęsknieniem i nie widzieli się tydzień. Do domu zaś wracała szczęśliwa, ale humor popsułby się jej, gdyby słyszała dalszy ciąg rozmowy.
-Cały Marek- westchnęła Wiola. —Słodko-gorzki.
-Tylko że nie powiedziałem całej prawdy przy Uli- odparł jej poważnie.  —Wszystko jest bardziej skomplikowane i nie chciałem jej przytłaczać. Marek nie chce jej skrzywdzić, bo nie chce zrezygnować ze swoich uciech.  A najgorsze jest to że chce ożenić się z Pauliną Febo. Ją jak mówi, będzie zdradzał bez skrupułów, a ona sama będzie przymykać na to oczy. Febo na razie są na wyjeździe, ale wracają za tydzień i mamy tydzień Wiola, aby wybić Markowi ożenek z nią. Powiedział mi, że zaraz po ich powrocie zacznie umawiać się z Pauliną, a za niedługo oświadczy się jej.
-A jak oświadczy, to będzie koniec- odparła posępnie. —I nawet jakby później mu się odmieniło, to będzie za późno na cokolwiek.
-Dokładnie. Zerwane zaręczyny to skandal na całą okolicę Wioluś. Nie jest nawet to do przyjęcia.

Marek tymczasem nieświadomy tego, co się dzieje w domu Wioletty, wrócił do domu. Od lokaja Fabiana dowiedział się, że rodzice ciągle są na zebraniu przed dożynkowym i wrócą za jakieś półgodziny, to wtedy poda kolację. Korzystając zaś z wolnego czasu, poszedł do swojego pokoju po list od Uli. Po pozostawionej rano na krześle marynarce śladu jednak nie było. Ozdobną kopertę natomiast znalazł na swoim sekretarzyku.



Od 2- 14 lipca mam urlop i wyjeżdżam. Czy coś uda mi się dodać przed wyjazdem, to nie wiem. Ale będę się starała.

niedziela, 10 czerwca 2018

Panicz Marek cz. 10


Propozycja Marka była bardzo kusząca, ale dokładnie wiedziała, że nie jest to dobry moment na randkowanie. Najpierw musiała poodkręcać wszystkie kłamstwa, a plan świtał jej w głowie.
- Na razie wolałabym, aby zostało tak, jak jest Marek- odparła zdecydowanie. —Muszę poukładać sobie te sprawy.
-Oby nie trwało to miesiące Janko- rzekł bez urazy. —Mówiąc parę dni, miałem na myśli tydzień góra dwa.
-Tyle mi starczy- zapewniała. —Później zobaczymy Marek.
Zobaczymy jak, to będzie, gdy poznasz prawdę o mnie. Znienawidzisz i odejdziesz albo wybaczysz i może pokochasz.
-Ale będziemy spotykać się przez ten czas Janko? – zapytał pełen obaw. — Jest tyle miejsc, do których moglibyśmy pójść. Kino, ZOO, cyrk, muzeum, teatr. Zwykłymi spacerami czy kawiarnią też nie pogardzę.
-Widzę, że przygotowałeś się na pogodę i niepogodę- rzekła wyraziście.
-Tak już mam, że jak biorę się za coś, na czym mi zależy, to czasu nie marnuję Janko- odparł rzeczowo. Zamierzał również tak te spotkania przeprowadzać, aby były to randki, ale nie nazywając rzeczy po imieniu. 
-Mam to samo Marek. Moja ciocia zawsze mówi, że jeśli się czegoś naprawdę pragnie, jeśli się dąży do tego, to laur zwycięstwa musi należeć do nas. Ja się tego trzymam i często powtarzam.
-Mądra kobieta z tej twojej cioci.  A wracając do nas, to proponuję kino na wtorek. Chyba że wolisz coś innego, to się dostosuję. Chociaż to mężczyźni planują takie rzeczy.
-Może być to kino Marek- wtrąciła.
-I nie jedz za dużo na obiad- dodał tajemniczo. —Po kinie zapraszam cię na małe co nieco do mojej ulubionej knajpki. Mój kolega prowadzi ją, chociaż akurat wyjechał i nie on szefuje kuchni, ale smaki pozostały.
-Oby to nie była smażalnia ryb Marek, bo mam uczulenie na ryby- z góry uprzedziła.
-Z ryb pewnie coś mają, ale jest sporo innych dań do wyboru, więc możesz być spokojna.
-A gdzie to? - zapytała głównie dlatego, aby przekonać się czy jest w bezpiecznej odległości od jej domu i aby uniknąć przypadkowego spotkania z kimś znajomym.
-Jeśli powiem, gdzie to nie będzie niespodzianki- argumentował. —Powiem, tylko że w pobliżu naszego pierwszego spotkania.
-Bardzo miła okolica – odparła z małą ulgą, bo od jej ulicy Złotej było dość daleko.



 Przez kolejne dwa tygodnie spotykali się dość regularnie i za każdym razem było sympatycznie i coś innego. W kinie śmiali się z gagów Flipa i Flapa, w cyrku z klauna, a w ZOO z małpek i słoni. Na potańcówce zaś wybawili się za wszystkie czasy. Zwykłe spacery również były wyjątkowe, bo mogli rozmawiać do woli. Był też wypad motorem za miasto nad wodę i to oboje zapamiętali najbardziej. Sam dojazd nad wodę był już, wyjątkowy, bo Ula mogła przytulać się do ukochanego i napawać się zapachem jego wody kolońskiej. Marek też nie narzekał, bo było mu miło czuć Ulę za sobą. Na plaży zaś było jeszcze piękniej, bo mógł podziwiać jej kształtną figurę w stroju kąpielowym przywiezionym z Paryża, a odsłaniającym spory kawałek kształtnych ud i dekolt.


Marek natomiast zaprezentował się w szortach i to krótsze niż inni panowie i bez koszulki. To zaś powodowało, że jej wzrok często opierał się na jego torsie. Marek dokładnie wiedział o tym i widział, jakie robi wrażenie na niej i innych paniach, ale nic nie mówił. Za to wspólnych kąpieli i chlapania się nawzajem wodą, nie odmawiał sobie. 
-Zbudujemy zamek Marek- zapytała, gdy wyszli z wody. —Z Betti czasami buduję.
-Betti? Słyszałem gdzieś to zdrobnienie- odparł, zastanawiając się głośno. —Chyba rodzice mówili tak o młodszej córce Cieplaków.
-Po opublikowaniu powieści Z tobą przez całe życie (wymyśliłam tytuł) jest to popularne zdrobnienie- wytłumaczyła, choć nie musiała. 
-Pewnie Ula jej starsza siostra je wynalazła- wymruczał z wyczuwalną ironią.
-Dlaczego tak myślisz? - pytała urażona jego złośliwością.
- Bo jak mniemam to romans, a pamiętam, że jak miałem ze dwadzieścia dwa- trzy lata a ono o dobre dziesięć mniej to biegała za mną i wpatrywała się jak w obrazek. Już wtedy miłość miała w głowie. Znasz ją? - zapytał nieoczekiwanie.
-Aby, aby- rzekła błaho. —Znam Agatę ich dziewczynę do pomocy w sprzątaniu. To co z tym zamkiem Marek? Budujemy? - pytała, aby nie musieć słuchać i odpowiadać na pytania o sobie.

Ula miała również tę zaletę, którą szybko docenił, że zawsze była zadowolona, a on nie cierpiał kobiet, które ciągle marudziły na tłok, hałas, upał, czy prostackie zabawy. Poza tym umiała cieszyć się drobiazgami.  Bukieciki kwiatów, lody czy czekoladki sprawiały jej autentyczną radość i błysk w oczach. Marek zaś widząc, to nie szczędził jej tych przyjemności. W sklepiku z pamiątkami w ZOO kupił jej nawet wisiorek ze słonikiem.


-Jest piękny- mówiła, przyglądając się błyskotce z turkusu.  —Ale nie musiałeś od razu wybierać najdroższego słonika. W ogóle nie musiałeś mi nic kupować. Dzieckiem nie jestem i nie potrzebuję pamiątek z wyjść.
- Wiem, że nie musiałem, ale podobał mi się, a mama ma podobny- argumentował. —Dostała go od ojca przed ślubem i przynosi szczęście mamie do dzisiaj. Słonie z trąbą są amuletem szczęścia.
-Tyle to wiem- wtrąciła. —Mam nawet nad łóżkiem obrazek z takim słonikiem.
-I co działa? – pytał z zainteresowaniem.
-Czasami.
Szczęścia w miłości mi na pewno nie przynosi, bo nie jesteś we mnie zakochany.
-To powinnaś skargę złożyć- odparł żartobliwie. —A ten na pewno przyniesie ci szczęście, bo prezenty dane ze szczerego serca są bardziej do tego przystosowane.
-Ciekawe Marek- rzekła zaintrygowana. —Ty to wymyśliłeś, bo nigdy o czymś takim nie słyszałam.
Oprócz tych spraw bardziej przy ziemskich Marek dbał również o duchowe adorowanie jej i raz po raz raczył ją szczerym komplementem. Były też kolejne i śmielsze pocałunki, na które on był zawsze chętny. Efektem tych wszystkich zabiegów było to że z każdym kolejnym spotkaniem był coraz bardziej nią oczarowany i wbrew siebie coraz bardziej ulegał uczuciu, jakim zaczął darzyć Jankę. Tego zaś nie było w jego planach i nie podobało się mu.  Chciał być z Janką, ale nie chciał zakochać się jak jakiś szczeniak.

Wszystko to, co działo się między nimi, nie przeszkodziło mu jednak w pójściu do Sonii na chwile rozkoszy. Spotkanie miało jednak nieoczekiwany przebieg, bo w momentach uniesienia pod zamkniętymi oczami widział Jankę ubraną w strój kąpielowy i to ją całował i pieścił, a nie Sonię.  To zaś spowodowało, że znacznie zmalała mu ochota na igraszki z kochanką. Było to o tyle dziwne dla niego, bo choć zdarzało mu się już, że będąc z kobietą, która nie potrafiła zaspokoić go w łóżku, to tęsknił za niezawodną Sonią, to teraz były to marzenia o kobiecie, której nie skosztował w pełni.  Jego gorsza kondycja nie umknęła nawet uwadze Sonii. Kobieta sprawnie wzięła się za uwodzenie, ale wkrótce zauważyła, że efekty jej pieszczot nie mają takiego rezultatu jak zawsze.


-Dziwnie zachowujesz się dzisiaj – rzekła, gdy tylko skończyli a on zaczął się ubierać pośpiesznie. — Zawsze byłeś taki męski, a dzisiaj jakbyś nie miał sił, jesteś rozkojarzony i odchodzisz tak szybko. Jeszcze tydzień temu byłeś całkiem inny - mówiła z wyrzurami.
-Wydaje ci się Soniu- odparł błaho, zapinając spodnie.
-Wiem, jak było- mówiła klarownie. — Do tej pory lubiłeś poleżeć ze mną w łóżku, zachwalałeś mnie, mówić, jak było ci dobrze, a teraz uciekasz.  Pojawiła się inna? – ni to stwierdziła, ni zapytała. —Mężczyzna traci wigor przy jednej kobiecie, gdy pojawia się nowa i młodsza. To reguła stara jak świat Marek.
-Nie ma innej- odparł zdecydowanie. — Mówiłem ci już, że jesteś najlepsza i nie zrezygnuję z ciebie. Po prostu mam sporo pracy i muszę odpocząć. Następnym razem pofolgujemy sobie podwójnie- mówił, pieszcząc jej brodę. —Znowu będę najlepszym kochankiem. Dokładnie takim jak lubisz i spiję z twojego ciała samą słodycz.
-Obiecujesz? – pytała z obawami.
- Słowo honoru ślicznotko- odparł, choć pewien słów nie był. Na do widzenia musnął jej usta i czym prędzej uciekł z jej mieszkania.
Od Sonii po raz pierwszy wyszedł niezaspokojony, niezadowolony i zły na własne odczucia i myśli. Zdecydowanie nie podobał mu się fakt, że trzymając w ramionach jedną kobietę, to marzył tak intensywnie o innej.  W dodatku nie potrafił z tego powodu wykazać się tak, jakby chciał i zyskać pełnej przyjemności z baraszkowania z Sonią. Żałował nawet, że Sebastian wyjechał na tydzień a z którym mógłby porozmawiać o swojej małej niedyspozycji i poradzić się go jak się tego pozbyć i co ewentualnie niegroźnego mógłby zażyć.

W przeciwieństwie do niego jego rodzice mieli powody do zadowolenia i to duże, bo wszystko wskazywało na to że ich jedynak w końcu ustatkuje się, a wybranką będzie Ula.  Syn opowiedział im bowiem o poznanej dziewczynie i były to same komplementy i zalety.  Bystre oko matki zaś dostrzegło błysk w oczach syna, gdy opowiadał o niej, a czego nie widziała w zamierzchłych czasach, gdy opowiadał o jakichś innych pannach. Natomiast w to że dalej uważał ją za Jankę, nie ingerowali i zostawili swojemu losowi i Uli.
Detektyw miał dla nich również dobre wieść, bo po upewnieniu się przez niego, że Marek wraz ze znajomymi otwiera restaurację, opowiedział im o tych planach. Taki obrót sprawy cieszył ich, bo oznaczało to że nie chciał żyć tylko z dochodów z majątku, ale z własnej pracy i przedsiębiorczości.



Ula tymczasem nieświadoma tego co porabia ukochany, kończyła pisać list do niego. Obiecała sobie, że w ciągu dwóch tygodni wszystko uporządkuje, a termin mijał za dwa dni. Dobrzańskim również obiecała, że wszystko wyjaśni Markowi. Oboje bowiem pojawili się cztery dni temu popołudniem w ich cukierni i porozmawiali z nią szczerze.
-Wiemy Uleńko, że spotykasz się z Markiem- zaczęła Helena.
-I jesteś Janką dla niego- dodał Krzysztof.
-Wiem, że nie powinnam proszę państwa, ale… – zaczęła ze zdenerwowaniem.
-Spokojnie drogie dziecko nie przyszliśmy tu z wymówkami- wtrąciła życzliwie Helena. — Marek nie może nachwalić cię przy nas i cieszy nas to. Chcemy wyjaśnić tylko tę historię z Janką.
-Na tym przyjęciu, kiedy pomagałam, to pomylił mnie z jedną z posługaczek i zaczął uwodzić, a później zaproponował spotkanie. Powiedziałam mu wtedy, że jestem Janką, bo pomyślałam, że jak powiem prawdę, to może nie zainteresuje się Ulą Cieplak- wyjaśniła niemal na jednym tchu.
-Masz sporo racji- odparł Dobrzański. —Może nic by nie zrobił, aby zawrzeć dłuższą znajomość i dalej fruwałby z kwiatka na kwiatek.
-Obiecuję, że już niedługo powiem mu prawdę- zapewniła. —Sama wiem, że nie mogę długo ciągnąć tego kłamstwa. I zapewniam państwa, że kocham Marka.
-W to nie wątpimy- odezwała się ponownie Helena. —A nasze błogosławieństwo już masz. Znamy cię od dziecka i lepsza synowa nie mogłaby się nam trafić. Widzę w jego oczach błyski, gdy mówi o tobie i jeśli jeszcze nie zakochał się w tobie, to jest bliski tego.
-Gdyby było to prawdą, to byłabym najszczęśliwszą kobietą na świecie, proszę pani- odparła ze szczęściem.



Miejski Luna Park w sobotni wieczór zgromadził sporo warszawiaków. I nie były to tylko dzieci, bo dochodziła dziewiętnasta, ale i dorosłe osoby. Marek również zaprosił tam Ulę i zatroszczył się o atrakcje.  Była więc karuzela, beczka śmiechu, gabinet luster i strachu, zjeżdżalnia. Ula jak było mu łatwo przewidzieć, wśród tych wszystkich huśtawek czuła się znakomicie, a uśmiech nie znikał z jej twarzy. Dla Marka zaś patrzenie na nią tak promienną było samą przyjemnością.


 Atrakcji typowo dla dorosłych również nie brakowało. Była to wysoka karuzela oraz urządzenie do mierzenia mięśni i strzelnica. Z tych dwóch atrakcji skorzystał Marek i najpierw wystrzelił dwadzieścia pięć punktów na trzydzieści możliwych i Ula została właścicielką średniego misia. Później na testerze mięśni zawalczył o czekoladę. Wtedy też Ula, korzystając z okazji, że dał jej do potrzymania marynarkę i nie patrzył w jej stronę, to wsunęła mu do wewnętrznej kieszeni marynarki list. Marek trzymał tam chusteczkę z inicjałami M.D., mały grzebyk i lusterko, czyli zestaw eleganta oraz miętówki, które do niego nie należały, ale najwidoczniej były potrzebne.
Jeśli zauważy i przeczyta, to jutro wszystko się wyjaśni i okaże, czy mam u niego szansę za te kłamstwa, czy nie- myślała, zapinając guziczek w owej kieszeni. A jeśli nie zauważy listu, to jutro powiem mu o nim.
Ze zdobyciem czekolady nie powiodło mu się, choć Marek chciał wykazać się przed Janką. Młot, którym uderzał był jednak zbyt ciężki, a kula oznaczająca zwycięstwo zatrzymała się tuż przed końcem skali. Pocieszał go tylko to że prawie wszyscy mężczyźni dochodzili do tego poziomu.
Ula dla siebie również znalazła coś i chciała kupić sobie wróżbę, ale to Marek zapłacił za nią, bo zobowiązał się płaceniem za wszystko.  Wśród wielu karteczek wybrała tę jedyną.
-Wierzysz w to Janko? - pytał z wyraźną kpiną, gdy rozkładała karteczkę.
-Lubię czasami oddać się takim wróżbą i pomarzyć. Marzenia nic nie kosztują, a nuż widelec się uda i spełnią się, jakby powiedziała Wioletta- mówiła, uśmiechając się do tego, co czytała.
Miłość jest już blisko ciebie i twoje marzenia wkrótce się spełnią.  Ktoś o kim marzyłaś, zauważy cię w pełni i zyskasz jego serce. Musisz być tylko cierpliwa, bo mężczyzna przeznaczony ci boryka się z uczuciami i potrzebuje więcej czasu. Pamiętaj jednak, że w gwiazdach jesteście sobie przeznaczeni i nic, i nikt tego nie zmieni.
- Coś dobrego Janko? Uśmiechasz się tak promiennie.
-Nawet bardzo dobrego- odparła z rozmarzeniem.
-A mogę zobaczyć? – pytał, wyciągając rękę.  —Jako darczyńca mam chyba równe prawo do wglądu.
-Nie prosiłam cię o kupno wróżby- odparła, chowając wróżbę do torebki. —I jeśli pokażę, to się nie sprawdzi. Mówiłeś kiedyś coś podobnego.
-Fakt mówiłem. Czy ty musisz mieć tak dobrą pamięć Janko? – zapytał na koniec.
W Luna Parku zostali jeszcze chwilę, a później Marek odprowadził Jankę na przystanek tramwajowy. Sam zaś pojechał do Rysiowa i po toalecie położył się spać. Głęboki sen jednak długo nie nadchodził, a gdy był w półśnie i wspominał spędzony czas w Luna Parku i inne randki zrozumiał, że zakochał się w Jance i nie wiedział, co ma zrobić z tym fantem. Do rana zaś zasnąć już nie mógł i miał sporo czasu na rozmyślania.
Ula również nie mogła spać, bo myślała o wróżbie i tym co przyniesie niedziela.
Oby to nie była To ostatnia niedziela jak śpiewa Fogg* Byłaby to ironia losu. Nasz pierwszy taniec był właśnie do tego tanga.

Na niedzielne popołudnie Ula czekała z bijącym sercem, a później odliczała minuty do szesnastej.  Marek również jechał na spotkanie z rozterkami a wszystko, co chciał jej powiedzieć miał poukładane w głowie. Tym razem na spotkanie wybrali park nieopodal jednej z cukierni Dobrzańskich.
- Cześć Janko- rzekł bardzo oficjalnie.
-Cześć – odparła, wyczuwając w jego głosie dokładnie tę nutkę. —Czytałeś mój list? - zapytała, bo imię Janka myliło ją i nie była pewna tego.
-Jaki list? – zapytał podejrzliwie.
-Włożyłam ci wczoraj do wewnętrznej kieszeni marynarki- wyjaśniła.
-Nie zaglądałem tam. A co było w tym liście? Coś ważnego?
-Wolałaby, abyś go przeczytał, gdy będziesz sam i jutro porozmawiamy.
-Tajemnicza dzisiaj jesteś – mówił, spoglądając na nią. —Może chociaż mały rąbek... 
-Dzień dobry panienko Urszulo, cześć Marek- przerwał mu znienacka Jakub, szofer seniorów Dobrzańskich. — Miło was tu widzieć i to razem. Zwłaszcza że mówiłeś ostatnio…
-Jaka znowu Urszulo? – wtrącił Marek.
-To właśnie było w tym liście Marek- odparła, unikając jego wzroku. —Nie jestem żadną Janką Kowal tylko Urszulą Cieplak- postanowiła już nic nie kłamać.
-Nieprawda Janko.  Byłem kiedyś we firmie u ojca i widziałem Ulę Cieplak i nie jesteś nią- mówił podniesionym tonem.
-Widocznie pomyliłeś mnie z kimś- rzuciła w odpowiedzi.
-To Ula jest tą tajemniczą Janką – odezwał się ponownie Jakub. —Ale heca Marek. A Ula to na pewno Ula. Bywała u was na obiedzie i sam woziłem ją.
-Możesz zostawić nas samych Kuba- odparł szoferowi rodziców, a zarazem drugiemu lokajowi, którego znał od dziecka i mówili do siebie po imieniu.
-Stałam się Janką, zwykłą dziewczyną, bo tylko tak mogłam uwagę zwrócić na siebie- zaczęła wyjaśniać, gdy szofer odszedł i zanim on coś powiedział. —Już przy poznaniu u ciebie w domu na przyjęciu próbowałeś całować, a później umówiłeś się ze mną.
-Czyli to moja wina Janko? - stwierdził ostro.
-Nie twoja, ale znając twój charakter, to uznałam, że tak będzie najlepiej. Panną z dobrego domu nie zainteresowałbyś się tak szybko.
-Teraz będziesz wytykać mi mój charakter jak matka- rzekł z sarkazmem.
-Nie Marek i przeprasza- mówiła cicho. —Wiola mówiła mi, że źle może się to skończyć.
-I miała rację Janko, a raczej Ulo. Pomyliłem się co do ciebie i odwołuję nasze randki.
Na odpowiedź nie miała szansy, bo obok pojawił się Pshemko i zaczął swoją tyradę.

*Piosenka powstała 7 lat później, ale ładnie komponowała mi się do tekstu.

niedziela, 3 czerwca 2018

Panicz Marek cz. 9


Po tym, co usłyszała, to miała ochotę wyjść, ujawnić się, powiedzieć co o nim myśli i zobaczyć jego minę. Zatrzymały ją jednak słowa Antonia.
-A ta Janka to, jaka jest w tych sprawach Marco? – pytał zachęcająco. —Dobrze całuje.
Czy oni wszyscy tylko to jedno mają w głowach- zastanawiała się w myślach? Jak dobrać się do dziewczyny?
-Tego jeszcze nie wiem- odparł lakonicznie. —Dzisiaj mija dopiero tydzień od czasu, jak się poznaliśmy i nie jest nawet moją dziewczyną. Ale usta i uśmiech ma bardzo ładne- dodał z rozmarzeniem. —I piękne błękitne oczy.
 Bardzo miło słyszeć  Marek.
- To nad czym ty się zastanawiasz – kontynuował Włoch. — Mały skradziony całus nie zaszkodzi, a może dużo zdziałać.
Nie ma to, jak dobra rada kumpla po fachu- myślała z irytacją.  Ciekawa jestem czy jutro skorzysta.
- Na razie to my spotykamy się bez zobowiązań i świetnie bawię się w jej towarzystwie. Jest między nami jakaś gra uczuciowa i nie chcę jej przestraszyć. Ona nawet rumieni się na mój dotyk.
 Jeszcze trochę a opowie im szczegóły spotkań- pomyślała dla odmiany ze złością. I to kobiety podobno nieustannie plotkują.
 -Czyś ty się w niej nie zakochał przypadkiem- odezwał się dla odmiany Lolek i czym zainteresował ją.
Jeśli teraz powie tak, to oszaleję z radości i z tą całą kotarą wyskoczę na sale. Niezależnie od tego, co inni powiedzą.
-Fantazja cię ponosi – zaprzeczył momentalnie i rozczarował Ulę. —Znasz moje zdanie na temat miłości i zakochiwania.  To jest dobre tylko dla kobiet.
 Zapatrywania to on ma iście nonsensowne. Tylko dla kobiet. Dobre sobie.  Mówi, jakby chodziło o chodzenie w sukienkach albo rodzenie dzieci. To jest tylko zarezerwowane dla kobiet.
-Te twoje poglądy Marek- odrzekł z pożałowaniem Lolek. —Chciałbym doczekać chwili, gdy zakochasz się na zabój.
-Jeśli by się tak stało, to musiałaby mieć coś z mojej mamy, naszej kucharki, byłej niani i takiej jedne dziewczyny.  
-Czyli chciałbyś, aby obdarowywała cię miłością jak mama, rozpieszczała i dogadzała jak kucharka, miała urodę niani i dawała przyjemności takiej jednej- zawyrokował w odpowiedzi Karol.
-W samej rzeczy Lolek- rzekł wyraziście. — Powinna jeszcze pozwalać na wszystko jak babcia i umieć zatrzymać mnie w domu i swoim łóżku. Nie powinna też ględzić  bez sensu.
-Wymagania to masz wysokie Marek- stwierdził Lolek.
- I najważniejsze, żeby pozwoliła mu chodzić na mecze z kumplami- dodał Antonio.  —Tak jak moja dama mi pozwala. 
-To obowiązkowo- odparł Marek.  
I co teraz Ula- pytała tymczasem samą siebie. Komplikujesz sobie życie. Mam nauczyć go miłości i uczuć. Żyć bez miłości też byłoby bez sensu. Do tego zadręczać się czy nie poszedł do innej. I dlaczego w nim musiałam się akurat zakochać?  Przecież połowa światu tego kwiatu.
Panowie w kawiarni zostali jeszcze jakiś czas, ale rozmawiali na temat piłki nożnej i czekającym ich popołudniem meczem pomiędzy Legią Warszawa a Pogonią Lwów. Ula zaś po tym, co usłyszała, miała mieszane uczucia. Marek niby mówił o niej w samych zaletach, ale kto chciałby być koniecznością. W dodatku z kimś, kto ciągle rozgląda się za innymi kobietami. Ze swoich rozterek postanowiła zwierzyć się Wioli. Już prędzej były umówione na popołudnie, to wsiadła w pierwszy tramwaj i pojechała do posiadłości Kubasińskich.


-Marek z kolegami był dzisiaj u nas w kawiarni- zaczęła, gdy usiadły razem w ogrodzie.
-I wszystko się wydało Ulka – wtrąciła.
-Nic się nie wydało, Wiola. Daj mi opowiedzieć wszystko po kolei. Zauważyłam go, jak wchodził z dwoma kolegami, to się schowałam za zasłonką, a oni akurat usiedli za nią i zaczęli rozmawiać o naszych kelnerkach i że muszą zatrudnić równie ładnie.  
-Po co im kelnerki? – zapytała, gdy Ula zamilkła na chwilę, aby upić łyk soku.
-Nie wiem. Do tego nie doszli. I nie to jest najważniejsze. Później temat zszedł na mnie, to znaczy na temat Janki. Marek mówił, jaka to jestem ładna, mądra, intrygująca i takie tam Wiola. Same zalety. Nie powiem było, to miłe do czasu, jak temat nie zszedł na temat małżeństwa i nie powiedział, że jest mu dobrze, jak jest i na ślub ochoty nie ma. W końcu powiedział, że chyba tylko ze mną mógłby się ożenić. 
-Ale to chyba dobrze? – pytała niezdecydowanie, bo nie nadążała za wypowiedzią Uli. —Chce brać z tobą ślub pomimo tego, że nie wie, kim jesteś.
-Właśnie, że niedobrze Wiola- odparła pewnie.  —Wychodzi na to że mam być ostatecznością, a nie miłością. On jest dokładnie jak ci bohaterowie niektórych romansów, gdzie połowa z nich ma nałożnice, prowadzi się jak Marek, a ślub traktują jak dopust boży. Marek w dodatku nie wierzy, że można kogoś kochać i brać ślub kochając.
 -Teraz rozumiem- mówiła posępnie. — Pocieszę cię, jeśli powiem, że później, gdy poznają, co to znaczy miłość i zakochują się na zabój, to się zmieniają.
-Chyba tylko w książkach i filmach- wymruczała bez wiary. —W prawdziwym życiu rzadko tak bywa. Wiem przynajmniej co myśli i znam jego plany.
-I co teraz zrobisz?  Dalej będziesz spotykać się z nim- pytała z zainteresowaniem. —Jakby co to Maciuś ciągle jest tobą zainteresowany- delikatnie wspomniała o swoim przyjacielu.
-Dzięki Wiola, ale serce nie sługa- grzecznie odmówiła.  —Maciek może i jest odpowiednim chłopakiem na męża i bardzo lubię go, ale moje serce jest zajęte od dziesięciu lat i nic na to nie poradzę.  A wracając do Marka, to skoro on zamierza grać uczuciami, to ja również mogę dalej ciągnąc swoją grę. Sam powiedział, że na razie nic nie jest na poważnie. Na jutro jesteśmy umówieni, to stoczymy kolejną grę słowno- uczuciową.
Marek tymczasem niedzielne popołudnie miał już zaplanowane. Parada, spacer po parku i kino. W nocy zaś miał piękny sen z Janką i samym sobie w roli głównej. Chodzili razem po górach, trzymając się za ręce, a Janka była ciągle uśmiechnięta, radosna i wyglądała pięknie. Sam też na brak humoru nie narzekał i cieszył się tymi chwilami. O tyle było to dziwne, bo rzadko coś mu się śniło i jeśli tak było, to snów nie pamiętał. Teraz było to tak realne, że chciał dalej spać i śnić. Rano natomiast stwierdził, że faktycznie trzeba kiedyś ożenić się, spłodzić dziedzica i skoro ma już zakładać rodzinę to tylko z Janką. 



 Piętnasty sierpnia był pogodnym dniem i bardzo odświętnym. Tego dnia jak co roku przypadało święto narodowe Wojska Polskiego oraz kościelne potocznie nazwane Matki Boskiej Zielnej i ulice Warszawy przybrane były jak na Boże Ciało. Mieszkańcy również byli bardziej eleganccy i licznie wylegli na ulice. Jedni szli do kościoła z bukietami ziół, zbóż i kwiatów a inni wracali z niego i szli na trasę przemarszu wojsk.


Wśród tych drugich była Ula i Marek. Ona ubrana odważnie i elegancko, bo w błękitną bluzkę we wzory z odsłoniętymi ramionami, a Marek bardziej luzacko i wyglądał na rozrabiaka w koszuli w kratę i kaszkiecie.  Trudno było też, aby nie spoglądali na siebie z wyrazem zachwytu.


-Chciałem być kiedyś żołnierzem – rzekł jej do ucha, gdy oglądali przygotowania do defilady. —Tak do trzynastu lat. Teraz wiem, że ciężko być wojskowym. Upał a oni w mundurach muszą się prażyć. Później to marzyłem, aby być wynalazcą, odkrywcą i podróżnikiem jak Fogg z Osiemdziesiąt dni dookoła świata.
-Tak jak każdy chłopiec Marek. A tym żołnierzem chciałeś być, dlatego że za mundurem panny sznurem? -  zapytała przekornie.
- Skąd Ula. Jeszcze wtedy nie interesowały mnie dziewczyny. A ty kim chciałaś być jako dziewczynka?
Od czasu jak skończyłam trzynaście lat to twoją żoną- pomyślała.
-Jak to dziewczynka. Mamą i żoną. Chciałam mieć jeszcze drogerię i móc wąchać wszystkie te kremy, wody toaletowe, proszki. I czytałam typowo dziewczęcą literaturę.
- Romanse nazywając rzecz po imieniu- rzekł z wyraźną przycinką.
- Książki z serii o Ani- wtrąciła. —To nie jest typowy romans, chociaż ślub Ani i Gilberta ma miejsce.  I nie wiem, co masz do romansów, skoro mówisz o tym tonem wymówki.
-Bo ciągle podobny schemat przewija się w nich. Ona zazwyczaj dobra, on z tych gorszych, kiedyś spotykają się i po komplikacjach biorą ślub. I ile można czytać o miłości do grobowej deski Janko? Z kolejnymi latami małżeństwa i tak jest to przyzwyczajenie- mówił nonszalancko. —Może nie zawsze, ale jest i małżonkowie spotykają się głównie w czasie posiłku.
-Jeśli tak myślisz to mi ciebie szkoda Marek- odparła dosadnie.
-Jestem za stary, aby wierzyć w jedyną prawdziwą miłość- tłumaczył swoje racje, które już dobrze znała. —I gdyby istniała miłość, to chociażby raz trafiłaby mnie, choć najmniejsza strzała Amora. Zresztą część moich znajomych, szczęśliwych małżonków- dodał z akcentem, brała śluby z rozsądku, bo połączenie majątków dawało korzyść.  Trzeba też oczywiście dziedzica spłodzić w prawowitym łożu- dodał na koniec zaczepnie.
 -To ty jako jedynak masz zadanie bojowe- rzuciła ripostą. — A czas ucieka paniczu Marku. Zwłaszcza że nie masz jeszcze żony, a i tak panowie mają to do siebie, że sypialnie żon odwiedzają rzadko, a swoje potrzeby zaspokajają gdzie indziej- dodała, wprawiając go w osłupienie.
Odpowiedzieć mu ani dalej rozmawiać niedane im było, bo orkiestra zaczęła grać marsza, a wojsko rozpoczęło swój przemarsz w kolumnach bądź na koniach.  Musiał jednak przyznać, że Janka po raz kolejny w rozmowie była górą i coraz bardziej chciał chociaż raz wygrać z nią i zamknąć jej skutecznie buzię. Nawet jakby miał to być pocałunek.


Wojskowi w końcu przedefilowali, działa przejechały, a ludzie opuszczali plac defilad.  Oni zaś wraz z nimi i niektórymi z nich powędrowali w stronę parku na obiecany przez Marka spacer. Chwilę pochodzili alejkami, nakarmili kaczki i poszli w stronę rabat z kwiatami. Po drodze Marek kupił im lizaki w kształcie serca.
-Proszę- rzekł, podając jej drobiazg. —Możesz poczekać i zjeść w kinie Janko.  To tak w zamian cukierków.
-Dzięki Marek- odparła, uśmiechając się z wdziękiem.  —Już z wyglądu jest słodki.  Ale czy musimy iść do kina? Pogoda taka ładna, a tam będzie zaduch.
- Nie musimy. Kino możemy zostawić na jakiś dzień, gdy pogoda nie będzie dopisywać. Dzikuska tak szybko nie zejdzie z ekranów.
-Wybrałeś romans? Zadziwiasz mnie.
-Do wyboru było to albo późniejszy seans i western W starej Arizonie. Na miłośniczkę westernów jednak mi nie wyglądasz.
-Aż takim jesteś znawcą kobiet? – pytała, odganiając jednocześnie natrętną pszczołę, która dobrała się do jej lizaka, zanim ona zdążyła spróbować go. —Psia kręć- dodała gwałtownie.
-Użądliła cię- zapytał z troską i zanim zdążyła coś zrobić, to wziął jej dłoń do swojej i delikatnie pocałował miejsce ze śladem żądła.
-To nic takiego- mówiła z onieśmieleniem na jego gest.  Marek co prawda całował już ją w rękę przy powitaniu i pożegnaniu, ale tym razem było to coś całkiem innego. Stał w dodatku bardzo blisko niej.  —Nie jestem uczulona na jad pszczeli- dodała, spoglądając na niego. On zaś jakby czekał na to, bo chwilę później pochylił się i delikatnie musnął jej usta.


A jednak posłuchał rad tego całego Antonia- przemknęło jej przez myśl, zanim oddała mu swoje usta w pełni.
Był to jej pierwszy pocałunek, a kolana już uginały się pod nią. Serce zaś zaczęło bić szybciej, a lizak upadł na ziemię. Marek tymczasem z delikatnością pieścił jej usta, obejmując w pasie, a ciepło ust rozchodziło się po całym ciele.  
-Przepraszam Janko. Nie powinienem- rzekł, gdy oderwali się od siebie.
-Nie powinieneś- poparła go, oblizując nerwowo usta.
-Ale całował cię już ktoś? – zapytał wprost.
-A ty masz zwyczaj całować każdą znajomą dziewczynę? – odparła pytaniem na pytanie. — I kim właściwie jestem dla ciebie?  
- Na pewno zwykłą znajomą nie jesteś Janko- oświadczył klarownie.  —Znajomą to jest pani ze sklepiku przy urzędzie, gdzie pracuję. Ty jesteś młodą, interesującą dziewczyną, z którą chętnie spędzam czas- dodał, podkreślając swój uśmiech.
- Pewnie każdej tak mówisz- odparła, choć wiedziała, że mówi prawdę, bo miała okazję coś podobnego usłyszeć, gdy rozmawiał ze znajomymi.  Nie chciał jednak wyjść na osobę, która łyka każdy pierwszy lepszy komplement. Była też ciekawa co będzie dalej. —A ja jestem w dodatku zwykłą urzędniczką, a nie dziewczyną po szkołach i z dobrego domu.
-Zapewniam cię, że w twoim towarzystwie czuję się znacznie lepiej niż przy pannach z dobrego domu, jak to ujęłaś- mówił, cedząc słowa. —One są nudne i chichoczące z byle powodu, a ty na każdym kroku czymś mnie zaskakujesz. Spotkania z tobą są zajmujące, czekam na nie z utęsknieniem i nie chcę tego kończyć. Chcę nawet więcej. Chcę widywać cię dalej i liczę na dłuższą znajomość.
-Ale jak to widywać dalej? – pytała z zająknięciem, gdy skończył mówić.
-Inaczej to ujmę. Chcę umawiać się z tobą na randki Janko.
Matuchno kochana, on chyba naprawdę chce swój plan wprowadzić w życie. Długo nawet nie czekał. I co mam mu odpowiedzieć?  Szczere do końca to nie jest.
-Teraz nie musisz dawać mi odpowiedzi- kontynuował, gdy Ula zajęta była swoimi myślami. —Poczekam parę dni, jeśli trzeba będzie.