piątek, 21 lutego 2020

Hańba cz. 9

 W czasie, kiedy Marek zajmował się śledzeniem Sosnowskiego, Ula zastanawiała się nad swoim życiem i związkiem z Markiem. Jednego była pewna, że to interesujący mężczyzna. Zarówno ze strony urody, jak i inteligencji. Po odwiedzinach Jadzi z Mareczkiem doszły jeszcze inne walory. Marek okazał się być opiekuńczy i odpowiedzialny, gdy zajmował się chrześniakiem. Było jednak w nim coś, co ją niepokoiło. On był wysoko urodzony, a ona była jedynie szlachcianką i dziwiła się, że nie szuka sobie żony z wyższych sfer. Sama nawet nazywała siebie córką młynarza i piekarza. Była jeszcze kwestia co powiedzą inni. Zwłaszcza rodzina Marka i jego znajomi. Już teraz, choć nic ich tak naprawdę nie łączyło, słyszała plotki, że złapała jedną z najlepszych partii Warszawy. O rodzicach Marka mówiono wiele dobrego, ale tego, jak zareagują na matrymonialne plany syna, to trudno było jej wywnioskować. Nie wiedziała, tylko że Marek już powiedział rodzicom o niej i że są ciekawi jej poznania. Po środowych odwiedzinach Jadzi u Cieplaków Marek opowiedział im o całej wizycie i ponownie zaprosili do siebie Ulę. Najbardziej jednak Ula obawiała się jego reputacji i tego, że po ewentualnym ślubie się nie zmieni i dalej będzie szukał przygód u wdów czy mężatek ze sporo starszymi małżonkami. Ze swoimi obawami podzieliła się w czasie spotkania z przyjaciółkami.



-Muszę coś wam powiedzieć  -rzekła we wtorkowe popołudnie w czasie pobytu u Kubasińskich. —Marek spytał mnie, czy ma u mnie szansę.
-W końcu -wtrąciła Wioletta. —Sebastian mówił, że nigdy mu na żadnej dziewczynie tak nie zależało. 
 -Tylko że powiedziałam mu, że się zastanowię.
-Co mu powiedziałaś Ulka -wydukała Wiola.
-Że się zastanowię. Same wiecie, co o nim mówią.
-Gdyby ludzie słuchali wszystkiego, co inni mówią, to na świecie żyliby same zwaśnione osoby -stwierdziła Febo.  — Zwłaszcza jak chodzi o sprawy mariażu, to ludzie zdolni są do najgorszego. A Marek zdążył udowodnić ci, że mu zależy
-Paulina dobrze mówi -odparła Wiola. —No i ty zasłużyłaś na szczęście. 
-Zawsze możesz dać mu czas na sprawdzenie go -zasugerowała Febo.
-Dokładnie. Sprawdzisz, czy gra warta zmierzchu.  
Czyli mam dać mu szansę dziewczyny?
-Jak najbardziej -odparły obie.

W czwartkowe popołudnie Marek ponownie pojawił się u Cieplaków. Przyjechał niezapowiedziany i zaprosił Ulę na spacer.
-Co sprowadza cię do mnie Marek? Umówieni nie byliśmy.
-Czyli muszę się zapowiadać?
-Tak wypada. Mogłeś zastać mnie w papilotach, wytartym fartuchu i sabotach.
-Miałbym przynajmniej namiastkę tego, jak wyglądałabyś ewentualnie za parę lat albo rano po przebudzeniu.
-Ja chętnie obejrzałabym portret twoich przodków i zobaczyła, jak możesz wyglądać po pięćdziesiątce. 
-Mogę ci załatwić to od ręki Ula.  Masz zaproszenie na podwieczorek od rodziców i będziesz mogła przy okazji obejrzeć portret dziadka.
-Prawdę mówisz? Chcą mnie poznać?
-Absolutną prawdę. Opowiedziałem im o tobie i chcą cię poznać. Najlepiej po niedzieli. Do ciebie należy decyzja, kiedy przyjedziesz.
-Szybko. To ich pomysł czy twój?
-Ich. Rodzice są postępowi Ula. To przyjmujesz zaproszenie?
-Tak. Ale może zechcieliby przyjechać najpierw tutaj na odpust. Pani Ala nie widziała twojej matki praktycznie od czasu, jak skończyły szkołę i chętnie spotkałaby się z nią. Serdecznie zapraszam.
-Rodzice na pewno skorzystają. Tak w tajemnicy, to chcieli się wprosić na niedzielę. I dziękuję.  A Jadzie jeszcze raz kazała podziękować wam za gościnę. Polubiła cię.
-A ja ją. To niesprawiedliwe, że została dwa razy przez los skrzywdzona. Raz, że jest niema, a drugi przez Sosnowskiego.
-Właśnie Ula. Wczoraj nic nie mówiłem, ale sprawdziłem go i jego etui na zapałki, którego nie miał.
-Czyli to on?
-Na to wygląda Ula.
-Tylko jak mu udowodnić podpalenie.
 - Mam pomysł na zdemaskowanie go. Wysłałem mu list i napisałem, że wiem, że to on i że jeśli nie chce, żeby dowiedziała się o tym władza, to ma się spotkać ze mną i naszykować sto rubli.
-Myślisz, że haczyk połknie.
-Nie myślę, tylko wiem Ula. Poza tym moi koledzy mają go na oku, więc kontroluję, co robi.
-Może pominąłeś się z powołaniem i powinieneś zostać drugim Sherlockiem Holmesem, a nie zajmować się sprawami tkalni.
-Rola Casanovy bardziej by mi odpowiadała. Ale nie mówmy o nim. Przyjechałem tu do ciebie, a nie dla niego. Myślałaś o naszej ostatniej rozmowie?
-Myślałam i możemy dać sobie szansę, ale pod jednym warunkiem. Będę traktowana jako istota myślącą i mającą własne zdanie.
-Myślałem, że do tej pory już tak było Ula. Zawsze ceniłem twoją elokwencję i wiedzę.
-Z mężczyznami różnie bywa -odparła wymownie.
-Nie jestem drugim Sosnowskim.  Umiem uszanować kobietę.
-I tak powinno pozostać.
- Obiecuję. Bałem się, że zażądasz krokodyla.
-Wolałabym hawańczyka Marek.
-Pieska zamiast klejnotów? Ciekawe? Jak na kobietę masz nie za duże wymagania. 



Tymczasem w Warszawie Piotr bawił na przyjęciu u jednego z przełożonych. Jego tropem podążyli koledzy Marka Antek i Szczepan. Na samo przyjęcie niedane im było dostać się, ale do kuchni i pieca już tak. Ostatnio psuł się i mieli zlecenie na naprawę. Dzisiaj przyszli tylko obejrzeć, ale przy okazji udało się im trochę pokręcić po pokojach.  Już następnego dnia rano mieli dla Marka nowe ustalenia.
-Ten pistolet był dla jego szefa Marek. Dostaliśmy się do jego domu pod pretekstem naprawy pieca i przy okazji udało się podejrzeć, jak dawał w prezencie urodzinowym.
-Z jednej strony dobrze, że na mnie się nie szykuje, a z drugiej źle, bo nie wiem, co knuje a tego, że knuje, jestem pewien. Dzisiaj koniecznie pilnujcie go. Trochę go sprowokowałem, więc może się zdemaskuje.

W godzinę później Sosnowski otwierał list. 
Wiemy, że byłeś na miejscu pożaru u Cieplaków. Zapłać 100 rubli, a nikt się nie dowie, że to ty podpaliłeś magazyn ze zbożem i mąką.  Czekamy w poniedziałek o 20 w Parku Miejskim. Bądź sam.  
List wprawił go w zdenerwowanie. Z góry założył również, że za szantażem stoi Bartek Dąbrowski, bo tylko z nim widział się przed pożarem i przypomniał sobie, że częstował go papierosem i mógł zobaczyć jego etui na zapałki, które zgubił na miejscu pożaru. Na razie Dąbrowski był mu potrzebny na odpuście, ale później nie zamierzał cackać się z nim.
Po pracy poszedł na rynek, gdzie można było znaleźć chętnych zarówno do uczciwej pracy oraz takich na szybki nieuczciwy zarobek. Antek i Szczepan przytajeni usłyszeli sporo z rozmowy i wieczorem, kiedy już odprowadzili Sosnowskiego do domu, to zameldowali się u Marka.
-Spotkał się z dwoma podejrzanymi typkami Marek i mówił coś o wyjeździe do Rysiowa i jakimś Bartku -zrelacjonował Szczepan.  
-W niedziele jest tam odpust i chyba coś szykuje z nimi i z Dąbrowskim -wyjaśnił im swoje domysły. —Sam nie upilnuje Sosnowskiego w Rysiowie. Macie czas i ochotę pojechać na odpust i zabawę?
-Czego nie robi się dla przyjaciół z dzieciństwa -odparł Antek.

Spotkanie z Dobrzańskimi i odpust wiązała się z dylematem Uli, w co się ubrać.  Dlatego w sobotę w towarzystwie swoich koleżanek przeglądała zawartość swojej szafy.



-Dawno na nic i dla nikogo się tak nie stroiłaś -zagadnęła Paulina.
-Pierwsze wrażenie najważniejsze -odparła, przykładając do siebie kolejne sukienki.
-A swoją drogą Ula, skoro miesiąc po poznaniu Marka masz poznać jego rodziców, to znaczy, że traktuje cię poważnie -dodała Wiola.
-A i to , że jego rodzice Ula, chcą cię poznać -dorzuciła Febo. 
-Ja rodziców Sebastiana poznałam po pół roku Ula.
-Albo chcą dać mi do zrozumienia, że nie jestem dla ich syna.
-Przecież jesteś ładna, miła, inteligentna. Czego mogą więcej chcieć? -pytała Febo.
-Lepiej urodzonej. On hrabia, a ja szlachcianka. To trochę mezalians.
-Oni już dawno przestali z tytułem się obchodzić -oznajmiła Wioletta. —A ty mądrzejsza jesteś i lepiej wychowana nie od jednej panny z dobrego domu. Taka Marianna Wolska. Chodzi wyniośle, a smoła wychodzi jej z butów.
-Czyli myślicie, że nie powinnam się niczego obawiać.
-Dokładnie -przytaknęły obie. 


Niedziela i dzień odpustu w Rysiowie w końcu nadeszła.  Marek wraz z rodzicami, Jadzią i Mareczkiem przyjechał tuż przed sumą.


Kiedy stangret zatrzymał bryczkę, zgrabnie zeskoczył z niej i pomógł panią zejść. Później podszedł w stronę Uli, Wioletty oraz Pauliny i przywitał się z nimi. Dobrzańska w tym czasie witała się z Alą i ukradkiem patrzyła w stronę, gdzie idzie jej syn. Po szybkiej analizie spośród wyniosłej brunetki, frywolnej blondynki i trzeciej dziewczyny również blondynki, ale wyglądającej sympatycznie ta ostatnia spodobała się jej szczególnie. Kiedy syn w pierwszej kolejności z nią się przywitał, to uśmiechnęła się z zadowoleniem.
-Witaj Ula. Wyglądasz pięknie -rzekł na jej widok. —Mamie się spodoba. Nie lubi tych wysztafirowanych panien. Uważa, że dekolty i gołe ramiona godzi się dopiero mężatkom. Nie ujmując nic tobie Wioletta -dodał, słysząc kaszlącą Wiolettę i dając do zrozumienia, że palnął gafę.
-A tobie co się podoba Marek -zapytała podchwytliwie Ula?
-Ja nie patrzę na strój tylko na wnętrze Ula -odparł dyplomatycznie. —Mogę służyć ci ramieniem. Przedstawię cię rodzicom, a później pójdziemy na mszę.
Obawy Uli o niezaakceptowaniu jej przez rodziców Marka były bezpodstawne, bo już przy przywitaniu wyczuła życzliwość ze strony Heleny i Krzysztofa. 
-Cieszymy się, że możemy w końcu poznać cię drogie dziecko -mówiła  Helena. — Marek tyle opowiadał nam o tobie. I dziękujemy za zaproszenie na odpust.
-A ja dziękuję za zaproszenie do państwa. Dla mnie to zaszczyt.
-Jak dla nas. Jesteś pierwszą dziewczyną, którą nasz syn zdecydował się przedstawić rodzicom -oznajmił Krzysztof. —Widać, że mu zależy i jest szczęśliwy. Poza tym zmienił się na lepsze.
-Już same oczy Marka błyszczą szczęściem -dodała Helena. —A szczęście jedynaka dla matki jest najważniejsze. Dlatego nigdy nie narzucaliśmy mu żony. Nie chcieliśmy, aby przez nasze naciski był przez resztę życia unieszczęśliwiony.
-Mamo nie czas na takie rozmowy -wtrącił sam zainteresowany. —Za chwilę rozpocznie się msza.
Na dłuższą rozmowę nie było jednak czasu i dopiero w czasie obiadu w dworku Ali mogli porozmawiać dłużej. Po obiedzie oboje Dobrzańscy mogli z czystym sumieniem przyznać, że ich syn nie przesadzał mówiąc, że jego wybranka jest miłą, inteligentną i wrażliwą dziewczyną.



Popołudniem społeczność Rysiowa porozkładała koce na jednej z łąk i rozpoczęła się zabawa. Dzieci biegały za piłką, zajadały się słodkimi bułeczkami i rogalikami z piekarni Cieplaka, piły lemoniadę i jadły lody. Dorośli woleli coś bardziej konkretnego i raczyli się podpiwkiem oraz pieczoną kiełbasą. Do tańca przygrywała kapela, a dla dzieci zorganizowano konkursy z nagrodami. Ula z Markiem nie zważając na zawistne spojrzenia, bawili się również. Tańczyli, brali udział w zabawach dla dorosłych, spacerowali. Ich zażyłość zauważył i Sosnowski, który na zabawie pojawił się późnym popołudniem wraz z Eleonorą Wiśniewską i dwoma zbirami poznanymi dwa dni wcześniej. Bawić się nie zamierzał tylko zemścić na Dąbrowskim i skompromitować Marka w oczach Uli. Plan był prosty, bo gdy zacznie się ściemniać, Dąbrowski miał spróbować do szklaneczki Marka z jakimś trunkiem dorzucić odpowiednie środki odurzające.  Po nich Marek miał przestać panować nad swoim ciałem i umysłem. Sosnowski liczył, że może uda się mu rzucić Marka w ramiona Eleonory i postarać się, żeby Ula to zobaczy.
Z Bartkiem umówiony był na dwudziestą pierwszą, ale zamierzał spotkać się z nim prędzej i omówił, co ma zrobić. Nie mógł jednak nigdzie znaleźć go, a od jego kolegów dowiedział się, że od środy nie ma go  we wsi i zrezygnował z pracy. Jego nieobecność jeszcze bardziej przekonała Sosnowskiego, że on stoi za anonimem i że woli więcej zarobić na szantażu niż teraz na pomocy. On tymczasem postanowił zniknąć na jakiś czas z obawy, że jak wejdzie w jakiekolwiek kontakty czy interesy z Sosnowskim, będzie miał później problemy. Sosnowski próbował znaleźć również innych chętnych na szybki zarobek, ale nie udało się mu.  
Ula i Marek nie przewidując, że grozi im niebezpieczeństwo, bawili się beztrosko w towarzystwie swoich krewnych oraz rodziny Febo i Kubasińskich. Ich roześmiane twarze uwadze Sosnowskiego nie uszły i były gorzką pigułką do przełknięcia. Marek oprócz zajmowania się Ulą razem z kolegami, miał na oku Sosnowskiego. Nic jednak w rozmowie z miejscowymi chłopami i robotnikami podejrzanego nie widzieli.  W czasie krótkiej przerwy od muzyki i tańca Marek natknął się na Sosnowskiego.
-Co tu robisz? Nie mów, tylko że polubiłeś takie wiejskie zabawy? -pytał Marek.
-Zabawa jest dla wszystkich.  Jestem z Eleonorą.
-Wiem -odparł spokojnie. —Nie wiem, po co ją przywiozłeś i mówisz mi o tym? Jeśli myślisz, że w jakiś sposób będę zazdrosny, to się mylisz. Mam Ulę. Twoją Ulę. Eleonorę możesz sobie brać.
-Twoją Ulę. Ciekawe. Może zainteresowałeś się nią, bo miała być moją żoną.
-Zainteresowałem się nią, bo jest mądrą, ładną i interesującą dziewczyną. Do tego dobrą, miłą, rodzinną i idealne nadaje się na żonę i matkę. A to, że miała być twoją żoną to tylko mały bonus.
-Czyli miałem rację. Zrobisz wszystko, żeby odegrać się na mnie.
-Wygrywanie jest przyjemnością, ale nie chodzi mi o to.  Może dziwnie to zabrzmi, ale jestem ci wdzięczny, bo poniekąd przez ciebie poznałem Ulę. Po raz pierwszy poważnie myślę o ożenku. Teraz wybacz, ale Ula czeka na mnie -dodał, zostawiając go bez odpowiedzi.
Słowa Marka jeszcze bardziej go rozwścieczyły. Tak jak czuły gest Uli, gdy Marek usiadł obok niej. W krótkich paru sekundach wezbrała się w nim chęć pokazania Markowi, że Ula taka cnotliwa nie jest. Eleonora, która chwilę po odejściu Marka pojawiła się obok Sosnowskiego, zadowolona z pobytu na zabawie również nie była, bo Marek nie raczył nawet spojrzeć na nią, tylko zajmował się Ulą. 
 
CDN PO ZAPOWIEDZI ZAMIANA

sobota, 8 lutego 2020

Hańba cz. 8



 Kolejnego dnia już przy świetle dziennym ludzie przychodzili i oglądali zgliszcza magazynu i zastanawiali się nad przyczyną pożaru. Do pracy przystąpili i policjanci z ekspertem ze straży. Nic jednak konkretnego stwierdzić nie mogli, a Cieplakowi nie pozostało nic innego jak liczyć straty.
-Dobrze, że miałem wykupioną socjetę (Towarzystwo Ogniowe, czyli ubezpieczenie) -mówił przy śniadaniu do dzieci. —Zysku nie będę miał, ale ludziom za ziarno zapłacę.
-I że młyn nie poszedł z dymem tato -odparł ospale Jasiek.
-Poradzimy sobie -pocieszała i Ula. —Niedługo żniwa. Poza tym masz chyba w banku jeszcze coś odłożone. Rozrzutnie nie żyjemy.
-Właśnie kupiłem maszynę do młyna. I muszę odbudować magazyn, zapłacić robotnikom. Nie wiem, jak przez najbliższe miesiące będziemy rozporządzać pieniędzmi.
-Możesz o kredyt się postarać.
-Od tego wolę daleko się trzymać córciu.  Nikt dobrze na tym nie wyszedł.
-Jeśli trzeba, to zrezygnuję z posagu tato.
-Na to też nie mogę pozwolić. Wieczorem usiądziemy i policzymy. Teraz czas do kościoła iść.
Przez całą niedzielę, jak to bywa w nieszczęściach, mieszkańcy Rysiowa okazywali swoją solidarność z Cieplakami. Ci najbogatsi, czyli państwo Febo i Kubasińscy zaproponowali swoją pomoc finansową, a inni zgłosili chęć pomocy w odbudowie. Nauczyciel zaś, który tuż za płotem młyna posiadał nieużywaną stodołę, zgodził się nieodpłatnie wydzierżawić im pomieszczenie na tymczasowy magazyn.  Nawet Uli w rozmowie z koleżanki od tematu nie udało się uciec.


-I pomyśleć, że jeszcze wczoraj przed pożarem wspominałyśmy czasy, że jako piętnastolatki uczyłyśmy się tam tańczyć -rzekła Wioletta.
-W ogóle najlepsze nasze zabawy tam się odbywały -zaczęła wspominać Paulina. —Siano tak ładnie pachniało i tyle było miejsca. Kiedy twój ojciec postanowił zrobić tam magazyn i musiałyśmy przenieść się do ciasnej komórki, to nie było już to samo.
- A pamiętacie nasze wróżby? -wtrąciła Wiola. —Układanie butów i lanie wosku. Ty wygrałaś Ula i od tego czasu zaczęłaś wypatrywać kandydata na męża.
-Tylko że z lania wosku wyszedł mi habit.
-U mnie wyszła mapa Ameryki i wyobrażałam siebie jako misjonarkę, a nic z tego nie wyszło -dodała Wioletta.
-Ty Wiola to marzyłaś o księciu o smagłej cerze, ciemnych włosach i przenikliwym spojrzeniu -wytknęła Febo.
- Wszystkie marzyłyśmy o księciu, który ratuje nas z pożaru, od utonięcia albo narwanego konia -orzekła wymownie Kubasińska. —A jak na razie Ula jest najbliżej księcia
-Jak ja Wiola? Nawet kandydata na zwykłego chłopaka nie widać.
-A Marek -rzekły jednocześnie Wiola z Pauliną.
-Ostatnio tyle razy pojawiał się tutaj i uwolnił cię od Piotra -mówiła Wiola.  —To zawsze coś.
-Dzisiaj rano rozmawiał z ojcem o pomocy dla was -dodała Paulina. —Był bardzo przejęty sytuacją. Gdyby mu nie zależało, by się tak nie angażował.
-Znam go dopiero trzy tygodnie dziewczyny.
-Czasami to wystarczy Ula -argumentowała Paulina. —Zobaczysz, że wkrótce zacznie starać się o ciebie i może wróżba o zamążpójściu się sprawdzi.
-Ślub po tak krótkiej znajomości musiałby być romantyczny -rzekła z rozmarzeniem Wiola. —To taka miłość od pierwszego spojrzenia.
-Raczej podejrzany i ludzie patrzyliby na mój brzuch. Co innego wy. Sebastian zachodzi do ciebie Wiola od roku a Lew do ciebie Paula pół.
-Właśnie dziewczyny -rzekła Wiola. —Chodzi rok i nic, a wiecie, że jak kawaler odwiedza pannę zbyt długo i zwleka z oświadczynami, to później taka panna ma coraz mniejsze szanse u innego i jest zdana na klasztor albo życie u boku brata, albo siostry. Będę musiał coś wymyślić, żeby nie stało się tak ze mną.
-Ciekawe co? -kpiła Paula.
-Jeszcze nie wiem, ale wymyślę. O, o lisie mowa dziewczyny. Sebastian idzie tu. 



Ze względu na pożar Marek swoją wizytę z Jadzią i swoim chrześniakiem w młynie musiał przełożyć z niedzieli na inny dzień.  Z odwiedzenia samej Uli jednak nie zrezygnował i pojawił się u niej w porze podwieczorku. Ula z ojcem zajęci byli właśnie liczeniem strat i kosztów odbudowy.
-Trochę nam zabraknie tato -mówiła do ojca.  —Będziemy musieli jednak skorzystać z pomocy finansowej.
-Witam -przerwał im od progu Marek. —Jasiek mnie wpuścił.
-Dzień dobry. Liczymy właśnie straty.
-Tak słyszałem, jak Ula mówiła. Jeśli mogę w czymkolwiek pomóc, to proszę mówić.
-Dziękujemy -odparł Józef. — Miło wiedzieć, że kolejna osoba jest nam przychylna.  Proszę usiąść. W dzbanku jest świeża kawa i proszę ciastem się częstować.
-Wiadomo już co było przyczyną pożaru -pytał, gdy Ula  nalewała mu kawy?
-Pewnie jakaś butelka albo ktoś rzucił nieopodal niedopałek papierosa -mówił Cieplak.
-A nie myślał pan, że ktoś celowo podpalił magazyn.
-Tato nie ma wrogów -odezwała się i Ula. —A pan za dużo naczytał się Przygód Strażaka Sama.
-Byłem rano u państwa Febo i słyszałem, że w pobliżu znaleziono srebrne etui na zapałki. Może to jest trop.
-To prawda, ale gdzie szukać właściciela?
 -Piotr Sosnowski takie posiada? Ostatnio naraził się pan mu i wiem, że może być do wszystkiego zdolny.
-Myślisz, że to on? Mógł przecież kogoś spalić. Aż tak podły nie mógłby być -mówił z niedowierzaniem Cieplak.
-Może upewnił się, że magazyn jest pusty panie Józefie.
-Tylko jak to sprawdzić -zastanawiał się?
-Proszę mi to zostawić. Dowiem się czy ma coś z tym wspólnego.
-Miło z twojej strony, że chcesz się tym zająć -odparł Cieplak.
-Postaramy się oczywiście odwdzięczyć -dodała Ula.
-Może w ramach odwdzięczenia się mógłbym zaprosić cię jeszcze przed kolacją na spacer?
-Idź córciu -odezwał się Cieplak.
-Ludzie będą gadać -odparła słabym argumentem.
-Tak naprawdę to chciałbym oficjalnie starać się o twoje względy.
-Nie za szybko? Znamy się trzy tygodnie. Poza tym ojciec powinien mieć coś do powiedzenia w tej sprawie.
-Powiedziałem już Markowi, że nie będę przymuszał cię do ślubu z kimś konkretnym i tobie pozostawię wybór -rzekł Cieplak ku niezadowoleniu córki. 
-Ale o moich zamiarach powinien pan wiedzieć. 
-Jeśli o mnie chodzi, to byłbym szczęśliwy...
-Wyjść możemy, ale nic więcej nie mogę obiecać -wtrąciła Ula, zanim ojciec dobrze się nie rozkręcił w swataniu.

Ich spacer po okolicy wzbudził spore zainteresowanie wśród mieszkańców Rysiowa.  Nie było jednak zazdrości, bo obok Wioletty i Pauliny Ula była jedyną panną w okolicy dobrze urodzoną. Zainteresowanie wzbudzało tylko to, że Ula spaceruje z Markiem a jeszcze niedawno była mowa o Piotrze Sosnowskim.
-Nie ma to, jak Warszawa – rzekł Marek. —Tu spokojnie stu metrów przejść nie można, bo patrzą na nas. 
-Mówiłam, że tak będzie. Tylko oczywiście nikt mnie nie słuchał. Ani ojciec, ani pan.
-A jest tu jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy być sami?
-Nie wiem czy to dobry pomysł panie Dobrzański. Jeszcze bardziej będą gadać.  
-Mogłabyś przestać mówić mi pan. Staje się to męczące. Jesteśmy prawie w dwudziestym wieku, a nie na początku dziewiętnastego albo jeszcze prędzej. Staropolska tytulatura wychodzi z mody.
-A kto mówi do mnie ciągle per panno.
-Ja się z tobą przekomarzam Ula. Marek jestem i tak zwracaj się do mnie. Może tu usiądziemy Ula -zaproponował, wskazując miejsce przy wodzie.
-Tu przychodzą pary, które … .
-Tym lepiej, bo chcę, żebyś pomyślała o tym, co mówiłem twojemu ojcu Ula.  Jestem pod wrażeniem twojej inteligencji i urody. Nigdy do tej pory nie miałem okazji spotkać tak uroczej dziewczyny i byłbym szczęśliwy móc oficjalnie stać się twoim kawalerem.
-Ten tekst to z jakiegoś poradnika? -pytała, gdy usiedli. —Wydaje się być taki powszechny.
-Kto jak kto, ale ja nie muszę uczyć się konwersacji z kobietami z poradnika.  Mam to z natury Ula.  Uroda jeszcze mi pomaga.
-Skromnością nie grzeszysz. A urodą i samą konwersacją do siebie mnie nie przekonasz.
- Mogę wszystko powiedzieć inaczej. Jesteś pierwszą dziewczyną, która nie trzyma się zasad, nie chichocze denerwująco, mówi o tym co inna panna bałaby się nawet pomyśleć i co najważniejsze nie nudzę się przy tobie.
-Tak lepiej. Nie jestem przynajmniej tuzinkowa.
-Czyli mam szansę na coś więcej?
-Pomyślę -odparła teatralnie. —Na razie nie mówię nie.



Nazajutrz Marek zajął się Sosnowskim i popołudniem poczekał na niego w parku, aż nie wyjdzie z pracy.
-Słyszałem, że zrobiłeś hałas Jadzi w parku -rzekł mu zagradzając drogę ucieczki. —Jeszcze raz usłyszę o czymś takim, to będziemy inaczej rozmawiać.
-Ja umowy nie złamałem. Ludzie plotkują o tym dzieciaku.
-Plotkują, bo umieją myśleć i dużo widzą -odparł mu Marek.
-Można prosić o ogień -zagadnął ich obcy mężczyzna.
-Nie palę -odparł mu Marek.
-A na zapałki i piwko -nalegał włóczęga.
-Daj mu ognia. Palisz -dodał do Sosnowskiego.
Sosnowski nic nie przypuszczając, wyciągnął zapałki bez etui, a Marek miał swój dowód. Na udowodnienie mu winy mogłoby być jednak to mało, bo równie dobrze mógł użyć innych zapałek.
-Tylko dokładnie wygaś, a nie rzucaj zapałki, gdzie popadnie. Ogień zaprószysz.
-Kim jesteś, żeby mi rozkazywać -pytał opryskliwie?
-Nie słyszałeś, że wczoraj Cieplakom spłonął magazyn w czasie zabawy -nawiązał do prawdziwego celu spotkania.
-Ktoś ich podpalił czy nieszczęśliwy wypadek?
-Podobno szukają winnego, bo mają już jakiś mocny dowód. Wracając do Jadzi, to masz z dala omijać park, do którego chodzi. A przynajmniej przed południem. Zrozumiałeś?
-Jeśli nie to co? Na pojedynek mnie wezwiesz? -pytał z odważnie.
-W samej rzeczy panie Sosnowski -odparł bez cienia wahania.
Po rozstaniu z nim poszedł na spotkanie ze swoimi kolegami z dzieciństwa.
-Antek świetne przebranie -mówił, klepiąc przyjaciela po ramieniu. Sosnowski nie powinien rozpoznać cię później. Teraz z tego, co wiem, poszedł do domu, ale co będzie później robić, muszę wiedzieć. Macie po dwa ruble na wypadek, gdyby trzeba było gdzieś płacić albo dojechać dorożką.
-Interesy z tobą to przyjemność Marek -odparł Szczepan.



Kolejnego dnia koledzy Marka mieli dla niego pierwsze ustalenia. Przyszli do niego z samego rana do domu.
-Wczoraj wieczorem w kawiarni Kryształowa i spotkał się z jakąś kobietą. Elegancka w kapeluszu z innym akcentem. Ciemne kręcone włosy, brązowe oczy.
-Wdowa po Leśniewskim -mruknął. —Ciekawy jestem co go łączy z nią.
-Za daleko siedzieli Marek, aby coś usłyszeć -wytłumaczył Szczepan. —Później odwiózł ją na Kopernika pod ten dom na końcu ulicy. Jutro dalej mamy go śledzić?
-Do odwołania. Coś knuje i muszę wiedzieć co.
Eleonorę Leśniewską znał całkiem dobrze, bo jeszcze za życia jej męża miał z nią przelotny romans. Trzy lata temu wróciła z mężem bankierem do Polski z Francji i spotkali się na jednym z przyjęć.  Była rok młodsza od niego, bardzo elegancka i przy poznaniu zataiła fakt posiadania męża. O istnieniu pana Leśniewskiego dowiedział się po paru upojnych spotkaniach z nią. W dodatku dowiedział się, że chciała wykorzystać go do spełnienia marzenia jej męża o potomstwie. Po śmierci męża liczyła na coś więcej, ale on nie zamierzał ciągnąć tego związku, bo dokładnie wiedział, że zależy jej na majątku Dobrzańskich i że jedynym mężczyzną w jej życiu nie byłby. Już sam fakt zdradzania czterdziestoletniego i sprawnego męża stawiało ją w złym świetle. Jego rodzice również nie widzieliby w swojej rodzinie wdowy po człowieku, który po stracie majątku strzela sobie w głowę.


Sosnowski tymczasem postanowił załatwić sobie na czas pożaru alibi w postaci czasu spędzonego z Eleonorą. Przy okazji namówił ją na wizytę w Rysiowie na odpuście i małą zemstę na Marku.

We środę Marek pojawił się wraz z Jadzią i Mareczkiem w młynie.  Oprócz młyna obejrzeli jeszcze króliki, kury, cielaka, małe kotki i kucyka. Chłopiec, oglądając te wszystkie stworzenia piszczał z zadowoleniem i pytał Marka i Ulę o wiele spraw. Jadzia tymczasem zainteresowała się ogrodem Uli i kwiatami. Mieszkając jeszcze na wsi u Dobrzańskich, zajmowała się bowiem kwiatami pani Heleny i teraz miała dla Uli kilka dobrych rad. Sama powiedzieć nie umiała, więc Marek służył jako tłumacz albo pisała swoje rady na kawałku papieru. Po godzinnej wizycie Ula już lubiła tę dziewczynę i jej synka i było to uczucie odwzajemnione. Poza tym Jadzia, która od dziecka miała wyostrzony dar spostrzegawczości, szybko zauważyła, że między Ulą a Markiem jest coś więcej niż znajomość. Taki obrót sprawy jak najbardziej odpowiadał jej, bo zawsze bała się, że Marek za żonę może wybrać sobie kogoś, kto źle będzie patrzył na znajomość męża z niepełnosprawną dziewczyną z nieślubnym dzieckiem na dodatek. Na koniec spotkania Cieplakowie zaprosili Jadzię z synkiem na niedzielę na obiad i odpust. Po odejściu gości zaś Ula mogła powiedzieć to samo co kiedyś jej ojciec. Jadzia była miłą i inteligentną młodą dziewczyną.

Wieczorem  koledzy Marka mieli nowe ustalenia.
-Był najpierw w sklepie ze starociami i oglądał żołnierzyki. Chciał jedne kupić, ale były zbyt pospolite czy coś takiego -oznajmił mu Szczepan.
-On tak jak ty zbiera żołnierzyki i bawi się w wojny -zapytał drugi kolega.
- Nic mi nie wiadomo Antek.
-Później to dopiero się działo Marek -mówił Szczepan. —Był w sklepie z bronią i oglądał broń z czasów Powstania Listopadowego, a później szable. W końcu kupił jedną pukawkę. Nie wiem, co on kombinuje, ale uważaj na niego.
-Ale ja wiem. Chyba na poważnie wziął moje słowa.

niedziela, 2 lutego 2020

Hańba cz. 7


W piątkowe późne popołudnie Marek umówiony był z Sebastianem w Warszawie na placu Zamkowym obok Kolumny Zygmunta. Spotkania właśnie w tym miejscu i o godzinie osiemnastej od paru lat był ich rytuałem.  Dawali sobie również półgodzinny czas spóźnienia na wypadek jakiś nieprzewidzianych okoliczności, a okazji na powiadomienie siebie nawzajem nie było. Godzina i czas nie były też przypadkowe, bo większość co bogatszych kawalerów rozpoczynała właśnie wtedy ponad dwudniową zabawę w licznych klubach Warszawy. Z tą różnicą, że od czasu jak Olszański zaczął odwiedzać Wiolettę, to piątek był jedyną okazją na spotkania z przyjacielem.  Sobotnie wieczory Sebastian poświęcał już wyłącznie Wioletcie i bawił się na wsi. W niedzielę natomiast jak przystało, przychodził pod kościół, odprowadzał do domu i zostawał na obiedzie u Kubasińskich. Marek miał natomiast trochę inny rozkład tych dni i zazwyczaj spędzał je w mieście w klubie. Wyjątki stanowiły tylko sobotnie przyjęcia bogaczy. Zarówno tych miastowych, jak i mieszkających w okolicznych wioskach. W oczekiwaniu na pojawienie się przyjaciela przeglądał właśnie kolejne dwa zaproszenia.


-Co tak studiujesz przyjacielu -zagadnął znienacka Olszański.
-Witaj. Zaproszenia na przyjęcia do Andrzejewskich i Wróblewskich.
-Katarzyna Andrzejewska właśnie zadebiutowała, a panna Klotylda Wróblewska skończyła szkołę i jej brat szuka jej męża -oznajmił wymownie.
-Domyśliłem się Seba, że chodzi o ich krewne i aliaż. Tyle razy przechodziłem przez to.
-To weź raz czy drugi Ulę na przyjęcie, to przestaną ci podsyłać córeczki, siostry, kuzynki.
-Tylko że jestem sam zapraszany.
-Szprynce jedne. A jak poszło ci z panem Cieplakiem? Twój plan pojawienia się w towarzystwie Jadzi udał się?
-Chyba tak. Jutro jeszcze raz odwiedzę go i spytam o Ulę. A jakby miała dłużej przebywać u ciotki, to list wyślę do niej i napiszę co i jak z Sosnowskim i całą sprawą.
-To w końcu znalazłeś chętnych do pilnowania doktorka?
-Jurto tym się zajmę. Mam dwóch kolegów z dzieciństwa i liczę, że mi pomogą. To synowie jednego z chłopów, ale bawiliśmy się razem. Teraz są zdunami i praca mocno ich nie ogranicza. 
-Nieźle się napaliłeś. A co do jutra Marek, to jutro w Rysiowie jest zabawa z okazji dwusetnej rocznicy urodzin założyciela Rysiowa pana Jana Rysia. Przyjdziesz?
-Pewnie. Nie odmówię sobie zabawy w twoim towarzystwie Seba. Teraz zapraszam cię do klubu Paryżanka. Mają tam pokaz kankana. Tancerki są podobne bardzo dziarskie.
-Słyszałem i teraz ja nie odmówię Marek -odparł z uśmiechem.



Dzień później tak jak planował, poszedł z rana na mały placyk, gdzie można było znaleźć zatrudnienie na cały sobotni dzień i szczodrze zarobić. Od samego wejścia zaczepiany był przez osoby chętny do pracy, ale on szukał konkretnych osób. Szczepana i Antoniego kolegów z dzieciństwa szybko znalazł. Oboje byli zdunami i pracowali na własny rachunek.
-Panicz tu -zagadnął jeden z nich.
-Antek wiesz, że nie lubię, jak się mówi do mnie w ten sposób.  Mam coś dla was i dobrze płacę. Zapraszam na piwo i pogadamy.
Do budki z piwem daleko nie było, bo wystarczyło przejście przez jezdnię i Marek wkrótce mógł przejść do konkretów.
-Trzeba mieć kogoś na oku. Konkretnie to Piotra Sosnowskiego i czy nie spotyka się z pewnym mężczyzną.
-Tego lekarza?
-Dokładnie tak. Coś kombinuje za moimi plecami.
-Jeśli trzeba doktorowi dać w…
-Nic z tych rzeczy Szczepan -wtrącił. —Będę musiał jeszcze wyciągać was z kozy. Załatwię sprawę bardziej cywilizacyjnie. Wystarczy mi wiedzieć czy po pracy nie spotyka się z Bartkiem Dąbrowskim. To taki rosły chłopak z nie za ciemnymi włosami i grzywką zaczesaną na czubek głowy.
-Możesz liczyć na nas Marek -zapewnił Antek.
-Cieszę się. Najlepiej jakbyście zaczęli od poniedziałku.
-W planach nie mamy nic, więc może być poniedziałek -dodał Szczepan.
-Jakby co to wiecie, gdzie mnie szukać. A tu macie zaliczkę -rzekł, dając banknoty.
-Wielkie dzięki Marek -odparł Antek. —Przyda się. Dopiero na przyszły tydzień umówieni jesteśmy na budowę kilku pieców w kamienicy.

Po udanym spotkaniu jeszcze przed południem zawitał do Cieplaków. Józefa nie musiał nawet szukać, bo przechadzał się po swoich włościach.
-Kłaniam się panie Józefie -rzekł na przywitanie. —Przyszedłem spytać, kiedy córka wraca.
-A to ty. Witam. Zapraszam na salony.
-Dziękuję, ale ja tylko na chwilę. O Ulę chciałem tylko spytać.
-Ulcia już wróciła, ale pojechała do sklepu z Beatką. Może dobrze, że jej nie ma, bo chciałem porozmawiać z tobą o córce.
-Wiem, że chce wydać pan Ulę za Piotra Sosnowskiego, ale ja mam jak najbardziej uczciwe zamiary panie Józefie -wtrącił, zanim coś więcej powiedział. 
-Kiedyś chciałem, ale już nie. Dowiedziałem się o pewnych rzeczach, które w złym świetle go stawiają.
-Rozumiem. Czyli mogę starać się o rękę córki i nie jest pan przeciwny?
-Tylko że obiecałem Uli, że nie będę już więcej narzucał jej kawalerów. Wiem, że wtedy w stodole do niczego nie doszło, a ty zachowałeś się honorowo. Stawia cię to w dobrym świetle.
-Ja wiedziałem od samego początku, ale byłem na przegranej pozycji. Poza tym Ula powiedziała, że wolałaby pójść nad staw niż poślubić Piotra lub barona Młoczyńskiego, a do tego nie mogłem dopuścić.
-Bardzo szlachetne. Mało którego mężczyznę byłoby na coś takiego stać.
- Kiedyś Jadzia chciała zrobić coś podobnego i niemal w ostatniej chwili znalazłem ją.
-Wiem już o nim i o Jadzi. To Piotr jest ojcem małego Mareczka.
-No tak. Miała być to tajemnica, ale coraz więcej osób komentuje.  Ale przynajmniej poznałem pana córkę. Mogę więc starać się o jej rękę. Jest interesującą dziewczyną.
- Jeśli o mnie chodzi, to masz moje przyzwolenie, ale o zdobycie jej serca musisz sam się postarać. Bardzo uparta jest.
-Dziękuję panie Cieplak. Myślę, że dam sobie radę.

Po pożegnaniu z Cieplakiem zastanawiał się nad swoją nową sytuacją. Zagrożenie ze strony Józefa i Piotra minęło, ale chęć posiadania czegoś, co i Sosnowski chciał mieć pozostała. Poza tym dokładnie wiedział, że kiedyś przyjdzie mu ożenić się i mieć potomka, a Ula jak na razie była najodpowiedniejszą kandydatką. Niebrzydka, inteligentna i czuł do niej coś do tej pory mu nieznanego. Na spotkanie z Ulą długo nie musiał czekać, bo gdy przechodził przez mały ryneczek, dostrzegł ją na rowerze wraz z Beatką.



-Witaj -rzekł, gdy tylko zatrzymała się obok niego. —Byłem właśnie u panny ojca i powiedział mi, że tu mogę cię znaleźć.
-Dzień dobry. Co robił pan u ojca?
-Chciałem dowiedzieć się, kiedy wracasz. Powiedział mi, że już wie o Jadzi i Piotrze i że nie chce wydać cię za niego za mąż. Za mnie również nie. Dał ci wolną rękę w wyborze męża.
-Ja również zwalniam cię z danego słowa -oznajmiła ku jego zaskoczeniu.
-Mimo to będę się starał o panny rękę. Dzisiaj jest zabawa może, więc uczynisz mi ten zaszczyt i będę mógł ci towarzyszyć?
-Zabawa jest dla wszystkich i nie mogę zabronić panu przychodzić.
-W takim razie zarezerwuj dla mnie kilka tańców w swoim karneciku.
-Zobaczymy. Tylko nie przychodź po mnie, bo umówiłam się z Wiolettą i Pauliną.  Teraz muszę jechać. Betti od trzech godzin nie była przewijana.
-Nie będę w takim razie zatrzymywał was. Wystarczy mi, że będziemy widzieć się wieczorem panno Urszulo. Zresztą umówiony jestem teraz w interesach z panem Febo.
-Z wieczorem proszę nie wiązać zbyt wielkich nadziei, bo może pan poczuć się rozczarowany.  
-Nie ośmieliłbym się narazić się na gniew panny albo ojca. Wiem czym się może skończyć. Do zobaczenia wieczorem -dodał, kłaniając się na pożegnanie.
W drodze do domu zastanawiała się ponownie nad kwestią uczuć do Marka i swoją przyszłością. W swoich planach zawsze miała założenie własnej rodziny i brakowało jej tylko kandydata na męża, którego darzyłaby jakimś uczuciem. Dobrzański jak dla niej miał urodę księcia i był ogólnie mówiąc interesujący, ale czasami miała wrażenie, że coś w nim jest niebezpiecznego i działał jej na nerwy. 

Zabawa w Rysiowie zgromadziła sporo osób. Nie tylko miejscowych, ale i warszawiaków. Sosnowski pojawił się również, ale tylko na chwilę, aby spotkać Dąbrowskiego.
-To jestem -rzekł Dąbrowski.
-Cygaretka zapalisz? -zapytał, wyciągając paczkę wyrobów tytoniowych.
-Dziękuję, ale nie palę. Przejdźmy lepiej do interesów.
-Za tydzień Św. Anny odpust i kolejna zabawa -odparł, podpalając sobie papierosa zapałką z ozdobnego pudełeczka ze srebra. —Wtedy będziesz mi potrzebny. Tylko nic nie pij. Trzeźwy musisz być. Rozumiesz?
-No. A co mam zrobić?
-Bądź w niedzielę o dwudziestej pierwszej na tym polu za domostwem Kubasińskich. Reszty dowiesz się na miejscu.



Na zabawie Marek pojawił się wraz z Sebastianem i od razu zaczęli się rozglądać za Ulą i Wiolettą. Obie znaleźli w towarzystwie Pauliny i jakiś dwóch młodzieńców. Cała trójka siedziała pod jednym z drzew na długiej ławie i jak wskazywał czerwono jasny kolor w szklaneczkach, raczyła się lemoniadą.
-Witamy piękne panie -zaczął Olszański.
-Uprzejmy jak zawsze -odparła Wioletta.
-Kim są wasi towarzysze? -zapytał Marek.
-Mój brat Jasiek i jego kolega Robert -odparła Ula, wskazując odpowiednie osoby.
-To pan jest tym Markiem Dobrzańskim? -zapytał młody Cieplak.
-Zgadza się Jaśku.
-Ojciec mówił dużo o panu i żeby brać z pana przykład. Jest pan honorowy, szlachecki i takie tam.
-Miło wiedzieć. Panno Urszulo, mogę prosić do walczyka -zapytał, skłaniając się z wyciągniętą dłonią. —Kapela zaczęła grać.
-Skoro obiecałam -odparła, podając mu swoją dłoń.
-Jestem zaszczycony -odparł, cmokając dłoń Uli.
Taniec z Markiem przyniósł jej nowe odczucia. Nigdy do tej pory nie była bowiem w ramionach Marka i czuła przyjemne, przeszywające ciepło jego dłoni.
-Ma pani świetne wyczucie rytmu. Liczę na kolejne tańce.
-Nie wie pan, że afrontem jest, jeśli zatańczymy więcej razy niż trzy.
-Ten savoir-vivre'u jest zdecydowanie za srogi. Zresztą na balu nie jesteśmy. To ludowa zabawa i srogie zasady nie obowiązują.
Tańczącą parę z daleka obserwował Sosnowski. Na długie obserwowanie nie pozwolił sobie, bo nie chciał zostać zauważony. W połowie ich tańca odszedł w stronę lasu, aby poczekać, aż się ściemni.



Na kolejne tańce i towarzystwo Uli Marek mógł liczyć. Robił to pomimo niezadowoleniu bogatszych co matek córek na wydaniu. Te zaś chociaż Ulę lubiły, to patrzyły wrogo, bo Marek nie opuszczał jej na długo.
-Mogę przywieźć jutro Jadzię i Mareczka do was? -zapytał podczas kolejnego tańca. —Bardzo spodobały się mu młyny.
-A może jest to rodzaj wproszenia się panie Marku?
-W odwiedziny chciałbym wpaść pod wieczór sam, a z Jadzią przed obiadem.
-Chętnie poznam Jadzię. Tato mówił, że mimo ułomności, jest miłą dziewczyną.
-Bo taka jest. Umie nawet proste słowa z ruchu warg wyczytać. A co z moją wizytą? Mogę przyjść? Chciałbym jeszcze zabrać cię do moich rodziców. Chcą cię poznać.
-To nie wyścigi konne panie Dobrzański.
-Uwielbiam te twoje celne uwagi panno Urszulo.
-Jeśli dalej będzie pan ciągle w moim towarzystwie, to jutro nie będę miała żadnej koleżanki -oznajmiła mu, gdy po raz kolejny poczuła wzrok utkwionych w nią i Marka. —Janka i Eliza już patrzą na mnie wrogo.
-Paulina i Wioletta ci pozostaną. One nie są mną zainteresowane.
Po dziewiątej na główny plac zabawy wjechał pieczony świniak. Był to dar potomków pana Rysia i punkt kulminacyjny zabawy. Wokół szybko zebrali się biesiadnicy chętni na darmowe jadło.  


Tymczasem na drugim końcu wsi Piotr wprowadzał w plan swój odwet na Cieplaku. W pierwszych planach chciał zaangażować również Dąbrowskiego, ale obawiał się, że może bardziej zaszkodzić mu niż pomóc. Niezauważony przez nikogo dotarł do obejścia Cieplaków i sporego i pustego w tym czasie od ludzi magazynu przy młynie. Wszystkie wrota były zamknięte, ale poradził sobie z tym i wyłamał najbardziej zniszczoną deskę. Później wystarczyło tylko podłożyć ogień. Sucha słoma i ziarno szybko paliły się i ogarniały cały budynek, a dym był coraz większy. Na swoje dzieło patrzył z satysfakcją, ale długo patrzeć nie mógł, bo mógłby ktoś go zauważyć. Oddalając się jednak zgubił pudełeczko zapałek.
To, że coś się pali zauważyły w końcu osoby przebywające na zabawie i prawie wszyscy pobiegli na miejsce pożaru. Jeszcze po drodze domyślali się co może się palić, a strażacy ochotnicy pobiegli po swój wóz strażacki.


Po ugaszeniu pożaru ktoś znalazł etui z zapałkami.  Nikt zbytnio sprawy pożaru i zapałek nie łączył, bo wiele zamożnych osób bywało w tym miejscu i mogło zgubić zapałki. Tylko Dąbrowski domyślił się, że nie był to przypadkowy pożar, tylko celowe podpalenie, bo widział takie srebrne etui na zapałki u Piotra.  Z obawy zemsty milczał jednak. Doszły do niego bowiem słuchy, że Sosnowski przestał być faworytem Cieplaka i domyślił się, że w odwecie mógł podłożyć ogień.