poniedziałek, 22 października 2018

Dama i wieśniaczka 6/6

Spotkanie z Febo przyniosło niespodziewany efekt, bo Marek zaczął rozmyślać nad zdaniem, które sam wypowiedział.
Może po związku z tobą takie kobiety jak Ula zaczęły mnie interesować Paulino.
Mógł przekonać się o tym już tego samego dnia, gdy po pracy był z nią we fundacji mamy, która zajmowała się dziećmi z najuboższych i wielodzietnych rodzin oraz zaniedbanych przez rodziców.  Pojawiał się tam wystarczająco często, aby poznać problemy fundacji i dzieci objętych opieką. Teraz po wyjeździe rodziców do sanatorium przyjechał, aby zobaczyć, jak sekretarka radzi sobie z prowadzeniem rachunkowości i spotkać się z podopiecznymi. W czasie, gdy on zajmował się sprawami papierkowymi, Ula wraz z wolontariuszami zajęła się dziećmi. Poszła do świetlicy i tam bawiła się nimi i pomagała w odrabianiu lekcji. Jej łagodność i podejście do dzieci spowodowały, że szybko wokół niej pojawiła się gromadka dzieci.  Taką też zastał Marek. Przystanął w drzwiach i przyglądał się Uli i kilku dziewczynkom, które z zapałem słuchały jej opowieści o programie Damy i wieśniaczki.  Przypominała w tym jego matkę, która nie ograniczała się tylko do siedzenia za biurkiem i szefowania fundacja, ale i przychodziła do świetlicy. Paulina również pojawiała się we fundacji, ale głównie wtedy, gdy działo się coś ważnego i nigdy nie widział jej, aby któremuś z dzieci poświęciła choć trochę czasu na zabawę czy rozmowę. Z racji, że było jeszcze dość wcześnie, to poszedł w drugi koniec sali, gdzie stał stół do futbolu i razem z chłopcami zagrał partyjkę meczu. Gra nie przeszkadzała mu, aby raz po raz spoglądać na Ulę i słuchać jej łagodnego i szczerego śmiechu. Po dwóch godzinach pobytu we fundacji pojechali do Latchorzewa. 
-Skradłaś ich serca Ula- rzekł, jak tylko wyszli z fundacji.  
-To po prostu miłe i grzeczne dzieciaki. Potrzebują tylko zainteresowania i miłości.
-Moja mama mówi to samo. Zawsze chciała mieć więcej dzieci, ale nie wyszło i swoją miłość przelewa na podopiecznych.
-Bardzo szlachetne. A ja chętnie na stałe zgłoszę się do pomocy. Popołudniami i tak nie mam nic ciekawego do roboty. Ala jest dwa razy starsza ode mnie to i tematów do rozmowy za bardzo nie ma. Tam się przynajmniej przydam.
-Dziękuję Ula w imieniu mamy. Na pewno ucieszy się z kolejnej kompetentnej osoby. A ja służę swoim samochodem. Musiałabyś dojeżdżać prawie pół Warszawy dwoma autobusami do fundacji.
-Zapamiętam sobie. Możemy wybrać się tam ponownie w piątek. Jutro ogarnę mieszkanie, zrobię sobie pranie i zakupy, a na piątek nie mam nic zaplanowane.
-Może być piątek Ula- odparł.
Ostatni wieczór pobytu Uli w Latchorzewie był równie udany co dwa poprzednie. Razem zajęli się kolacją i sprzątaniem. Później był czas na zażycie trochę ruchu i wybrali grę w badmintona. Marek lubił tę grę i już prędzej zaopatrzył się w siatkę, paletki i lotki. 


-A ty możesz tak się forsować po operacji- zapytała troskliwie, kiedy zaproponował krótką grę. —Rano jogging a teraz paletki.
-Spokojnie Ula. Piętnaście minut gry mi nie zaszkodzi. Konsultowałem się zresztą z lekarzem. Pierwsze dwa tygodnie musiałem spasować, a później zacząć delikatnie trenować. Rano ciągle też nie biegam, tylko chodzę. Ale miło, że się martwisz Ula.
-Po prostu jesteś moim ulubionym, najlepszym i ukochanym szefem i nie chciałabym, żeby coś ci się stało- stwierdziła wesoło.
-Oprócz donosicielstwa nie lubię podlizywania się Ula- odparł, wysilając się na powagę. —Którą stronę wybierasz?
-Prawą.
Ula w umiejętnościach gry w badmintona nie ustępowała Markowi i choć na początku chciał dać jej fory, to grał jak z równym.  Z Pauliną oczywiście na takie spędzanie czasu nie mógł pozwolić sobie, bo nie znosiła męczyć się, a jedynym jej sportem było chodzenie po sklepach. Podobnie było z troską o niego, a przykładem mogło być to, kiedy ważniejsze były zaręczyny od jego zdrowia.
 Po grze zajęli się rabatami, trawnikiem i ogródkiem. Podlali kwiaty i warzywa, wyrwali parę chwastów. Gdy był już prawie ciemno, to wrócili do domu. Przed snem był czas na obejrzenie dobrej polskiej komedii Kochaj albo rzuć. Ula również miała czas, aby się spakować. Rano natomiast, gdy tylko usłyszała, że Marek poszedł pobiegać, zajęła się przygotowaniem śniadania. Chciała, aby był to również rodzaj podziękowania za gościnę, to postarała się o coś specjalnego. Na stole pojawił się omlet i tosty na bagietce.  Marek do domu wrócił w chwili, gdy wyciągała tosty z piekarnika.
-Zrobiłam śniadanie Marek- rzekła, jak tylko pojawił się w drzwiach. —Chciałam odwdzięczyć ci się za te trzy dni gościnności.
-Naprawdę nie musiałaś Ula. Było mi miło cię gościć.
- Nie musiałam, ale chciałam- wtrąciła. —Ja tak nie potrafię Marek. Brać, a nie odwdzięczyć się w żaden sposób.
-Cała ty. Dobrze, chociaż że mówisz w kategoriach śniadania podziękowania, a nie pożegnania.
-Widzisz Marek. We wszystkim można znaleźć jakieś pozytywy. Masz żelazko? – pytała, nakładając omleta. —Chcę wyprasować sobie bluzkę.
-Zostało na Siennej i dopiero jutro odzyskam je z innymi rzeczami. Nie zamierzam zostawiać Pauli ani żelazka, ani kina domowego, pościeli czy firanek. Zresztą żelazka nie używała, a firanki w oknach uważała za oznakę zacofania i nigdy nie kupowała i nie zawieszała.
-To trochę inaczej niż u mnie. Nie lubię gołych okien. Muszą być firanki, żaluzje niekoniecznie i do ozdoby kwiaty albo jakieś drobiazgi. Figurki, świeczniki.
- U mamy w oknach zawsze tak było i za zacofanie mama tego nie uważała. Będę musiał kupić sobie coś takiego tutaj Ula- mówił, patrząc na puste okna. —Może w sobotę znalazłabyś czas na większe zakupy ze mną? –zaproponował nieoczekiwanie. —Nie znam się na kupowaniu firanek.
-Ok. Marek- odparła, siadając przy stole. —I tak nie mam nic w planach.

Po śniadaniu Marek zapakował walizkę Uli do samochodu i pojechali do pracy. Popołudniem zaś, po przywiezieniu przez Maćka kluczy, odwiózł do mieszkania Ali, a sam pojechał do Latchorzewa.  Czwartkowe samotne popołudnie dłużyło się mu i brakowało kogoś, do kogo mógłby się odezwać. Z nudów wraz z sąsiadem postawił kojec dla psa, który miał wkrótce pojawić się w jego gospodarstwie. W piątek było znacznie lepiej, bo po pracy razem z Ulą wybrali się do fundacji i spędzili razem kolejne trzy godziny. Wieczorem zaś wybrał się z Sebastianem do klubu, ale żadna dziewczyna nie potrafiła zainteresować go. Sebastian z racji, że był z Wiolettą i był jej wierny, to również łasy na wdzięki dziewczyn nie był. Długo w klubie więc nie zostali. Marek za to zaprosił go wraz z Wiolettą na weekend do Latchorzewa.  
W sobotę rano Marek pojawił się pod blokiem, gdzie mieszkała Ula i pojechali na zakupy. Oprócz działów przemysłowych odwiedzili i dział spożywczy. Zakupy z Ulą przebiegły szybko, bo dokładnie wiedziała co kupić i ile, aby Marek nie wyrzucał resztek do kosza. Obiecała również pomóc mu w przygotowaniu grilla dla Wioli i Sebastiana. Sama również została zaproszona na weekend. W podzięce za wszystko, co robiła Ula dostała mały prezent. Pozytywkę w kształcie czterolistnej koniczyny.


-Nie musiałeś mi nic kupować- mówiła, ale mało przekonująco,  bo drobiazg podobał się jej.
-Wiem Ula, ale chciałem. Ty kiedyś podarowałaś mi kamień księżycowy mój szczęśliwy amulet, to chciałem odwdzięczyć ci się w podobny sposób. Oby przyniosła ci szczęście tak jak mi przyniósł twój kamyk.
-Na pewno Marek- mówiła z wiarą. Będę nakręcała ją zawsze, gdy będzie mi smutno. I dziękuję. 
-To ja dziękuję, że pomagasz mi i we fundacji. 

W drodze do Latchorzewa wstąpili do schroniska po psa. Wybór padła na brązowego niedużego psa Bruna, który swoją obecność ogłosił wesołym szczekaniem. Od jednego z opiekunów dowiedzieli się też, że poprzedni właściciel zmarł i pozostawił po sobie czteroletniego pieska i dwuletniego kota Jakuba. Oba zwierzaki żyli ze sobą w zgodzie i dobrze byłoby zaadoptować je razem. Kotek okazał się przytulnym mruczkiem i od razu zaczął łasić się do Uli, wyczuwając w tym szansę dla siebie. Godzinę później po załatwieniu wszystkich spraw, dokupieniu kuwety, żwirku, misek i jedzenia dla kota jechali we czwórkę do Latchorzewa. Na miejscu Bruno od razu trafił do kojca a Jakub na czas adaptacji do nieużywanego jeszcze pokoju. 



Po nakarmieniu kur, królików, psa i kota zajęli wypakowywaniem sprawunków i zajęli się przygotowywaniem obiadu oraz sałatki i mięsa i na grilla. Wiola i Sebastian pojawili się natomiast o piętnastej.
-Dom pobudowałeś, drzewo zasadziłeś, to pozostało ci spłodzić syna Marek- stwierdził Sebastian, rozglądając się po pomieszczeniu.
-A my kobiety później musimy sprzątać, podlewać i wychowywać- odparła mu Ula. —Reguła stara, jak świat.
- Nie zapomnij Ula, że ich trzeba również wychowywać- odezwała się Wioletta.
-Do tego jesteście stworzone- odparł Sebastian.
-Typowe męskie myślenie- oburzała się Kubasińska. —Najlepiej zrobić z kobiety kurę domową, żeby was obsługiwała.
-Dla mnie lepsza kura domowa Wioluś, niż taka, która nie umie włączyć pralki automatycznej. 
-A później idziemy w odstawkę, bo harując jak te dzikie mrówki w domu i pracy starzejemy się, a nasze miejsca zajmują piękne i młode kobiety. Tyle mamy z poświęcania się za prowadzenie domu. Dobrze mówię Ula.
-Nie można wszystkich wrzucać do jednego worka- odparła dyplomatycznie, nie chcąc wchodzić między nich. —Twoi rodzice i Marka są wiele lat ze sobą i jest dobrze. I nie ma tak, żeby tylko jedna strona była winna.
Marek tymczasem przysłuchując się ich rozmowie i patrząc, jak Ula krząta się pomiędzy częścią kuchenną i jadalnią, ponownie przypomniał sobie ostatnie spotkanie z Pauliną.  Słuchając ich, zazdrościł również przyjacielowi miłości i że ma kogoś koło siebie z kim może toczyć spory.
-Ula dobrze mówi- kontynuował Olszański. —Z biegiem lat z czarodziejek zmieniacie się w czarownice i stąd te nieporozumienia i kłótnie- mówił, patrząc na Wiolettę. —Prawda Marek?
-Nie obraź się Seba, ale mi życie jeszcze miłe- odparł, widząc mściwe miny dziewczyn. 
-Faceci- odezwała się ponownie Wioletta.  —Z biegiem lat oni nie dziecinnieją Ula, tylko zmieniają się z misiaczka w prosiaczka. 

Popołudnie i wieczór spędzony we czwórkę upłynął im już bez zgrzytów i w przyjemnej atmosferze. Wiola i Sebastian jako goście odpoczywali, a Ula z Markiem zajęli się grillem i resztą potraw. Głównie to Ula krążyła od kuchni do dworu i pilnowała, aby wszystko było na czas na stole. Sebastian przywiózł również zgrzewkę piwa dla siebie i Marka oraz wino dla Wioli i Uli.  Wypite trunki dały o sobie znać i zrobiło się również wesoło. Przed dziesiątą, aby nie przeszkadzać sąsiadom, z ucztowaniem przenieśli się do domu. Tam Marek i Sebastian zajęli się oglądaniem siatkówki a Ula z Wiolą swoimi babskimi sprawami.
Następnego dnia rano, gdy Marek pojawił się w kuchni Ula już tam była. Stała przy oknie z kubkiem kawy, patrzyła na wschód słońca i wyglądała przepięknie tak zamyślona. Z urody zawsze mu się podobała i miał ochotę na znacznie inne relacje niż służbowe i koleżeńskie. Teraz dodatkowo ubrana była w błękitny szlafroczek, który odsłaniał jej zgrabne łydki, a pasek w talii podkreślał jej kibić. Chwilę później odwróciła się do niego i posłała uśmiech. W tym krótkim momencie poczuł, że na jej uśmiech i powitanie, serce zabiło mu mocniej.
-Cześć Marek. Obudziłam cię?
-Cześć. Nie, nie obudziłaś.  
Może po związku z tobą takiej kobiety zaczęły mnie interesować i potrzebuję takiej kury domowej- kołatały mu w głowie własne słowa. A we czwartek brakowało mi Uli, a nie kogoś do rozmowy. I pasuje tutaj jak ulał.  Te trzy dni pod wspólnym dachem były wspaniałe. Tak jak nasze wizyty we fundacji. Ani razy nie miała focha. Nawet najmniejszego niezadowolenia. Nie wiedziałem nawet, że tak może być.
Kolejne godziny niedzieli jeszcze bardziej utwierdzały go w przekonaniu, że czuje do Uli znacznie więcej niż koleżeństwo czy przyjaźń. Z wyznaniami tego, co czuje postanowił jednak poczekać tydzień, aż sprawa pokazu się nie zakończy. Bał się reakcji Uli i że przeszkodzi, to w przygotowaniu do pokazu. A to, o czym mówił mu Sebastian od paru dni, Paulina załatwiła jedną wizytą.  


Po weekendzie na Marka spłynęło sporo niespodzianek. Już rano w poniedziałek zadzwonił do niego Aleks i oznajmił mu, że poznał piękną Peruwiankę i chce swój pobyt w Ameryce przedłużyć. Przy okazji dowiedział się, że babcia Pauli wyrzuciła ją z domu w Mediolanie, bo ta przyprowadziła znajomych, którzy wynieśli parę cennych rzeczy.  Z góry zastrzegł również, że Paulina nie ma korzystać z jego mieszkania. Krótko po jego telefonie odwiedziła go w biurze Julia i opowiedziała o wspólnym nieudanym mieszkaniu z Pauliną. Okazało się bowiem, że Paulina godzinami zajmuje łazienkę, nie sprząta po sobie, nie robi zakupów i tylko rozkazuje jej pomocy domowej i chodzi niezadowolona z powodu hałasu, bo Julia mieszkała na pierwszym piętrze obok ruchliwej drogi.  Z braku lepszego pomysłu na uwolnienie Julii od Pauliny Marek postanowił zakwaterować ją na tydzień w hotelu, a później wysłać ją na dwa tygodnie do Tunezji. Z takiego obrotu sprawy Febo była jak najbardziej zadowolona. Szybko jednak spotkała ją niemiła niespodzianka, bo Marek opłacił jej tylko nocleg, a za inne usługi hotelowe musiała płacić ze swojej kieszeni. Podobnie było z Tunezją. Dał jej tylko bilet, foldery i wytyczne hotelu, a kwestia finansów było jej sprawą. O tym, co będzie później z Pauliną na razie nie myślał, bo miał ważniejsze sprawy.



On tymczasem mógł ze spokojem przygotowywać się do pokazu, który miał odbyć się w najbliższą sobotę. To zaś powodowało, że musiał zostawać z Ulą po godzinach w pracy. Obojgu to jednak nie przeszkadzało, bo oznaczało dłuższe przebywanie w swoim towarzystwie. We środę wrócili z sanatorium Dobrzańscy i Marek razem z Ulą pojechali do nich przywitać się i opowiedzieć o przygotowaniach do pokazu. Gdy już rozsiedli się, to Helena nie wypuściła ich bez kolacji, tylko posadziła obok siebie i dogadzała. Widziała bowiem, jak patrzą na siebie i że Ula pomagała Markowi w domu i we fundacji. Zwłaszcza to drugie było dla niej miłe.



W piątek po pracy spotkała Ulę miła niespodzianka. Marek bowiem zaprosił ją na kolację do Książęcej.  Chciał podziękować jej w ten sposób za pomoc w przygotowaniu pokazu i uczcić koniec przygotowań. Tuż po wyjściu z lokalu, gdy przechodzili przez park pojawiła się obok nich dziewczynka z koszyczkiem z kwiatami.
-Kwiaty dla ładnej pani, proszę pana- zagadnęła.
-Chętnie- odparł, wręczając dziewczynce dwadzieścia złotych. —Proszę Ula to dla ciebie- dodał po chwili, wręczając jej bukiecik fiołków.
-Dzięki Marek. Są słodkie- mówiła, wąchając kwiatki.
-Ula to dobry moment, aby, aby- zaczął, próbując znaleźć odpowiednie słowa.
-Na co? -zapytała, nie doczekawszy się dokończenia zdania.
-Może usiądziemy tutaj na chwilę? -spytał, prowadząc w stronę jednej z ławek. —Chciałem powiedzieć ci dopiero jutro po pokazie, ale teraz jest odpowiedniejszy moment Ula- mówił, biorąc za rękę. —Chciałbym, żeby między nami było inaczej- wyrzucił z siebie. —Ostatnie dni były takie cudowne. I wiele zrozumiałem. Jesteś dla mnie kimś ważniejszym niż przyjaciółką. Zakochałem się w tobie. Dasz mi szansę na bycie twoim chłopakiem? -zapytał prosto. —Chciałbym spotykać się z tobą, po pracy, patrzeć na ciebie, słuchać cię, rozmawiać. Czuję, że wiele nas łączy.
-Zaskoczyłeś mnie- odparła z bijącym sercem.
-Nie musisz odpowiadać od razu Ula- wtrącił. —Tylko pomyśl o tym.
-Nie muszę myśleć, bo czuję to samo i chcę tego samego- rzekła, patrząc mu w oczy.
-Czyli mam szansę? -zapytał niepewnie.
- Tak Marek. Zakochałam się w tobie tuż przed twoimi niedoszłymi zaręczynami. Chciałam nawet odejść z pracy, aby nie musieć cierpieć. Później, gdy nic nie wyszło z zaręczyn, zaczęłam znowu marzyć. Zwłaszcza po tym, jak zabrałeś mnie do Latchorzewa. Zakochałam się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia.
- I pasujesz tam jak żadna inna Ula- stwierdził, gładząc po brodzie. —A ja byłem chyba ślepy przez te miesiące, gdy już poznałem cię, a dalej byłem z Pauliną. Później po rozstaniu z Paulą lepiej też nie było. Dopiero w ostatnią niedzielę, gdy byłaś u mnie, zrozumiałem swoje uczucia. Stałaś przy oknie i nie mogłem oderwać oczu od ciebie. A gdy spojrzałaś na mnie, to moim ciałem przeszedł dreszcz i wiedziałem, że się zakochałem. Nigdy do tej pory nie kochałem i było to dla mnie coś nowego Ula.
-Pamiętam. Patrzyłeś wtedy tak dziwnie na mnie- mówiła drżącym głosem, a spowodowanym pieszczotą Marka i wyznaniami. — Myślałam, że rozbierasz mnie w myślach, a nie, że się zakochałeś.
-Poniekąd też rozbierałem Ula- przyznał się szczerze.  —Do tej pory tylko to mnie interesowało. Jak zaciągnąć dziewczynę do łóżka, a zakochałem się bez tego i nawet bez pocałunków. Tak szczerze. Kocham i jestem kochany- mówił, tuląc ją do siebie. —Ostatnie dni bez ciebie w Latchorzewie były takie puste-dodał, wpatrując się w jej twarz. —Brakowało mi wspólnych śniadań, wspólnie spędzonych popołudni i wieczorów.
-Wiem o czym mówisz- mówiła cicho.
-Mogę Ula? – zapytał, pocierając kciukiem wargę Uli.
Chwilę później, gdy kiwnęła głową, muskał Ulę w usta.
Ula całowała się już w swoim życiu, ale nigdy nie przeżywała coś takiego przyjemnego. Usta Marka były słodkie i pieściły jej usta, jakby robili to już wiele razy, a nie pierwszy raz.
Do mieszkania Ula wracała bardzo szczęśliwa. Marek bowiem odprowadzał ją, trzymając za rękę, a przed blokiem pożegnał się kolejnym delikatnym pocałunkiem. Tego wieczoru też Ula długo nie mogła zasnąć. Słuchając pozytywki, podarowanej przez Marka, myślała, że marzenia się spełniają. Tak jak i amulety przynoszą szczęście. Jej szczęście przyniosła pozytywka z koniczyną a Markowi kamień księżycowy, bo otworzył serce na miłość.



EPILOG

Dzień później odbył się pokaz kolekcji F&D Gusto. Kolekcja okazała się strzałem w dziesiątkę, bo tuż po zakończeniu na projektanta spływały gratulacje. W czasie bankietu natomiast Marek i Ula wyjawili sekret o łączącym ich uczuciu.  Kolejne dni zaś wypełnione były miłością, czułościami, spotkaniami i pocałunkami. Z oświadczynami Marek długo nie czekał, bo oświadczył się jej dwa tygodnie później, gdy poszli na kolejną przechadzkę po Latchorzewie. Miał to być ich dzień i ich szczęście, to odpuścili sobie organizowania hucznych zaręczyn. Uczcili je tylko szampanem i pierwszą wspólną nocą.
Ze ślubem postanowili poczekać do kwietnia, bo listopad był zbyt przygnębiającym miesiącem, później wypadał Adwent, w karnawale nie można było znaleźć wolnych terminów, a na kolejne tygodnie przypadał Wielki Post. W kwietniu natomiast dni były dłuższe i lepsza pogoda, aby udać się z Warszawy w podróż do panny młodej. To w rodzinnych stronach Uli zaplanowali sobie te najważniejsze dla nich chwile. Sam ślub miał mieć miejsce w kościółku w Rysiowie, a na wesele Marek zarezerwował zajazd, w którym niegdyś pomagała Ula. Wynajął go wraz z pokojami na sobotę i niedzielę, aby goście mieli, gdzie spać.

Paulina tymczasem w dalekiej Tunezji poznała bogatego Szkota. Mężczyzna był wdowcem po pięćdziesiątce z dorosłymi dziećmi, miał dużą posiadłość w Szkocji i tytuł lorda. Taki kąsek był dla niej zbawieniem i szybko zakręciła się obok mężczyzny. Zaręczyny, ślub i podróż poślubna były jak z bajki. Później nastała codzienność, bo na luksusy musiała zapracować. Stada, owiec i krów, przetwórstwo oraz hektary pól potrzebowały nakładu pracy. W dodatku posiadłość mieściła się z dala od dużych aglomeracji i otaczał ją jedynie wiejski krajobraz, wiejska sielanka i rozrywka.



Życie Uli Dobrzańskiej u boku męża w Latchorzewie było zgoła inne, bo żyła jak dama. Marek rozpieszczał ją i mieli sporo okazji na wspólne wyjścia, wyjazdy, spotkania z przyjaciółmi. Taki życie nie zrobiło z niej jednak zarozumiałej i leniwej kobiety, bo Ula miała czas na pracę, prowadzenie domu, zajmowaniem się mężem i córeczką Igą. Do tego ciągle wyglądała pięknie i zawsze była uśmiechnięta i życzliwa.

niedziela, 14 października 2018

Dama i wieśniaczka 5/6

-Do jasnej Anielki Wiola. Zapomniałam kluczy od mieszkania Ali- mruczała Ula, przeszukując torebkę.  
-I co teraz zrobisz bidulko? - pytała Wioletta. —Pojedziesz z powrotem do domu.
- Nie. Maciek mój sąsiad ma być w Warszawie we środę albo czwartek to mi dowiezie. A do tego czasu wynajmę sobie pokój w hotelu.  
-Cześć dziewczyny- odezwał się od drzwi Marek. —Dlaczego chcesz nocować w hotelu Ula? Ala wyrzuciła cię?
-Nie. Zapomniałam tylko kluczy od mieszkania Ali, a Ala poszła właśnie na urlop. (Ula mieszka u niej).
-U mnie możesz nocować- zaproponował z miejsca. —Oprócz mojej sypialni są dwa pokoje wykończone i do zamieszkania.
-Dzięki Marek, ale nie chcę wam przeszkadzać- odparła stanowczo.
-Czyli komu? Moim kurom i królikom?
-Paulinie i tobie.
-Paula nie mieszka już w Latchorzewie. Osobiście odwiozłem ją dzisiaj do jej apartamentu. I nawet gdyby dalej mieszkała, to i tak w niczym byś nam nie przeszkadzała.
-Serio mówisz- odezwała się Wioletta. —Pozbyłeś się jej.
-Mam nadzieję, że raz na zawsze.
- Rychło w porę Marek. Ona dla ciebie była jak te zawieszone koło młyńskie u szyi.  
-Dobrze ujęte Wiola.  A mi będzie miło cię gościć Ula. Poza tym za dwa tygodnie jest pokaz i mamy sporo pracy. Przypuszczam, że musielibyśmy po godzinach i tak pracować, to możemy zabrać pracę do domu. Tam będzie spokój i możemy popracować na dworze. Ciągle jest ciepło.
- Marek dobrze mówi- odezwała się Wiola. —Po co masz się po hotelach tułać.
-Podtrzymuję słowa Wioli- wtrącił Marek.
-Niech będzie -odparła w końcu. —Mogę przenocować u ciebie te dwie, trzy noce.
Po spotkaniu z dziewczynami poszedł do Sebastiana podzielić się dobrymi wiadomościami na temat Pauli.
-Odwiozłem właśnie Paulę do jej apartamentu- oznajmił mu od drzwi.
-Jednak dama nie dała zrobić z siebie wieśniaczki Marek.
-Nie było nawet pierwszego podejścia.
-Wiesz Marek, wczoraj wieczorem oglądaliśmy z Wiolą taki film, w którym jedna dziewczyna sfingowała napad na siebie i porwanie, aby wzbudzić zainteresowania chłopaka. Może z Pauliną było tak samo. Trochę to dziwne, że napadli ją akurat w tydzień po wyjeździe brata i gdy twoi rodzice są w sanatorium.
-Gdyby nie ucierpiała na tym jej ręka i palec to byłoby to całkiem możliwe Seba. Zresztą mało ważne czy sfingowała, czy nie, ale ważne, że pozbyłem się jej.
-To może uczcimy dzisiaj wieczorem twoje drugie, rozstanie z Pauliną- zaproponował.
-Dzisiaj nie bardzo.  Muszę zająć się Ulą.
-I dopiero teraz mi mówisz- wtrącił.  
-Dopiero co stało się to faktem. Po prostu Ala wyjechała na urlop, a ona zapomniała kluczy od jej mieszkania i nie ma gdzie nocować. Zaproponowałem nocleg u siebie.
-Bardzo mądrze Marek- rzekł, poklepując po ramieniu. — I warto wykorzystać ten czas.  Wieczorny spacer, romantyczna kolacja, dobra komedia romantyczna. To działa na kobiety.
-My raczej będziemy pracować- hamował jego zapędy. —Najpierw ja byłem chory później ona na urlopie, to nazbierało się nam zaległości a pokaz tuż, tuż.
-Nawet przy pracy może być romantycznie Marek- przekonywał Sebastian. — Musisz tylko postarać się o odpowiedni nastrój. Może to, że zapomniała kluczy to znak, że jest wam pisane. 

Ula tymczasem ciągle analizowała, to co powiedział Marek.
Jeszcze godzinę temu moje życie rysowało się w czarnych kolorach i chciałam odejść z pracy, a teraz znowu zaświeciło słońce i czuję się jakbym była w siódmym niebie. Marek i Paulina nie wrócili do siebie, tylko pomieszkiwanie Pauli w Latchorzewie było przysługą ze strony Marka. Chociaż nie oznacza to, że zainteresuje się od razu mną.  Szansa jednak jest. Muszę tylko być sobą.
Napisane zaś przez nią wypowiedzenie z pracy znalazło miejsce w niszczarce do papieru.

Dzień pracy Uli i Markowi mijał szybko, bo pracy mieli sporo. Głównie byli w rozjazdach, bo trzeba było omówić szczegóły co do cateringu, prasy, drukarni. Segregowali również pracę na tę, która musiała być zrobiona we firmie i na tę która mogła poczekać do popołudnia. Po piętnastej Marek zapakował jej walizkę do bagażnika swojego samochodu i pojechali do Latchorzewa.


Pojawienie się zaś Uli u boku Marka zdziwiło sąsiadów. Zwłaszcza że przez ostatni tydzień mieszkał z narzeczoną. Nikt jednak o nic nie pytał a oni, jak gdyby nic rozłożyli się z pracą na jednym z balkonów. Praca zajęła im całe popołudnie, a po szóstej Marek zarządził koniec pracy.
-Ty Ula odpoczywaj, a ja zajmę się kolacją- rzekł, wstając. —Powiedz tylko, co byś zjadła. Zapiekankę makaronową, lazanię czy spaghetti?
-Nie rób sobie kłopotu Marek. Wystarczą mi kanapki.
-Żaden kłopot Ula- wtrącił. —Poza tym lubię gotować dla kogoś, a ostatnio nie mam ku temu okazji.
-Kolejny ukryty talent Marek?
-Co ma znaczyć ten kolejny?
-Po talencie niani. Dzisiaj po mistrzowsku uspokoiłeś tę dziewczynkę w parku.
-To był mój, nie chwaląc się, mały urok osobisty. To co byś zjadła?
-Może być ta lazania, ale uprzedzam, nie może być tam ryb. Jestem uczulona na ryby i wszelkie owoce morza.
-Nie będzie. Tylko kurczak i warzywa.
Po ponad godzinie lazania była gotowa i mogli zasiąść do stołu.
-Niebo w gębie Marek- zachwaliła po pierwszym kęsie. —To Paulina nauczyła cię robić włoskie dania?
-Nie – odparł krótko i z niechęcią. —Paula praktycznie nie gotowała. A powinna gotować, skoro ona siedziała cały dzień w domu, a nie ja.
-Nie wszystkim klimat kuchni odpowiada- usprawiedliwiała ją.
-Jej klimat nie był w ogóle domowy. Nie gotowała, nie sprzątała, nie miała pojęcia o rachunkach, zakupach czy naszej pani od sprzątania. Interesowały ją zakupy własne, salony piękności i koleżanki. Rozumiem, że są kobiety, które pracę przekładają nad dom, ale ona nic nie robiła w domu ani nie chodziła do pracy.
-Czyli z niej ta trzecia grupa kobiet. Wiecznie niezadowolona humorzasta księżniczka niemająca pojęcia o życiu.  
- Dobrze powiedziane Ula. Nie mówmy jednak o niej. To przeszłość, do której nie zamierzam wracać. Co powiedziałabyś na spacer po kolacji? Pójdziemy przez las, to może znajdziemy jakieś grzyby.
- Chętnie Marek. W Rysiowie często chodziłam wieczorami na długie spacery. Lepiej się później śpi.


Spacer zmierzchem po okolicy sprzyjał zwierzeniom. Marek, choć Ula dużo wiedziała, to opowiedział historię Pauliny, jej rodziców i życia z nią. Ula zaś mówiła o czasach, gdy żyła jej mama i tych późniejszych po jej śmierci, kiedy to na nią spadło większość obowiązków domowych.
-Zasługujesz na same pochwały Ula- rzekł z respektem, gdy skończyła opowiadać. —Mało która osiemnasto- dziewiętnastoletnia dziewczyna swoje najlepsze lata poświęciłaby na zajmowanie się domem i niemowlęciem. Masz całkiem inne poglądy na życie niż Paulina. Paulę po śmierci rodziców interesowało tylko współczucie i litość. Czasami trzeba było jej ustępować, bo stał się sierotą. Gdyby była mała, to jeszcze zrozumiałbym ją, ale miała tyle samo lat co ty, gdy wydarzył się ten wypadek.
-Po prostu ona straciła oboje rodziców a ja tylko mamę- próbowała usprawiedliwić ją. —To jest różnica. Poza tym ja nie miałam czasu na współczucia. Niemowlę wymagało opieki i zajmowanie się Beatką skutecznie usuwało użalenie się nad losem. Z kolejnymi tygodniami, miesiącami i latami było nam coraz łatwiej i wracała radość z życia. Cieszyła mnie pierwsza cała przespana noc, pierwsze słowo Betti La, czyli Ula i pierwsze jej kroki.
-Za to również cię cenię Ula. Umiesz cieszyć się życiem. Nie tak jak Paula, która cieszy się tylko zabawą w dobry towarzystwie, a nie drobnostkami.  Gdy coś nie idzie po jej myśli albo nie podoba się, to chodzi nadąsana. Zwłaszcza tutaj nie podobało się jej, że pokój jest bez łazienki, a w łazience zamiast dużej wanny jest prysznic. Była tu ponad tydzień a zdążyła umilić życie- rzekł sarkazmem. —Na szczęście wyniosła się razem ze swoimi tobołami.
-Po firmie krążyły plotki, że wspólne mieszkanie, to próba powrotu- zagadnęła delikatnie. 
-Słyszałem, ale nie mam zwyczaju zajmować się plotkami- odparł błaho. —Chyba że chodzi o coś ważnego. Tak, jak wtedy z oskarżeniami Pauliny, że mi donosisz. Wtedy ingeruję. I z tego, co mi wiadomo już pół firmy wie, że się wyniosła.
-Tak jaki i to, że zaproponowałeś mi nocleg. Jutro będzie o tym całkiem głośno w firmie.
-Pogadają tak, jak o moim mieszkaniu z Paulą i przestaną Ula. Nie ma się czym martwić.
-Oby. To co Marek wracamy? Robi się coraz ciemniej.
-Spokojnie Ula. Nic ci nie grozi. Wilków tu nie ma. Tylko dziki, lisy, sarny i ja.
Pomimo długiego spaceru Ula w nocy i tak długo przewracała się z boku na bok, a powodem tego była świadomość, że za ścianą śpi Marek. Gdy w końcu zasnęła, to śniło się jej, że spędza z Markiem popołudnie na zakupach i kupuje sobie pierścionek.  

Następnego dnia Ulę obudził iście wiejski klimat, bo pienie koguta, ćwierkanie ptaków i szczekanie psów, a przez jej okno zaglądało wschodzące słońce zza lasu.  Pomimo tego, że było dopiero po szóstej, to wyszła z łóżka i podeszła do okna. Widok, jaki ujrzała, był urzekający. Szumiący las, sarny na polanie i ostatnie tego lata bociany chodzące po łące.  Dojrzała również Marka, który wyszedł pobiegać. Gdy zniknął jej z pola widzenia, to szybko ubrała się i zeszła do kuchni zrobić śniadanie. Po drodze wyliczyła sobie też, że Marek powinien wrócić tak za półgodziny, aby zdążyć na ósmą do pracy. Choć lodówka Marka jak na samotnego mężczyznę był doskonale zaopatrzona, to wybrała na śniadanie coś prostego i zrobiła grzanki i jajecznicę. Jajka znalazła w lodówce, a po szczypiorek poszła do małego ogródka. Po drodze oprzątnęła kury i króliki. Po powrocie z dworu włączyła Express do kawy i zajęła się resztą śniadania. W międzyczasie włączyła laptopa i sprawdziła w senniku Internetowym, co oznacza kupowanie pierścionka.
Jeśli we śnie kupujesz pierścionek, to oznacza to, że uda ci się zdobyć miłość osoby, którą kochasz- wyczytała w senniku. Pierwszy sen na nowym miejscu jest podobno proroczy- pomyślała z radością.
 Gdy Marek wrócił z porannego biegania od progu domu, przywitał go zapach kawy, jajecznicy i grzanek. Ula zaś ubrana już do pracy zbiegała z góry i spotkali się w korytarzu.
-Witaj Ula. Co tak apetycznie pachnie? -pytał, wciągając głęboko zapachy. —Kawa na pewno. Chyba jeszcze grzanki i jajecznica.
-Cześć. Dokładnie to.  Pozwoliłam sobie zrobić śniadanie i zająć się kurami i królikami. Są nakarmione i mają czystą wodę.
-Nie musiałaś Ula. Jesteś tutaj gościem, a nie pomocą domową- zaprotestował lekko.
-Wiem, że nie musiałam, ale chciałam.  Wczoraj ugościłeś mnie tak ładnie w czasie kolacji, to chciałam się odwdzięczyć- mówił mu, idąc z nim w stronę kuchni. —Chyba nie gniewasz się, że rozgościłam się w twojej kuchni i obejściu?  
-Ani trochę Ula- odparł, podnosząc pokrywkę z patelki.  —Tak szczerze to nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś przygotowywał mi śniadanie.  Nie licząc ostatniego pobytu po szpitalu u rodziców. I jest to bardzo miłe.
-Czyli pytać o Paulinę i jej śniadania nie ma sensu? -pytała, nalewając kawę.  
-Ani o śniadania, obiady czy kolacje- odparł, nakładając jajecznice na talerze. — Paula przez cały tydzień pobytu tutaj nie zatroszczyła się o mnie tak miło. Spała, gdy wychodziłem i nie mam pojęcia, o której wstawała. Prędzej lepiej też nie było.
-Ja robienie śniadania mam poniekąd we krwi. W domu przygotowywałam dla całej rodziny i tym bardziej było mi miło przygotować tutaj- mówiła, siadając naprzeciw niego. — I smacznego Marek.
-Smacznego- odparł, przełykając pierwszą porcję jajecznicy.

Tak jak przewidywała Ula w czasie wieczornego spaceru, tematu pomieszkiwania u Marka nie dało się ominąć. Nie było to jednak nic jednoznacznego w odniesieniu do niej. Jej koleżanki bowiem bardziej interesowało to, jak mieszka Marek niż sam fakt nocowania u Marka.  Bardziej zainteresowany był Sebastian, który chciał dowiedzieć się szczegółów.


-Było znacznie lepiej niż z Pauliną- opowiadał w czasie wyjścia na lunch.  —Nie marudziła, zrobiła dzisiaj śniadanie, posprzątała po nim i zdążyła wyszykować się do pracy na czas. A wczoraj wieczorem byliśmy na spacerze i pogadaliśmy trochę. Jeśli dalej będzie tak dobrze, to polubię takie kumpelskie przyjacielskie mieszkanie z Ulą.
-I to bardzo dobry początek Marek na coś więcej między wami- przekonywał Olszański. —Przyjacielskie relacje, spacery, wspólne posiłki. Działaj małymi kroczkami, aby nie przestraszyć Uli, a zainteresujesz ją swoją osobą. 
- A ty swoje- odparł z niezadowoleniem.
Wtorkowe popołudnie w Latchorzewie było równie udane co poprzednie. Po przyjeździe wspólnie zajęli się gotowaniem obiadokolacji i oprzątaniem kur i królików. Później razem pozmywali naczynia i posprzątali kuchnię. Wieczorem zaś ze względu na deszcz oglądali telewizję.  Wieczorem Ula dowiedziała się również, że Maciek przyjedzie jednak we czwartek. Ta wiadomość ucieszyła ją, bo oznaczała kolejne popołudnie w towarzystwie Marka.

Kolejny dzień pracy zaczęli od przejrzenia poczty tej zwykłej, jak i elektrycznej. Zajęci pracą nie zauważyli, kiedy w drzwiach pojawiła się głowa Wioli.


- Mam nadzieję, że przeszkadzam kochani- rzekła im z uśmiechem. —Tak zamknięci razem od rana.
-Nie Wiola. Nie przeszkadzasz w niczym- stwierdził Marek.
-Pytam, bo spotkałam w holu Paulę- wyjaśniła, wchodząc do środka. —Pytała Anię czy już jesteś. Szła już tutaj, ale zatrzymał ją jakiś telefon od Paoli. Gdybyś był zajęty, to powiedziałabym, że jesteś zajęty. Chociaż twój tok myślenia o przeszkadzaniu mi się podoba.
-To tak powiedz Wiola, że jestem zajęty-odparł, omijając skomentowania ostatniego zdania.
-Może lepiej porozmawiasz z nią i będziesz mieć to z głowy- zawyrokowała Ula. —Później może cię ciągle nachodzić. Ja poczekam u siebie.
Chwilę później Febo pojawiła się w gabinecie Marka. W drzwiach, gdy mijała się z Ulą, rzuciła jej wrogie spojrzenie.
-Musimy porozmawiać- zaczęła od drzwi. —Trzeba opróżnić nasz apartament do soboty.
-Twój Paulino- wtrącił. —Ja tam nie mieszkam. I jak rozumiem umowy nie przedłużyłaś- dodał.
-Nie zamierzał płacić tyle za wynajem- odparła, siadając na kanapie na miejscu Uli. —Do czasu powrotu Aleksa zamieszkam u Julii, ale nie ma tyle miejsca, aby przechować wszystkie rzeczy. Są tam przecież sprzęty i wyposażenie kupione przez nas.  
-Przeze mnie kupione- sprecyzował. —Tyle mogę zrobić dla ciebie. Przy okazji odzyskam swoje kino domowe. Coś jeszcze? -  zapytał, wstając, aby odprowadzić do drzwi.
-Słyszałam, że znalazłeś sobie nową lokatorkę- rzekła z wyraźną pogardą. —Nawet tam pasuje.
-To nie twoja sprawa Paula kto mieszka u mnie– odparł z oburzeniem.
- Czyli kolejny związek- prychnęła. —Nigdy takie kury domowe cię przecież nie interesowały.
- Może, po związku z tobą zaczęły interesować mnie takie kobiety Paulino.  I masz rację. Zamierzam rozpocząć coś nowego z Ulą. To moje życie.
-Znudzi ci się jak każda- odparła, odchodząc. 



poniedziałek, 8 października 2018

Dama i wieśniaczka 4/6



Marek w szpitalu został kolejnych pięć dni, w czasie których Ula dzieliła czas pomiędzy wizytami u niego i pracą z panem Krzysztofem. Z seniorem źle się jej nie pracowało. Dawny prezes był wymagający, ale umiał również docenić jej pracę, wiedzę i kompetencję. Był dla niej również życzliwy, czasami dawał rady i sam uczył się czegoś od młodego pokolenia. Z uśmiechem na twarzy opowiadał również o początkach firmy i kłopotach, jakie z żoną mieli i mają z Markiem.  Ona zaś wszystko to, co mówił, pochłaniała jak gąbka wodę i słuchała jak Beatka bajki.



Do samego Marka przychodziła codziennie. Głównie były to wizyty służbowe, bo przynosiła papiery do podpisu, ale i był czas na prywatne rozmowy. Z każdym dniem Marek nabierał też więcej siły, kolorów i zaczął się uśmiechać.  W czwartkowe popołudnie pojawiła się ponownie w szpitalu. Gdy weszła do sali to słodko spał i mogła popatrzeć chwilę na niego. Zwłaszcza że pacjent obok również odpoczywał, a trzecie łóżko było puste. Widok śpiącego Marka spowodował, że miała ochotę pogłaskać go po policzku. Myśli te szybko wyrzuciła z głowy i zamiast tego przysunęła sobie krzesełko i pogłaskała delikatnie w dłoń.
- Ula- rzekł, jak tylko poczuł jej dotyk i otworzył oczy. —Dobrze, że jesteś, bo nudzę się trochę. I z góry mówię ci, że mnie nie obudziłaś.
-Fakt. Tak myślałam. Wyglądałeś jakbyś spał.
-Takim muśnięciem dłoni miałabyś obudzić mnie Ula? Niemożliwe. To z czym przyszłaś tym razem?
-Z soczkiem marchwiowo- bananowym, czekoladkami i książką. I jestem tu całkiem prywatnie. Twój tato był tak miły, że dał mi wolne do końca dnia.
- Cały tato. Wczoraj był u mnie po pracy i nie mógł nachwalić cię Ula.
-Teraz wiem skąd ta wczorajsza moja popołudniowa czkawka Marek- mówiła, patrząc wymownie na niego. —Wiesz już, kiedy wypiszą cię?
-Pewnie w sobotę a później dostanę ze dwa tygodnie wolnego. Fizycznie nie pracuję to starczy. A gdy wrócę do pracy to dam ci tydzień wolnego. Tato mówił, że pracujesz na zdwojonych obrotach. Obiecałem ci zresztą przy podpisywaniu umowy dłuższe urlopy.
-Chętnie skorzystam Marek. Mam zaległości w domu i ogródku.
Rozmowę przerwał im pan Sławek Kubiak, szef ekipy budowlanej jego domu, który przyszedł z katalogiem mebli kuchennych. Z wyborem szafek, blatów i dodatków łatwo mu nie szło, bo wszystko jak to w katalogach wyglądało zachęcająco.
-Ty co byś wybrała? -spytał w końcu Ulę. —U ciebie w domu kuchnia była taka przytulna.
-Mogę tylko dać ci małą sugestię Marek, bo ty będziesz tam mieszkał, a nie ja i to ty musisz czuć się tam dobrze- argumentowała. —Tym bardziej że kuchnia to serce domu. Ja wybrałabym funkcjonalne ustawienie i aby było dużo miejsca na blatach. Mnie osobiście podoba się ta wersje- dodała, pokazując jedną z kuchni z przeciętną ceną.



-Muszę przyznać, że pana znajoma ma dobry gust- odezwał się pan Sławek. — Żadnego przepychu tylko sama subtelność. Ten zestaw zdecydowanie lepiej pasują do pana kuchni niż ten wybrana przez panią Paulinę. Żona próbowała ją odwieść od jej pomysłów, ale nie udawało się jej.
-Paulina miała od dziecka wygórowane cele i musiało wszystko być z najwyższej półki panie Sławku. Nawet jeśli chodzi o kuchnię, z której i tak nie miałaby korzystać.
-Pan się nie obraź się, ale żona powiedziała mi, że wasze relacje były tak złe, że było do przewidzenia, że się w końcu rozstaniecie- rzekł szczerze pan Sławek. —Pan miał swój pomysł, a ona go torpedowała.
-Chyba wszyscy o tym wiedzieli tylko nie ja – odparł bez urazy. —To, co Ula, skoro tak dobrze poszło ci z kuchnią, to może pomożesz mi z resztą domu? Spotkalibyśmy się we czwórkę po moim wyjściu ze szpitala i ustalili kolory ścian, paneli, wybór mebli. Ja, ty pan Sławek i jego żona. Jest dekoratorką wnętrz i mogłybyście stworzyć coś fajnego razem.
-To nie jest dobry pomysł Marek- mówiła sceptycznie.
-Choremu odmawiasz Ula- wtrącił.
-To jest szantaż- rzekła z wyrzutem.
-Tylko mała perswazja Ula- odparł z uśmiechem.



 Po wyjściu ze szpitala Marek dostał jeszcze zwolnienie lekarskie i na czas rekonwalescencji   przeniósł się do rodziców. Po kolejnym tygodniu zaczął pokazywać się we firmie i na budowie swojego domu w Latchorzewie. W czasie pierwszej wizyty zabrał tam i Ulę, aby mogła spotkać się z panem Sławkiem i jego żoną.
Latchorzew okazał się dużą wioską, położoną dwadzieścia kilometrów od Warszawy i bardziej przypominał przedmieście Warszawy niż wioskę.
- Zaraz dojedziemy Ula- mówił, gdy skręcał w ulicę majora Hubala Dobrzańskiego. —To na końcu ulicy.
-Przypadkowa zbieżność nazwisk Marek? – zapytała, czytając nazwę ulicy.
-Nie Ula. Były działki na innych ulicach, ale nazwisko Dobrzański zaważyło.
Dom Marka okazał się nieduży, ale usytuowany na dużej posiadłości i przy lesie.  Było też dużo drzew, zadbany trawnik i zagospodarowane skwery z kwiatami i innymi roślinami.


-I jak Ula? -zapytał, gdy wyszli z samochodu.
-Bardzo ładny. Taki rodzinny i ciepły- rzekła, rozglądając się po otoczeniu. —I nie obraź się Marek, ale Pauliny tutaj jednak nie widziałabym. Nie ten styl i okolica.
-Fakt. Paula, gdy dowiedziała się, że tu zamierzam budować się, to od razu zaprotestowała- odparł bez urazy na jej szczerość. —Dopiero gdy powiedziałem jej, że wiele warszawiaków ma tu swoje dacze i nie wyprowadzimy się z apartamentu na zawsze, nieco spotulniała. Później chciała narzucić swój projekt na dom. Sprowadziła najlepsze katalogi z zagranicy i nie zważając na koszty, zaczęła planować, jak ma wyglądać dom i urządzać kolejne pomieszczenia. Ja chciałem, żeby było przytulnie, a ona nowocześnie i z  katalogu.
-I ja mam ci pomóc w stworzeniu ciepłego domku?
-Dokładnie. Razem z panią Kasią i panem Sławkiem.
-No tak. W co ja się pakuję- wymruczała. —A ile masz pomieszczeń?
-Na dole jest kuchnia, salon, mały pokój i łazienka a do góry cztery sypialnie w tym dwie z łazienką i dodatkowo osobno toaleta. Na razie jednak chcę urządzić tylko dół i jeden pokój na górze. Resztą zajmę się później.
Spotkanie z państwem Kubiak mijało miło i szybko, bo tym razem Marek był bardziej zdecydowany niż przy wyborze kuchni.  Na koniec spotkania pan Sławek powiedział, że za dwa tygodnie Marek będzie mógł wprowadzić się do domu.
Po spotkaniu z nimi pojechali na kolację. Kolacja w towarzystwie Marka była spełnieniem jej marzeń, choć głównie rozmawiali o pracy i o Marka domu.
-Planuję parapetówkę Ula- oznajmił jej w czasie drogi. —Tak za miesiąc. Ty już możesz czuć się zaproszona. Najpierw jednak rodzice muszą wrócić z sanatorium i czeka nas jesienny pokaz.   
-Trochę boję się go- odparła z obawą. — Co będzie, jeśli kolekcja nie spodoba się publice i przyniesie straty?  Przecież to z mojej inicjatywy Pshemko zgodził zająć się tym.
-Będzie dobrze Ula. Już jest dobrze, bo Aleks przestał patrzeć nam na ręce, a Paulina siedzi w Mediolanie. Będzie jeszcze lepiej, gdy Aleks wyjedzie na te swoje wakacje do Ameryki Południowej. Cały miesiąc bez niego i jego knuć. Możesz sobie to wyobrazić.
-Na pewno będzie spokój i szybciej. Szkoda, że na przyszłość nie można tego wykorzystać.
-Ula dobrze jest, jak jest. I jakby powiedziała Wiola koniowi w zęby lepiej nie zaglądać.

Paulina tymczasem, dalej próbowała zdziałać coś w sprawie ich związku i po jego wyjściu ze szpitala pojawiała się u Dobrzańskich. Ci jednak ku jej rozczarowaniu postanowili nie wtrącać się w ich sprawy. Ciągle bowiem mieli do niej pretensję, że przekładała zaręczyny nad zdrowie ich jedynaka. W dodatku dowiedziała się o zablokowanym wspólnym koncie bankowym. Korzystała z niego, nie zważając na umiar i teraz gdy została odcięta od łatwych pieniędzy na wydatki i przyjemności, wprawiło w złość. Po firmie zaś rozniosła się prawda o niedoszłych zaręczynach i że to Marek już w piątek podjął decyzję o odwołaniu ich. Zmęczona atmosferą wokół niej wyjechała w końcu do Włoch na miesiąc Po powrocie w apartamencie na Siennej czekała na nią niespodzianka. Administrator budynku zostawił jej bowiem wiadomość, że z końcem miesiąca kończy się umowa za wynajmowane mieszkanie i ma opuścić je do końca miesiąca albo podpisać nową umowę. Tu zaś czekała na nią kolejna niemiła niespodzianka, bo okazało się, że musiałaby płacić za miesiąc wynajmu apartamentu sporą kwotę i wpłacić kaucję za kwartał. Nigdy takimi sprawami i rachunkami nie zajmowała się i był to nie lada problem dla niej.  Biuro administratora znajdowało się w pobliżu F&D, to po spotkaniu z nim poszła do firmy i Marka. Od brata wiedziała bowiem, że Marek wrócił do pracy po trzytygodniowym zwolnieniu.
-Co się takiego stało, że pojawiasz się tak nagle? -zapytał zniechęceniem na jej widok.
-Zablokowałeś nasz wspólne konto, a teraz pozbawiasz mnie mieszkania- rzuciła od drzwi. —Administrator powiedział mi, że miałeś podpisać nową umowę i nie zrobiłeś tego.
-Nie podpisałem, bo nie mieszkam tam od miesiąca i nie zamierzam wracać- odparł spokojnie, szykując się do wyjścia. —A na konto wpływały głównie moje zarobione pieniądze. Ty nie zarabiałaś.
-Tylko że teraz przez twoje widzimisię mam kłopoty– mówiła, pomijając jego odpowiedź. —Mam podpisać nową umowę albo opuścić je do końca miesiąca. To wypada za trzy tygodnie. Wiesz, ile chce ten zdzirus?
- Wiem. Dziesięć tysięcy na miesiąc plus media.  I, gdybyś choć raz zainteresowała się rachunkami, to byś wiedziała.
- Zostawiłeś mnie z dnia na dzień, bez środków do życia to oszczędź sobie chociaż złośliwości- wtrąciła kąśliwie.
- Biedna nie jesteś Paula, więc nie narzekaj- odparł, cedząc słowa. —Masz pokaźną sumkę po rodzicach i z zysków. Pomijając to, że znam twoje miesięczne wydatki na ubrania, kosmetyki, koleżanki, jedzenie i wychodzi prawie tyle samo. Naucz się w końcu prawdziwego życia i na własny rozrachunek.  I przede wszystkim zacznij oszczędzać. Ja ci w niczym nie pomogę. Zawsze możesz wynająć sobie coś mniejszego na wyższym piętrze. Może w trzech tysiącach coś znajdziesz.
-Jak to sobie wyobrażasz? Mam mieszkać w jakiejś kawalerce? – pytała z oburzeniem.
-To zapłać za apartament. Za luksus trzeba płacić Paula. Teraz wybacz, ale wychodzę na lunch- dodał, otwierając przed nią drzwi.

W przeciwieństwie do Pauliny życie Marka bez niej odpowiadało mu. Robił, co chciał, z kim chciał i gdzie chciał. Zwłaszcza po tym, jak wyprowadził się od rodziców i wprowadził do swojego domu. Jego nastrój psuł tylko fakt, że Sebastian więcej czasu poświęcał Wioli niż jemu.


-Teraz gdy ja zyskałem wolność, ty ładujesz się w związek- mówił z żalem w czasie pobytu w klubie.
-To znajdź sobie kogoś Marek. To, że Paulina ciągle kontrolowała cię, robiła awantury i tak ogólnie zatruwała życie, nie znaczy, że będzie tak samo.
-Tylko skąd mam przewidzieć, jaka będzie ta kolejna.
-Zainteresuj się Ulą- zasugerował wymownie. —Wiem od Wioli, że nie zostawiła nikogo na wschodzie.  Gdy wróci z urlopu, to zaproś ją gdzieś.
-No nie wiem Seba. Obrazi się jeszcze.
-Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa Marek. I nie mów mi, że nie robi na tobie wrażenia- dodał, widząc niezdecydowaną minę przyjaciela. —Twoje byłe sekretarki były mniej atrakcyjne, a interesowałeś się nimi. I co najważniejsze Ulka ma spokojny charakter. Nawet Wiola swoim gadaniem nie jest w stanie wyprowadzić z równowagi.
-Fakt podoba mi się i ma miłe usposobienie- odparł z uśmiechem, sięgając równocześnie po dzwoniący telefon.
-I tego potrzeba ci po rozstaniu z Pauliną Marek. Kobiety spokojnej.
-O wilku mowa- odparł, spoglądając na telefon. —Paulina. Nie widziałem jej od tygodnia, gdy była u mnie w biurze z tą awanturą o apartament.
-(…)
-Dzwoni ze szpitala. Paulinę ktoś napadł- oznajmił mu Marek.
Do szpitala pojechali razem. Tam na izbie przyjęć spotkali Febo. Siedziała na krzesełku z temblakiem na ręce.
-Co ci się stało konkretnie? -zapytał Marek.
-Byłam na zakupach a później, gdy szłam ulicą, napadło mnie jakichś dwóch drabów. Broniłam się, ale wykręcili mi rękę i wzięli torebkę, pierścionki, zegarek.
-W takich wypadkach lepiej oddać dobrowolnie niż się bronić- odparł jej Sebastian. —Nie wiesz o tym?
-Nikt nie pytał cię o nic, to się nie odzywaj- odrzekła mu nieuprzejmie.
-A co miałaś w torebce? - zapytał Marek, aby uspokoić byłą narzeczoną.
-Telefon, dokumenty, klucze, karty i z pięć tysięcy w portfelu. Karty już zastrzegłam. Musisz pomóc mi przez trzy, cztery dni Marek. Po wyjeździe twoich rodziców i Aleksa ty mi zostałeś, a sama boję się być. Mógłbyś zabrać mnie do swojego domu i przenocować parę dni. Poświęciłam tyle serca budowie- dodała na koniec teatralnym tonem.
-Tylko bez takich scen Paula- wtrącił. —Byłaś tam zaledwie pięć razy w ciągu dwóch lat.

 Jej pomieszkiwanie w Latchorzewie od początku było nieudane, bo Marek ulokował ją w małym pokoju na górze bez łazienki, a przyzwyczajona była do lepszych warunków. Jej niezadowoleniu dodał również fakt, że dowiedziała się, że to Ula wybrała kuchnię i pomagała w urządzaniu innych pomieszczeń. Pobyt przedłużał się również, bo z trzech, czterech dni przeciągnął się do tygodnia i nic nie zapowiadało, aby miała wyprowadzić się w najbliższych dniach. W dodatku zaczęła być miła i zajmować się domem, bo po jego powrocie z pracy, było posprzątane i ugotowane.  To zaś było dla Marka od początku podejrzane i wyjaśnił sprawę w dwa dni.
-Było tak, jak przypuszczałem Seba- opowiadał dzień później. —Gdy przyjechałem nieoczekiwanie z pracy, to zastałem w kuchni jedną z sąsiadek gotującą obiad, a Paulina leżała w salonie z maseczką na twarzy.  Nieźle była zaskoczona moim pojawieniem się tak szybko.
-Chyba naprawdę myślała, że jesteś tak głupi, żeby nabrać się na jej przemianę- mówił, śmiejąc się ironicznie. —Musisz jednak dalej uważać. Jeszcze zamelduje ci się w domu i nie pozbędziesz się jej- ostrzegał go —Albo do łóżka wejdzie.
-Spokojnie. Mam plan. Dzisiaj wyjeżdża na weekend do koleżanki, a jak wróci, będzie czekała na nią niespodzianka. Zagrody z kurami i królikami Seba. Tuż pod jej oknem. A jak to nie zadziała, to we wtorek przybędzie kuc. Zawsze chciałem mieć kuca. Mam nadzieję, że taki mały przychówek zwierząt wykurzy ją na dobre.  Paulę zbierającą jajka albo dającą marchewkę królikowi, jakoś nie widzę.
Jej pomieszkiwanie u Marka komentowane było i w pracy. Sama Paulina postarała się o to, bo już w poniedziałek razem z nim przyjechała do pracy i demonstracyjnie pokazała. Ula również dowiedziała się dość szybko, bo niezawodne koleżanki zadzwoniły do niej z tymi wiadomościami. Ona sama przypomniała sobie słowa ze szpitala, gdy Paula powiedziała jej, że Marek zawsze wraca do niej. W poniedziałek rano więc jechała do pracy z niesmakiem i wypowiedzeniem z pracy.
Przewidywania Marka tymczasem, co do sprowadzenia zwierząt sprawdziły się, bo tuż po powrocie Pauliny w niedzielny wieczór, przysporzyły konflikt.


-To jest Puszek, a to Czaruś- powiedział jej, gdy pojawiła się na tyłach domu, a on karmił dwa króliki. —Kury na razie są bezimienne- dodał, pokazując trzy sztuki drobiu.  —Trzeba będzie zajmować się nimi Paula, gdy mnie nie będzie.  
-Jak to sobie wyobrażasz?- wtrąciła ostro. 
-Zwyczajnie Paula. Wchodzi się do kurnika i zbiera jajka, otwiera się klatkę i daje marchewkę albo liść sałaty. Kuca odpuszczę ci. We wtorek chcę kupić i sam się nim zajmę.
-Chyba żartujesz. Nie będę bawiła się w gospodynię wiejską- mówiła oburzonym tonem.
- Prawie cały dzień siedzisz w domu, to masz czas. I chcę przypomnieć ci, że nikt cię tu nie trzyma.  Masz swój apartament i gdzie mieszkać. A jeśli myślałaś, że coś się zmieni między nami, jak zamieszkamy na chwilę ze sobą, to się myliłaś.  
-Czyli stawiasz mi ultimatum? -zapytała obrażonym tonem.
-W rzeczy samej Paula- odparł klarownie.
Nazajutrz rano Marek do pracy jechał z zadowoleniem, bo razem z nim jechała Paulina i jej trzy walizki.