piątek, 11 maja 2018

Panicz Marek cz. 5


Po odjechaniu ostatniego gościa Marek z Sebastianem mieli czas na podsumowania całego popołudnia. Usiedli w gabinecie pana Dobrzańskiego z kieliszkami dobrego alkoholu i zajęli się rozmową.


-Całkiem udane było to przyjęcie- zagadnął Olszański. —A tak bardzo obawiałeś się, jak je przeżyjesz i że będą te same panny co zawsze.  
Nawet bardzo udane- pomyślał, a mając głównie na myśli poznanie Uli.
-Tak czasami bywa Seba, że jak liczy się na coś i czeka, aż coś się zmieni w życiu to nic, a jak wydaje się, że nie ma na co liczyć i spodziewać się czegoś to czeka nas niespodzianka- odparł głośno.
-Trochę filozoficzne, ale w sumie masz rację. Tylko ten incydentu z Pauliną i Janką  napiął atmosferę przyjęcia- dodał medyk, uważając, aby nie pomylić się i nie powiedzieć z Ulą. —Bardzo nerwowa ta twoja była wybranka.
-Rodziców wybranka, jak już, nie moja- sprecyzował. —I najwidoczniej kilkumiesięczny pobyt Pauli w innym otoczeniu dla podreperowanie nerwów, jak mawiają jej rodzice, nie pomógł jej. Dalej jest nerwowa i wpada w pasje z błahego powodu.
-Nerwowość trudno leczyć- odparł. —Nie musiałeś jednak całować jej od razu i tak przy wszystkich. Zacznie sobie jeszcze coś wyobrażać. Albo przysporzy ci kłopotów.  
-Wiem, że nie musiałem, ale do rodziców chciała lecieć ze skargą, a właśnie wyjeżdżali do opery i nie chciałem, żeby głowę im zawracała błahostką- tłumaczył zawzięcie.
- Uważaj Marek, bo uwierzę, że ci o rodziców chodziło- zakpił wyraźnie Sebastian. —Większych trosk im dostarczasz niż to nieporozumienie. Jankę miałeś na uwadze. Spodobała ci się i nie chciałeś, aby miała kłopoty.
-Kłopoty na początek znajomości nie są dobre, a tak wychodzimy razem- mówił z zadowoleniem.
-Tak wiem. Dwa razy mówiłeś mi.  A radosny przy tym jesteś jak szczygieł na wiosnę. Może ta Janka to akuratna panna dla ciebie- zagadnął również. —Nie tylko piękna, ale i …
-Akuratna to akurat już jest dla mnie- wtrąciła z szelmowskim uśmiechem.  —Ma najpiękniejszy uśmiech i oczy, jakie kiedykolwiek widziałem.
-Ty jak zawsze o walorach zewnętrznych, a ja myślałem o jej osobowości. Może ma równie piękną osobowość co buzie Marek i jest mądra. Na jakąś chimeryczkę czy histeryczkę też nie wygląda.
-Lanie wody Seba. Ideał kobiety nie istnieje- dodał dosadnie. 
-Żebyś się jeszcze nie zdziwił- odparł.

Tymczasem w czasie antraktu w operze państwo Dobrzańscy spotkali właściciela Domu Bankowego zajmującego się ich finansami, pana Karola Małeckiego. Bankier dobrych wiadomości dla nich nie miał.
- Był u nas ostatnio państwa syn- oznajmił im, po przywitaniu.  —Najpierw wypytywał pracownika o kredyt, a dwa dni później wypłacił sporo pieniędzy ze swojego konta. Mógłby kupić za to spore mieszkanko w centrum. Miałem nawet dzwonić do państwa w tej sprawie.
-Po co mu te pieniądze wie pan? – pytał Krzysztof.
-Tego bank nie wymaga. Wiem jeszcze, że w zastaw pożyczki proponował posiadłość w Lisowie.
- A tak ma taką swoją odziedziczoną po dziadku, ale są to aktywa i dobra rodzinne i nie powinien pozbywać się niczego- odparł znajomemu. Będę musiał porozmawiać z nim poważnie- dodał ze wzburzeniem. —Całe dnie spędza poza domem i pewnie hula w tym Klubie 26 albo w gorszych przybytkach. I dziękuję, że mówi nam pan o tym.
-Rozumiem pana w całej rozciągłości- odrzekł mu klarownie Małecki. Mam syna w tym samym wieku i wiem, że chociaż są dorośli, to robią głupie rzeczy i kłopotów przysparzają. Wytłumaczyć się z błędu łaskawi też nie są. Albo tak tłumaczą, że nie można być pewnym czy kłamią, czy prawdę mówią.
-Tego właśnie obawiam się najbardziej panie Karolu, że i tak nie powie, po co były mu te pieniądze- wymruczał posępnie.
- I dlatego proponuję wynająć detektywa, który mógłby państwu pomóc i delikatnie sprawę wybadać- zaproponował Małecki.  —Znam kogoś takiego. W banku miałem oszusta i zdemaskował go w mig.
-Może to dobry pomysł- podchwyciła Helena.
-Bylibyśmy wdzięczni- odparł i Krzysztof.
-Nazywa się Barański. Przy sobie jego wizytówki nie mam, ale w poniedziałek zadzwonię do pana do firmy i podam kontakt.
-Tak, tam najlepiej dzwonić- przytaknął Krzysztof. —Im mniej osób będzie wiedziało o tym, tym lepiej, a w posiadłości ktoś się zawsze kręci.
- Dyskrecja to podstawa jak brzmi hasło pana Barańskiego- wtrącił bankier.
-Tego będę właśnie potrzebował- odparł Krzysztof. 
Chwilę jeszcze porozmawiali na temat opery i finansów, a po usłyszeniu gongu oznajmiającego, że antrakt zbliża się do końca, to pożegnali się z bankierem i rozeszli.
- Oby nie łożył na dziecko- rzekła Helena, gdy szli w stronę sali. —Pamiętasz, jak ze dwa tygodnie temu pisali o tej aktorce i jej dziecku.
-Pamiętam, ale za taką kwotę mógłby na całą armię dzieci łożyć Helenko.
-Trzeba porozmawiać z nim o jego prowadzeniu się i przyszłości- dodała jeszcze Helena. —Nie wspominając nic o tych pieniądzach.
-Trzeba – przytaknął Krzysztof.

Niedziela w Rysiowie minęła spokojnie i bez wypytywania Marka o jego prywatne sprawy. Nie było też czasu na rozmowę, bo trzeba było pojechać do kościoła na sumę, zjeść bardziej uroczysty obiad i zarządzić sprzątanie po przyjęciu.  Ciągle też bawił u nich Sebastian i Dobrzańscy nie chcieli rozmawiać z synem o jego związkach czy nieślubnych dzieci przy obcych. Temat podjęli dzień później, gdy Marek zjawił się na kolacji.  Pretekst do rozpoczęcia rozmowy zaś sam się znalazł, bo do uszu Dobrzańskich dotarły nowiny o pocałunku ich syna z Pauliną Febo.


-Co miało znaczyć te publiczne całowanie się z Pauliną? -zapytała wprost Helena, gdy całą trójką byli jeszcze w salonie.   
-To mama już wie? -zapytał ironicznie, choć pocałunek na oczach kilku osób nie mógł przejść bez echa, był nierozsądny i przyniósł kłopoty, jak przewidywał Sebastian.
-I to od kilku osób- odparła dosadnie. 
-To nie było nic ważnego- rzekł błaho, nalewając sobie koniak.  —Zaskoczyła mnie- postanowił również skłamać z nadzieją, że szczegółów rodzicielka nie zna.
-Paulina inaczej myśli- do rozmowy dołączył Krzysztof. — Rozmawialiśmy dzisiaj z nią i twierdzi, że znowu będziecie razem.
-Zapewniam was, że ja tak nie myślę- mówił pewnie, siadając obok matki na sofie. —Paulina to przeszłość, do której nie zamierzam wracać. Wystarczająco mocno ją znam, aby wiedzieć, jaki ma charakter. Ty mamo sama mówiłaś wiele razy, jak to źle traktuje służbę i osoby niższego stanu.
-Zmieniła się przez te dwa lata- próbowała argumentować.
-Nie sądzę- odparł zdecydowanie.
-Skoro wasze odczucia są tak rozbieżne, to zaprosimy ich jutro na podwieczorek i wyjaśnimy wszystko- zaproponowała Dobrzańska. —To dobre rozwiązanie na wasze obiekcje.
-Jutro to niemożliwe- wtrącił, rujnując plany matki zalążku. —Popołudniu jestem zajęty i nie mogę odwołać tego.
-Ciekaw jestem, co takiego jest ważnego w twoim napiętym grafiku dnia, że nie możesz poświęcić rodzicom popołudnia- dopytywał ojciec.
-Nie to, co macie na myśli- rzekł trochę cynicznie. —Nie będę szlajał się po klubach. Ani po obcych pokojach- dodał, omijając stwierdzenie wycierał czyjeś łóżko.   —A z Paulą sam porozmawiam. Jestem już dorosły i nie potrzebuję pośredników.
-Tylko że twoje zachowanie nie ma nic wspólnego z dorosłością Marek- odparł mu ostro ojciec głównie za jego cynizm. —Ciągle życie traktujesz jak zabawę. Boimy się z matką, że może coś ci się stać w jednym z tych klubów.
- Mało się słyszy o rabusiach czyhających na zamożne osoby- dodała Helena. 
-Nie chodzę po spelunach ani po ciemnych uliczkach mamo- wyjaśnił szybko.
-Jeśli myślisz, że nas to uspokaja, to się mylisz- odparła mu ze zdenerwowaniem. —Rozboje w biały dzień to nie tylko przenośnia.
-To że mnie nie ma, nie znaczy, że jestem wyłącznie w klubie- tłumaczył łagodnie. — Ostatnio we Warszawie zatrzymują mnie również inne sprawy. I z góry wyjaśniam, że tym razem nie jest to kobieta.
-To może oświecisz nas, jak to mówicie, w te tajemne sprawy- odezwał się ponownie Krzysztof. —Nie chcemy, żebyś wpadł w jakieś kłopoty.
-Dlaczego od razu uważacie, że będą to kłopoty? - pytał zirytowany kolejnym brakiem zaufania do niego. —Może coś dobrego robię i może warto dać mi szansę, i pozwolić działać samemu.
-Chcemy tylko uchronić cię od błędów- mówił Krzysztof.  
-A ja chcę tylko udowodnić, że mogę wykazać się zaradnością i dostać więcej zaufania- odparł mu Marek. —Nie powiem nic więcej i kropka.

Dalej niedane było im tematu kontynuować, bo w drzwiach salonu pojawił się Pshemko.  Mistrz mieszkał samotnie niedaleko posiadłości Dobrzańskich i często gościł u pracodawców na obiedzie czy kolacji. Następnego dnia zaś Marek wstał wcześnie rano i zanim rodzice wstali i zeszli na śniadanie, motorem pomknął do Warszawy. Najpierw pojechał do pracy, a później na spotkanie z Ulą.
Krzysztof tego dnia również zaplanował spotkanie. Postanowił bowiem, że dłużej czekać nie będzie i spotka się z panem Barańskim jak najszybciej. Marek bowiem wystarczająco dużo kłopotów dostarczał im, spędzając tym samym sen z powiek. Szczęście dopisało mu, bo umówili się na popołudnie. Detektyw okazał się panem w średnim wieku, wzbudzający zaufanie i Krzysztof liczył na szybkie wyjaśnienie sprawy. Samo spotkanie długo nie trwało. Dobrzański powiedział, gdzie można spotkać Marka, dał zdjęcie i poprosił o sprawdzenie, z kim zadaje się syn i po co była mu spora kwota pieniędzy.

Marek tymczasem nieświadomy poczynań rodziców jechał do parku, w którym umówił się z Ulą vel Janką.  Ulę zauważył już z daleka i wyglądała olśniewająco. Była znacznie piękniejsza niż zapamiętał.


-Witaj- rzekł, ciągle przyglądając się jej.
-Witaj – odparła, a w jego twarzy wyczytała zachwyt. Sam również wyglądał jak z paryskiego żurnalu.


- Miło, że przyszłaś- dodał do powitania i całując w dłoń.
-Należę do słownych osób, to jestem- odparła, rumieniąc się, co uwadze Marka nie umknęło.
-A ja należę do osób dotrzymujących słowa i proponuję spacer i deser lodowy- rzekł  przekornie.
-To dobrze, bo nie cierpię ludzi, którzy coś obiecują, a później co innego robią.   
-Zapamiętam sobie- przyrzekł solennie. —To na co masz najpierw ochotę Janko? Spacer czy lody?
-Najchętniej zostałabym tutaj chwilę i posiedziała. Woda fontanny tak przyjemnie ochładza i jest nawet wolna ławka.  
-Twoje słowa są dla mnie rozkazem moja pani– odparł dostojnie i prowadząc w stronę owej ławki.


Park o tej porze tętnił życiem niań, mam, dzieci i przechodniów, ale Uli to w ogóle nie przeszkadzało i cieszyła się zarówno towarzystwem Marka, jaki i otaczającym ją pięknem i ciepłą pogodą.
- Pięknie tu, prawda Janko- zagadnął, gdy usiedli już i jakby czytając w jej myślach.
-Parki w ogóle są piękne- odparła cicho.  —Nie tylko latem, ale wiosną i jesienią. Tylko zima odbiera im część uroku. A tak szczerzę, to bardzo lubię naturę i trochę zazdroszczę ludziom mieszkającym poza Warszawą. Niektórzy dziwią się, że tak myślę, ale tak jest.  Chciałabym mieć mały domek, mieszkać z psem, kotem,  mieć własny ogród, sad i podwórko, gdzie mogłyby się w przyszłości bawić moje dzieci- mówiła z rozczuleniem i zapominając na chwilę z kim rozmawia.  —A  tak póki co muszę mieszkać w zimnej kamienicy w centrum Warszawy - dodała schodząc z marzeń na ziemię.
-To tak w przeciwieństwie do mnie, bo mam czasami dość życia na prowincji- mówił dla odmiany z zniechęceniem. Od dziecka ciągle to samo otoczenie, rytuały i atrakcje. Zdecydowanie wolę miastowe życie. Kluby, gwar, nieustanna zabawa. Tu we Warszawie czuję się lepiej. Jednak Londyn to dopiero było życie- dodał z westchnieniem tęsknoty.  —Byłem tam na studiach i chętnie wrócił. Żyć, a nie umierać Janko.
-Mi w Paryżu nie podobało się prawie w ogóle- odparła bezmyślnie. —Byłam tam rok temu na wakacjach u Wioletty- dodała szybko. — Jej rodzice opłacili mi wyjazd, bo  pensji urzędniczki nie byłoby mnie stać. Wszyscy gdzieś gonili i zabawa była na pierwszym miejscu. Zresztą sam wiesz, bo miałeś w Londynie to samo.
-Nie tylko z Londynu wiem, ale z samego Paryża- oznajmił jej tajemniczo. Też tam bywałem na wakacjach. Jeszcze z rodzicami jeździłem. Ciekawymi wyjazdami chcieli mi wynagrodzić brak rodzeństwa.  Może gdybym miał rodzeństwo, to nie nudziłbym się tak w Rysiowie. A ty masz brata albo siostrę? -zapytał nieoczekiwanie.
-Tak. Osiemnastoletniego brata i sześcioletnią siostrę- odparła, mówiąc po raz pierwszy prawdę. —Jest więc trochę tłoku w naszym małym dwupokojowym mieszkanku z kuchnią i wodą z pompy na brzydkim podwórzu, którą trzeba wtaszczyć na trzecie piętro- dodała, mijając się tym razem z prawdą, bo do swojej dyspozycji we własnej kamienicy mieli pięć pokoi, duży hol, kuchnię i luksus w tych czasach własną toaletę.
-Dla mnie takie warunki mieszkalne są dość odległe Janko i nie do przeskoczenia– stwierdził z awersją na myśl o jej mieszkaniu. 
-Jak ci ciasno to nabyj kozę i zamieszkaj z nią, a jak wyprowadzi się to stwierdzisz, że miejsca jest zanadto- rzuciła ripostą.
-Zostałem przywrócony do porządku Janko- rzekł z respektem.  —Należało mi się jednak, bo nie powinienem nic mówić na temat kto z kim, jak i w ile żyje.
-Dokładnie. Są ludzie, którzy cenią rodzinę i ci, którzy wolą być sami.
-Ty wyglądasz mi właśnie na domatorkę i romantyczkę- próbował naprawić gafę komplementem.
- Skąd te przypuszczenia? – zapytała, spoglądając na niego z ukosa.
-Bo lubisz przyrodę, dobrze się czujesz w parku i widzę, jak patrzysz na dzieci. Poza tym zazwyczaj każda romantyczka to domatorka.
-Ciekawe spostrzeżenia- wymruczała. —Mogłabym powiedzieć, że każdy pijak to awanturnik, a tak nie jest.
-Interesujące porównanie- odparł pełen podziwu jej błyskotliwych odpowiedzi
Kolejne minuty mijały im na opowieściach z ciężkich czasów zaborów a przypadających na okres ich dzieciństwa. Marek mówił o tajnych lekcjach okolicznych dzieci a odbywających się u nich w posiadłości oraz o goszczeniu ważnych osobowości dla kształcenia się polskości. Ula zaś o swojej cioci i wuju, którzy zajmowali się szerzeniem kultury polskiej. 

Po prawie dwóch godzinach spotkania Ula stwierdziła, że jak na pierwsze spotkanie to wystarczy i przyszedł czas rozstania i powrót do domu. Poza tym nie chciała spóźnić się na rodzinną kolację, a zaplanowaną na osiemnastą trzydzieści. Musiałaby się też tłumaczyć matce, co zatrzymało ją i Wiolettę na mieście. Kubasińska dawała jej też jej alibi i oficjalnie była z koleżanką na jednej z uroczystości poprzedzających rocznicę odzyskania niepodległości.  
-Muszę już wracać- rzekła niechętnie, gdy po zjedzeniu lodów wrócili jeszcze do parku. —Obiecałam mamie, że wrócę na kolacje.
- Oczywiście Janko. Nie powinienem tak długo cię zatrzymywać- odparł grzecznie i zrozumiale. —Mogę odprowadzić cię gdzieś?
-Wystarczy go tamtego ronda- rzekła, uśmiechając się w ramach podziękowań.  —Mam stamtąd tramwaj niemal pod dom.
-Zobaczymy się jeszcze?  - spytał z nadzieją, gdy szli w stronę przystanku. —Było tak miło i jesteś interesującą osobą Janko. Byłbym wielce szczęśliwy móc spotkać się z tobą i pójść na przykład do iluzjonu albo oranżerii Warszawskiej.  
-Skoro tak ładnie prosisz, to chętnie- odparła. —I jeszcze raz dziękuję za lody.
Po rozstaniu z Ulą stwierdził, że w jej towarzystwie czuł się całkiem dobrze, choć do tej pory obracał się w otoczeniu kobiet bardziej hożych, ale mało inteligentnych.  Janka zaś była z tych delikatnych, rumieniących się na dotyk mężczyzny, wygadanych i nie zawsze wiedział, jak ma się zachowywać i co mówić. Ta odmiana nie przeszkadzała mu jednak.  Podobała się nawet i był ciekaw kolejnego spotkania.
Ula natomiast spotkanie traktowała jak spełnienie marzeń i po pożegnaniu się ciągle analizowała je minuta po minucie. Szybko też doszła do wniosku, że z żadnym z chłopaków tak dobrze, jak z Markiem nie rozmawiało się jej i mogłaby ciągnąć spotkanie w nieskończoność. Był też dżentelmenem w każdym calu i okazywał jej to wielokrotnie. Tylko ta niezgodność co do mentalności ich zapatrywań na życie wprowadzała w zniechęcenie.
Dzień później wieczorem zaś wydarzyło się coś, czego Ula z pewnością się nie spodziewała.

piątek, 4 maja 2018

Panicz Marek cz. 4


W czasie, gdy Ula vel Janka i Marek prowadzili swoją rozmowę, to Wioletta i Sebastian galopowali po polach, łąkach i dróżkach Rysiowa. Oboje umiejętności jazdy konnej mieli opanowaną do perfekcji, to pozwolili sobie nawet na wyścigi.


-Nieźle panno Wioletto- rzekł Olszański, gdy Wiola jako pierwsza dobiegła do wyznaczonej mety.
-Wygrałam, bo dał mi pan fory- stwierdziła Wioletta, zeskakując zgrabnie z klaczy. —Myśli pan, że nie wiem o tym.
-Nie chciałem być nieuprzejmy- odparł, zsiadając również z konia.  — I były to małe fory, bo naprawdę świetnie jeździ pani konno.
-Pochlebstwa- rzuciła z politowaniem.  
-Żadne pochlebstwa. Sama prawda- zapewniał. —Auto równie dobrze pani prowadzi, jak konia? - zapytał, wracając do rozmowy, jaką prowadzili w ogrodzie Dobrzańskich na temat automobilizmu.
-Wszyscy, których do tej pory woziłam, to żyją- zażartowała. — Chociaż Ula, taka moja koleżanka — dodała szybko — gdy razem gdzieś jedziemy, to siedzi z różańcem w ręku. Biedaczka boi się, że na zakręcie nie wyrobię i uderzymy w drzewo. Próbuję jej tłumaczyć, że tato szkolił mnie jeszcze przed wyjazdem do Paryża to mam troszkę praktyki i nie ma czego się bać, ale i tak siedzi cała w strachu.
-Odwaga nie zawsze jest dobrą stroną kobiet- odparł. —Za to twój tato nie mógł nachwalić się pani. Peany sypały się ze wszystkich stron. Od urody, intelektu, wrażliwości, elokwencji do zdolności mechanizacyjnych. I widzę, że w niczym nie folgował panno Wioletto.
-To samo mogę powiedzieć o panu- odparła zażenowana komplementem. —Nie wiedziałam, że pochodzi pan z tych Olszańskich i jest synem i wnukiem tych sławnych patriotów walczących o odzyskanie niepodległości.
-Po prostu nie lubię obwieszczać się z tym.  Czy będzie, to afront, jeśli zaproponuję zwracanie się do siebie po imieniu? – zapytał nieoczekiwanie.  
-Nie, nie będzie - odparła, uśmiechając się do niego delikatnie. —Wioletta- dodała, podając z gracją dłoń.
-Sebastian- odparł, całując jej rękę.
Przez resztę spaceru Wioletta opowiadała mu o życiu i byciu córką współwłaściciela fabryki samochodów i konstruktora ich oraz o swojej pracy w największym i najlepszym we Warszawie warsztacie samochodowym. Sebastian zaś opowiadał o swojej pracy w szpitalu i wiejskich przychodniach oraz o swoich sławnych przodkach.

Po powrocie do posiadłości Dobrzańskich, odprowadzeniu koni do stajni i odświeżeniu się, rozeszli się w dwie strony. Wioletta skierowała się w stronę wyjścia, a Sebastian chciał pójść do swojego pokoju. Zatrzymał go jednak głos Marka i Rozalii dobiegający zza niedomkniętych drzwi.  Nietrudno było mu wywnioskować, że zapowiada się na coś, to nie chcąc przeszkadzać im, ruszył za Wiolettą.  Wioletta w tym czasie wyszła już na dwór i dojrzawszy Ulę przy pergoli, podeszła do niej.


- Nie było cię masę czasu – rzekła Ula, jak tylko przyjaciółka pojawiła się obok niej. —Zaczęłam się bać, że zabłądziliście ze Sebastianem albo coś się wam stało.
- Okolice są tu tak piękne, że szkoda było wracać – odparła jej, posilając się kawałkiem pieczonego kurczaka. —Poza tym dawno nie jeździłam a Mila to dobra klacz. A tu coś się działo, jak nas nie było?
-Marek zaproponował mi spotkanie- wyjawiła jej konspiracyjnie.  —Konkretnie spacer i ...
-No proszę- parsknęła z przekąsem, zanim Ula zdążyła dokończyć. —On jednak jest dokładnie taki, jak o nim piszą. I co mu powiedziałaś? Chyba się nie zgodziłaś Ulka? – pytała, nie wiedząc, że z boku pergoli za winogronem stoi Sebastian.
- Powiedziałam, że muszę się zastanowić i że dam mu odpowiedź później. Jeszcze przed końcem przyjęcia– usłyszał w odpowiedzi głos Janki.
-I bardzo dobrze Ula- stwierdziła Kubasińska mocnym akcentem. —Marek nauczony jest do tego, że kobiety z ręki mu jedzą to czas, aby któraś tej ręki mu nie dała. Jego pstryczkiem nie powinnaś być- argumentowała jednym ze swoich popisowych stwierdzeń.
-Wiem, że nie powinnam, tylko co innego mówi mi serce a co innego rozum i chciałabym pójść z nim na ten spacer– odparła, układając na tacy puste naczynia.
-To potrzymaj go w niepewności dłużej niż do końca przyjęcia. Zobaczymy czy dalej będzie chciał spotkać się z tobą, gdy okażesz trochę oporu i będziesz unikać go.
-A jak zacznie mnie szukać? - pytała bezwolnie.  — Przecież ja to nie ja. Właśnie Wiola, nie mówiłaś czegoś temu twojemu Sebastianowi o mnie.
-Tylko to że boisz się ze mną jeździć samochodem. A dlaczego pytasz?
- Bo powiedziałam Markowi, że pracuję w kancelarii szkolnej na Topolowej. Ciocia tam uczy i tak jakoś przyszło mi do głowy.
-Kolejne kłamstwo- wymruczała. —Ja tak nie potrafiłabym kłamać, jak ty na zawołanie. Powiedziałabyś prawdę, że nazywasz się Ula Cieplak i pracujesz dla jego ojca.
-Jeszcze nie teraz Wiola- wtrąciła. —Skoro Marek woli służące, aktorki i takie zwykłe dziewczęta od panienek z dobrego domu to taka się stanę.
-Zobaczysz źle się, to skończy- przestrzegała. — Albo za te wszystkie kłamstwa w piekle będziesz się smażyć. Mówię ci to.
-Trudno Wiolka. Dla miłości mogę się poświęci- odparła z teatralnym westchnieniem.
-Cała ty. Głowa i serce w chmurach, a rozsądek głęboko w ciemnej i zimnej kopalni.  To kiedy kończysz pracę? – zapytała, zmieniając temat.
- Za małą godzinę powinnam być wolna- odparła już całkiem trzeźwo myśląc. —Państwo Dobrzańscy i twoi rodzice wyjechali już do opery to i reszta gości rozchodzi się pomału. Zostało mi tylko pozbieranie naczyń i odniesienie resztek jedzenia do kuchni. Do zmywania albo większego sprzątania zobowiązana nie jestem.
-To dobrze, bo to akurat tyle czasu, aby spotkać się i pożegnać ze Sebastianem – stwierdziła z nieukrywanym zadowoleniem.  —Mam nadzieję, że będzie chciał kontynuować znajomość i na samym miło było cię poznać się nie skończy Ula.
-Kto wie Wiola. Kto wie- odparła, wychodząc z koleżanką z pergoli. 
Z tymi słowami Sebastian dał kilka kroków w tył, aby dziewczyny nie zorientowały się, że słyszał większą część rozmowy. Obie jednak skręciły w lewo i nie spotkały się z nim. On tymczasem podążał do domu w poszukiwaniu Marka.  Chciał bowiem od razu opowiedzieć przyjacielowi o tym, co usłyszał. W drodze do domu zmienił jednak zdanie, a duży wpływ na to miał też fakt, że chwilę prędzej słyszał jego umizgi ze służką w jego własnym pokoju, a tu szukał już innej rozrywki. Znał go od dziesięciu lat i czasami miał dość jego zachowania.
 Iść na panienki i zabawić się było już na porządku dziennym w Londynie i jest tu w Polsce – myślał.  A z tych jego kobiet to u mnie nawet jedna czwarta by się nie nazbierała. Wiola ma poniekąd rację. Może z Ulą tak łatwo mu nie pójdzie i najwyższy już czas, aby chociaż jedna z nich zabawi się z nim. Nie powiem mu nic.  A przynajmniej w najbliższym czasie. Oby tylko Janka to znaczy Ula miała wystarczająco dużo rozsądku i nie zrobiła nic głupiego.
 Z myśli wybił go głos Wioletty.  
- Nie wiesz przypadkiem, gdzie jest Marek? Chciałam spytać o ten krzew i ogrodnika-  zagadnęła, pokazując roślinę z bordowymi kwiatami.
- Ostatnio widziałem go przed naszym wyjazdem- odparł, kłamiąc poniekąd, bo chociaż nie widział go, to słyszał parę minut temu w domu.
-Cały Marek. Jego rodzice pojechali do opery, a on jedyny gospodarz gdzieś przepadł. Gdyby nie ty to nie miałabym z kim pogadać ani dłuższego towarzystwa.
- Jest jeszcze ta twoja koleżanka Janka- napomknął niby przypadkiem.
-A tak. Ty i Janka umilacie mi czas- przytaknęła.  
-Musicie się naprawdę bardzo lubić, skoro tyle czasu spędzacie tutaj razem- kontynuował temat, który nie był na rękę Wioli. —Widziałem was przed momentem, przy pergoli, a i prędzej swojego towarzystwa nie szczędziłyście sobie.
-Nie da się jej nie lubić- odparła, uśmiechając się, aby opanować drżenie głosu. —Jeśli kiedyś poznasz ją lepiej, to sam się przekonasz, jaka jest miła, szczera i bystra.
-To na pewno i tym bardziej powinna uważać na Marka- ciągnął dalej niewygodny temat. —Smali do niej cholewki. Chociaż źle to ująłem. Zagiął na nią parol. I jeśli jest taka jak mówisz, to szkoda byłoby jej dla niego. Marek ma tendencję do rozkochiwania i rzucania kobiet – mówił, to co wszyscy wiedzieli. — Nie mi go osądzać, ale wystarczająco dużo kobiet w swoim życiu uwiódł, rozkochał, zabawił się i zostawiał, gdy już mu się znudziły . W Londynie mieszkaliśmy razem ponad pięć lat, to wiem, jak się prowadził. Ja święty nie byłem i nie jestem, ale znam umiar. Tylko nie zrozum mnie źle Wiola i mówię ci to w dobrej wierze, a nie dlatego że Janka pochodzi z niższych sfer i że jest nieodpowiednia dla Marka. Nie chcę dla niej losu innych jego dziewcząt.
-Dzięki za troskę- odparła skołowana cały jego wywodem i tym, że Olszański troszczy się o Ulę, a ona udaje kogoś innego. — Na pewno porozmawiam z Ulą.
-To może mógłbym zaproponować teraz lody dla ochłody? - zapytał, służąc swoim ramieniem.
-Z przyjemnością zjem- odparła, ochoczo odchodząc z nim.

 Marek tymczasem zadowolony kilkoma pieszczotami i pocałunkami zszedł na dół, a Rozalia została na górze, aby pościelić łóżka.  Miał też ochotę na coś więcej z ponętną brunetką, ale nie było to miejsce ani czas. 



Ulę wychodzącą z kuchni zaś zauważył przypadkiem i szybkim krokiem podszedł do niej.
-Szukałem cię Janko- rzekł znienacka, gdy znaleźli się już poza pomieszczeniem i nikt go nie słyszał.
-Przestraszył mnie pan- odparła nerwowo.
-Nie chciałem i przepraszam.
-Coś panu podać? – zapytała uprzejmie.
-Pan i pan. Marek wystarczy. I nic mi nie potrzeba. Zastanowiłaś się już nad moją propozycją.
-Nie jestem pewna czy wypada. Może ktoś nas zobaczyć- odparła, pomijając, to co zaproponował.
-To wybierzemy takie miejsce, gdzie będziemy bezpieczni Janko. Z dala od centrum i twojej Topolowej. Na Kochanowskiego jest ładny park. To z drugiej strony Warszawy i można dojechać autobusem numer dwadzieścia. Proponuję spacer i lody.  Jest tam przytulna lodziarnia.
Jest parki i parę hotelików- pomyślała tymczasem z niesmakiem. Czy on myśli, że tam pójdziemy? Albo że jestem łatwa.
-Tak dobrze zna pan te okolice? - zapytała wprost.
-Marek Janko. Mówiłem ci już. A owszem znam, bo pracuję niedaleko w urzędzie ewidencji.  
Nieprawda. Pracujesz w magistracie na Siennej w dziale urbanizacji, a Kochanowskiego od Siennej dzieli pół Warszawy- pomyślała. Tylko dlaczego kłamie? Może wie, że i ja kłamię.
-Sama możesz wybrać dzień i godzinę- kontynuował. — Dostosuję się do każdej pory. Nawet jakbym miał się wyrwać z pracy.
-Bardzo ci zależy- odparła, wysilając się na mniej oficjalny zwrot. —Zastanawiam się tylko dlaczego. 
- To spójrz w lustro. Jesteś bardzo piękną kobietą Janko. Poza tym interesującą i tajemniczą. Byłbym wielkim szczęściarzem móc spędzić czas z tobą- dodał, podkręcając swój uśmiech.
Skąd on czerpie te wszystkie miłe słówka i zalecanki. Wynajduje w tej gazecie Lew salonowy albo w książkach czy filmach i zapisuje w kajecie?
-I tak po trzech godzinach wie pan, to znaczy wiesz o tym? – odparła mu pytaniem.
-Mam oczy- odparł krótko, ale i zastanawiając się, co może jeszcze zrobić, bo wyglądało na to, że z Janką łatwo mu nie pójdzie. —Chyba że nie podobam ci się albo jest ktoś inny, to rozumiem- dodał, chcąc podejść ją psychologicznie, a jako znawca natury kobiecej liczył na powodzenie swojego planu.
-Zgoda niech będzie spacer- odparła, bo tak jak przewidywał Marek, nie chciała odpowiadać na żadne jego pytanie. —Proponuję pojutrze po szesnastej w tym parku, o którym mówiłeś- dodała, analizując w głowie jak dojechać z ulicy Złotej na Kochanowskiego.
-W takim razie będę czekał we wtorek po szesnastej przy wejściu do parku od strony fontanny- odparł z zadowoleniem.

Przyjęcie w końcu skończyło się i po pożegnaniu się z osobami, z którymi pracował Ula poszła na parking, gdzie czekała na nią już Wioletta w swoim aucie.


 Marek również tam był i żegnał gości w imieniu  swoim i rodziców. 
- Miło było cię gościć Janko- rzekł, podając dłoń na do widzenia.
-Raczej gościem nie byłam- stwierdziła mało ambitnie, ale sensownie.
-Jak zwał tak zwał, ale miło było cię poznać- odparł, całując w rękę. —Będę czekał pojutrze po szesnastej- dodał ciszej, ale nie umknęło to uwagi innym.
-Co ci szeptał do ucha Marek- zainteresowała się z miejsca Wioletta, gdy tylko wsiadła do jej do nowiutkiego BMW, a które dostała na dwudzieste trzecie urodziny od swoich rodziców.
-Że będzie czekał na mnie w parku na Kochanowskiego we wtorek-rzuciła   wszystko na jednym tchu. —I ja sama zgodziłam się spotkać z nim- dodała oszczędzając pytań ze strony koleżanki.
-Jako Janka czy Ula?
-Janka.
-Uparłaś się na  Jankę i Marka jak ten osioł na drodze- mówiła z przyganą. —Fircyk z niego i nic więcej. A Maciek dwa razy pytał o ciebie. Może i nie pochodzi z dobrej rodziny, bo jest synem gosposi, co nie jest zresztą dla ciebie ważne, ale jest najlepszym studentem, a tato świetlaną przyszłość wróży mu w inżynierii.
-Serce nie sługa Wiola- polemizowała cicho.
-Nawet Sebastian kazał uprzedzić cię, żebyś uważała na Marka.
-Powiedziałaś mu, że jestem Ulą? – zapytała z wyrzutem.
-Nie, nie powiedziałam. Jako Janka masz uważać. Długo tak udawać nie będzie ci łatwo. Cud, że tu cię nikt nie zdemaskował.
- Sama się dziwię. Co prawda pani Helena i pan Krzysztof wyjechali prędzej, ale był lokaj Fabian, Jakub, pani Michalina i Celina- odparła, mając na myśli lokaja, szofera, gosposię i stałą służącą. —Poznali mnie, jak tu byłam i mogli coś powiedzieć.  A co u ciebie i Sebastiana. Prawie cały czas spędziłaś z nim.
-Cebulek jest…
-Cebulek? – wtrąciła zdziwiona.  —Tak mówisz do niego?
-Tylko tak przy tobie Ula. Mówię mu zwyczajnie Sebastian. Sam zaproponował przejście na ty i zaprosił do teatru na środę.
-To znaczy, że mam winszować ci znalezienia ukochanego? – zapytała, spoglądając również uważnie na przyjaciółkę.   
-Oby, bo jest taki czarujący i gdy rozmawiałam z nim, to czułam takie szczęście w sercu jak nigdy dotąd - odparła z rozmarzeniem i zamykając oczy.
-Wiola jedziemy alejką z drzewami, to patrz tak łaskawie na drogę, a nie zamykaj oczu- upomniałam ją ostro.
-Już otwieram. Tylko że on jest taki ułożony i pochodzi z dobrej szanowanej wojskowej rodziny, a ja jestem trzpiotka i nowobogacka- dodała już bez entuzjazmu. —Boję się, że zakochałam się w Cebulku, a on może kiedyś uzna, że jego uwagi warta nie jestem. 
-To jest nas dwie- odparła posępnie. —Dwie zakochane panny z niewiadomą co do odwzajemnienia uczucia.
-Po prostu marazm uczuciowy i rozpacz po uszy- podsumowała Wioletta. 

piątek, 27 kwietnia 2018

Panicz Marek cz. 3


Po rozstaniu z Markiem, choć był to jej książę z bajki, to miała mieszane odczucia. Jego zachowanie i pierwsze spotkanie po latach bowiem mocno odbiegało od tego jej wymarzonego i rozczarowało.
Czy on naprawdę romansuje ze wszystkimi kobietami, jakie są w jego otoczeniu- myślała, roznosząc ciasteczka. Romansuje, obłapuje i całuje- dodała dosadnie.  Pewnie tak i nie powinno mnie to dziwić. Wiem przecież, jak się prowadzi i jaki jest. I to nie od dziś. To trwa latami.  Tylko że co innego wiedzieć a co innego samej doświadczyć i zobaczyć.  I powinnam wyrzucić go ze swojej głowy i serca. Tylko jak to zrobić Ula? - pytała samą siebie. Jest tak piękny i tak cudownie pachnie.
Przez kolejne dwie godziny była wystarczająco mocno zajęta pomocą w kuchni, aby nie myśleć o wydarzeniach ze spiżarki. Po powrocie do ogrodu natomiast przy stole dostrzegła samotną Wiolettę, to przy okazji zbierania pustych szklaneczek, podeszła do niej.


-Wybierasz się gdzieś? – zapytała, widząc koleżankę ubraną w beret, a którego prędzej nie miała.
-Pojeździć konno z Sebastianem- oznajmiła z podekscytowaniem.  —To ten kolega Marka. Mówię ci Ulka, jest bardzo interesujący i jest lekarzem.
-Nie za szybko na takie komitywy Wiola? - pytała pełna obaw i porządkując stół. — Znacie się ze dwie godziny?  
-To tylko przejażdżka Ulka- odparła, jakby się usprawiedliwiała.
-A ja miałam okazję porozmawiać z Markiem- oznajmiła ponuro i z taką samą miną.  
-No proszę- wykrzyknęła z zaskoczeniem tuż przy jej uchu.  —A tak się wzbraniałaś. Tylko skąd ta posępna mina? – zapytała, przyglądając się jej uważniej. —Powinnaś się cieszyć.
-Bo nie ma się z czego cieszyć- mówiła, spoglądając dyskretnie w prawą stronę, gdzie to dojrzała Marka rozmawiającego z Sebastianem. —Wyobraź sobie, że gdy byłam po ciasteczka, to pomylił mnie z jakąś Rozalią, zaczął obejmować i całować w szyję.
-Żartujesz? Chociaż nie dziwi mnie to. I co zrobiłaś? – pytała wyraźnie zainteresowana wydarzeniami ze spiżarni.
-Najpierw uderzyłam go łokciem w brzuch, później spoliczkowałam, a na koniec powiedziałam, że jestem służącą i mam na imię Janka. I nie pytaj mnie, dlaczego nakłamałam mu, bo sama nie wiem.
-Życie chyba chcesz sobie zamotać tymi kłamstwami- rzekła filozoficznie Wioletta. —Powiedziałabyś prawdę, że jesteś Ula Cieplak i byłoby po sprawie.   A co będzie, jak pani Helena przedstawi was sobie?- zapytała rozsądnie.
-Nie wiem, co będzie- odparła po chwili. —Obrócę to w żart. Albo rodzice Marka zdążą wyjechać do opery na koncert. Pan Krzysztof w ostatniej chwili dostał bilety i pomimo przyjęcia chcą pojechać. A życie to mężczyźni gmatwają- dodała dosadnie. —Prawie w każdym czytanym romansie są tacy sami.  Mają kurtyzany, prowadzą hulaszczy styl życia i szwendają się, nie wiadomo gdzie i z kim. Wszyscy są zabójczo piękni, ale i niebezpieczni. Tak jak w przypadku Marka. Stoi właśnie z Sebastianem pod tą lipą, patrzą w naszą stronę i założę się, że gadają o nas.
- Ale później, gdy już zakochują się, to żyją długo i szczęśliwie-  odparła z romantyzmem i  spoglądając dyskretnie w stronę panów.
- Tego właśnie nigdy nie piszą Wiolka- wtrąciła wymownie. —Może później są tacy sami, jak przez całą książkę i dalej ranią, romansują i zdradzają.  Do jasnej Anielki- dodała z przestrachem.  —Idą tu. Jakby co to pamiętaj, jestem Janka.
 Zrobiła też krok w tył i wpadła na kogoś, a gdy obróciła się, to ujrzała elegancką kobietę.


-Jak chodzisz – usłyszała z ust szatynki.  —Z ulicy cię wzięli.
-Najmocniej przepraszam- odparła grzecznie. — To było niechcący i nic się tak naprawdę nie stało.
-Jeśli nie masz oczu i zręczności, to nie pchaj się w towarzystwo-  mimo uprzejmości Uli ta odpowiedziała z wyniosłością. —Polskie prostactwo i bezczelność -dodała po włosku.
-Mogłaby pani mnie nie obrażać- odparła Ula w tym samym języku i zbijając kobietę z pantałyku. —Damie to chyba nie wypada?
-Właśnie? Może tak grzeczniej- odezwała się i Wioletta w języku włoskim.
-Żałosna komitywa – odfuknęła im w odpowiedzi już w języku polskim.
-Będzie mi tu obrażać i prychać – rzuciła Wioletta bez jakichkolwiek zahamowania do Uli. 
-Wiola nie warto- hamowała jej zapędy Ula.
-Warto. Niech nie myśli, że skoro masz na sobie fartuszek, to można pomiatać człowiekiem.
-Płacimy im, to wymaga się poszanowania, a nie dyskusji- usłyszały w odpowiedzi, choć Wioletta do niej nic nie mówiła.
-Psia kręć Ulka, zaraz mnie tu krew zaleje- wymruczała Kubasińska.


 Marek, zapominając o Rozalii w piwniczce, z kuchni wyszedł tuż za Ulą i odprowadził ją wzrokiem do najbliższej grupy osób.
Miód malina ta dziewczyna i z charakterem – myślał, spoglądając na nią. Taka, jakie lubię najbardziej. Daleko jej do gąski albo paniusi z dobrego domu. Nawet tu wśród elity błyszczy. Z Rysiowa i okolic jednak raczej nie jest, bo znam wszystkie dziewczęta i kobiety powyżej dwudziestu lat, a takie oczy zapamiętałbym na pewno. Cała jest kusząca i ponętna i muszę umówić się z nią i poznać lepiej.
Przez kolejne minuty jako współgospodarz przyjęcia przechadzał się po ogrodzie i salonie i wraz z rodzicami zajmował się gośćmi. Od czasu do czasu szukał też wzrokiem Uli.


Gdy już obowiązek porozmawiania ze wszystkim gośćmi miał za sobą to zajął się Sebastianem. Przez dłuższy czas przyjaciel zajęty był rozmową z Wiolettą, to nie chciał mu przeszkadzać. Teraz natomiast dostrzegł go samotnego przy stoliku z alkoholem, to podszedł. Ktoś taki jak Janka był wart porozmawiania.
-Widzisz tę dziewczynę rozmawiającą z Wiolettą? - pytał z ożywieniem i nie używając słowa służąca. —Całkiem przypadkiem poznałem ją, gdy pomyliłem z Rozalią. Mówię ci Seba, jest piękna. Sonia i Aniela nie umywają się do niej.
-Tylko wydaje się trochę płaska, a wolisz szczodrzej obdarowane przez naturę–stwierdził Olszański, oceniając stojącą bokiem Ulę.
-Kobieta nie tylko z ciała się składa- rzucił mu sugestywnie.
-Od kiedy? – zapytał ironicznie Olszański.
-Ta intryguje jeszcze i nie wygląda na służącą- odparł, pozostawiając bez odpowiedzi jego docinek. — Jest za delikatna i raz mówił typowo po wiejska i nieśmiało, aby chwilę później mówić miastowo i płynnie. 
-Na twój widok kobitki różnie reagują Marek, to mogło być chwilowe onieśmielenie- zasugerował medyk.
- Raczej nie Seba – z miejsca odrzucił domysły przyjaciela. —Myślałem, że to Rozalka, to zaskoczyłem ją, próbowałem objąć i pocałować.  Tylko że zamiast oddania czułości to oberwało mi się w bok i w policzek, a na koniec zbeształa bez zająknięcia. Jej reakcja na moje amory była natychmiastowa.
-Jak to oberwałeś? – zainteresował się, tym co dla niego było ważne.
-Mało ważne jak – zbył go szybko.  —Chwilę później zaś zaczęła mówić innym akcentem, krótkimi zdaniami, żeby ponownie wrócić do pierwszego akcentu i sensowniejszego formułowania zdań. I znała synonimy do linczu i hegemona. Powiedziałem jej, że mojej mamy za rozmowę ze mną ma się nie obawiać, bo nie zlinczuje jej ani nie jest hegemonem, to odpowiedziała mi, że mamę trudno byłoby nazwać despotką albo posądzić o samosąd.
- Ciekawe Marek- odparł Olszański trochę bardziej zainteresowany niż na początku wypowiedzi Marka. —Może ma jakąś miłą panią i da jej chodzić do szkół- wysuwał też domysły. —Nie każdy jest Pauliną i traktuje służące jak niewolników.  Albo to historia jak z tej powieści Znachor*. Tak naprawdę jest wykształcona, tylko straciła pamięć.
-Sebek nie fantazjuj – rzucił kpiarsko.  — Ale fakt wydaje się, że przewyższa inteligencją niejedną pannę z dobrego domu. Ciekawy jestem, skąd matka ją wytrzasnęła- zastanawiał się też głośno.  —Chodź, podejdziemy do dziewczyn- dodał, ciągnąc za sobą przyjaciela. —Patrzą na nas, a Wiola wydaje się gotowa na przejażdżkę konną.

Tymczasem incydent z Pauliną z winy Wioletty przybrał na sile, a ostatnie zdania dobiegły do uszu Marka i Sebastiana.
-Co się tutaj dzieje? – zapytał Marek, widząc kłócącą się Wiolettę i Paulinę. —Paula, Wiola możecie mi łaskawie wyjaśnić, o co wam chodzi.
-Twoja służąca… – zaczęła Febo.
-Janka nie jest moją służącą- wtrącił Marek. —Jest, jest…
-Jest moją znajomą- dodała Wioletta do Pauliny. —Moją koleżanką a Paulina za nic ją zwyzywała.  Tylko lekko ją trąciła.
- Mogła mnie oblać, gdybym nie odstawiła chwilę prędzej kieliszka z czerwonym winem – mówiła ciągle wzburzona Febo. —Mam bluzkę z Paryża. Twoja mama Marek naprawdę powinna uważniej dobierać posługaczki.
-Robisz z igły widły Paula- rzekł jej jeszcze w miarę spokojnie niedoszły kandydat na męża.
-Bronisz jej, bo masz w głowie tylko służące, tancereczki i aktoreczki- wyrzuciła z siebie brunetka. —Masz ją w kolejce do łóżka albo na siano.
-Nie przesadzaj- odparł zdecydowanie ostrzejszym tonem.
-Może tak nie jest? Przecież żadnej kobiecie nie przepuścisz. Jesteś jak ten …
-Idziemy – przerwał jej stanowczo, odciągając na bok i wzbudzając zainteresowanie gości obok.
- Co za zołza jedna- odezwała się tymczasem Wioletta. —Żeby ją tak koń kopnął albo pokręciło na amen.
-Wiola nie warto języka sobie strzępić- uspokajała Ula.  
-Kiedyś byli razem, ale Matek rzucił ją i teraz się mści- wyjaśnił Olszański. —Nie powinna jednak wywlekać swoich spraw na publikę. Głupia sprawa a tyle zamieszania.
-Nie pana wina panie…- zaczęła Ula.
-Sebastian Olszański- dodał, przedstawiając się Uli i całując w dłoń tak jak jakiś czas temu poznając Wiolettę.
-Janka Kowal- odparła, przybierając tożsamość ich własnej kucharki.


Cała trójka też obserwowała ich z daleka, a z gestów można było odczytać, że Febo dalej jest wzburzona, a Marek robi wszystko, aby ją uspokoić. W końcu ich oczom ukazał się widok, Marka całującego Paulinę.
-Zamyka usta Paulinie-  poinformował ich Sebastian. —Inaczej z nią się nie da. A skąd wy się znacie? – zmienił temat.
-Moja babcia jest główną kucharką i gosposią u rodziców Wioletty, a ja tam mieszkałam jakiś czas- odparła Ula vel Janka, przypominając sobie niejaką panią Marysię pełniącą oba te stanowiska u Kubasińskich a o której słyszała same miłe słowa. Jednocześnie spoglądała też na oderwanych już od siebie Paulinę i Marka i odchodzących w stronę gości.
-Znamy się więc w zasadzie od dziecka- dodała Wioletta. — U- zaczęła słowo Ula, ale nie dokończyła. — Uwielbiałyśmy swoje towarzystwo, razem uczyłyśmy się, bawiłyśmy i dalej tak jest- mówiła, mając tak naprawdę na myśli syna pani Marysi Maćka, z którym przyjaźniła się od dziecka, a teraz z pomocą jej rodziców kształcił się na inżyniera.  —Babcia Janki jest dla nas kimś więcej niż gosposią i traktujemy należycie. Tato od małości wpajał we mnie tę zasadę.
-Bardzo mądry człowiek- odparł Sebastian. —Ja sam staram się leczyć i uczyć o higienie stany niższe i ludność wiejską za Bóg zapłać. Czasami dają mi mendel jaj, twaróg albo jakąś kurę, bo są nauczeni, że jak coś dostają, to trzeba odpłacić się podobną miarką. We krwi to mają. Tylko Febo chyba zatrzymali się na XIX wieku. Wyzysk i zdzierstwo to najgorsze co można uczynić.
-Panie Sebastianie wiarę w młodych ludzi mi pan przywraca- odparła Ula z szacunkiem.
- Zwłaszcza że tyle się słyszy o frywolnych zabawach i hulankach kawalerki- dodała Wioletta. —A pan jest prawym człowiekiem, prawdziwym dżentelmenem i tym bardziej będzie mi miło towarzyszyć panu na przejażdżce- rzekła na koniec z całą promiennością.
-To ja jestem kontent panno Wioletto, spędzić czas w taki miłym towarzystwie- odparł, podając jej ramię.

Na ponowne spotkanie z Markiem Ula długo nie czekała, bo wkrótce po odejściu Wioletty i Sebastiana pojawił się obok niej. Wykładała owoce na paterę, gdy poczuła woń jego perfum. W spiżarce bowiem była wystarczająco blisko niego i długo, aby zapamiętać zapach i poznać na końcu świata.
-Najmocniej przepraszam za Paulinę Janko- rzekł jej do ucha i nie wysilając się na zwrot pani ani panno, a co argumentowała niższym statusem społecznym, a nie bezpośredniością.
- Nie ma za co przepraszać- odparła, próbując mówić bez drżenia głosu. —To ja poniekąd wywołałam zamieszanie.
-To Paulina ma trudny charakter- wtrącił, skubiąc kiść winogron. — Znam ją od dziecka i wiem, że wybucha bez powodu. Trzeba było zawsze jej ustępować – mówił, choć Ula uważała, że opowiadanie obcej osobie o czyichś problemach jest wysoce niestosowne.
-Przykre- odparła krótko.
-Dwa lata nie było jej w Polsce i mama to przyjęcie zorganizowała z okazji jej powrotu- oznajmił jej też.
-Tak wiem. Pana ojciec mi powiedział- odparła trochę bezmyślnie, gdy Marek zamilkł na chwilę, aby przełknąć, to co jadł.
- Rozmawiałaś z moim ojcem? – zdziwił się podejrzliwie.  
-Gdy najmowałam się, to dowiedziałam się, że to przyjęcie to na jej cześć – wytłumaczyła szybko.
-Dokładnie – rzekł już mniej podejrzliwie.  —Dlatego też Paula czuła się honorowym gościem i nie chciała, aby coś zepsuło jej zabawę. Nie będzie ci się jednak już naprzykrzać, bo razem z Aleksem jej bratem odwiozłem ją do ich domu. Mają tutaj niedaleko posiadłość, ale na stałe mieszkają w Mediolanie.  A ty doszłaś już do siebie? – zapytał na koniec.
- Tak i dziękuję za wstawienie się za mną- odparła, spoglądając na niego przelotnie.
-Nie ma za co dziękować- mówił, podkręcając uśmiech, gdy tylko Ula spojrzała na niego. —Pozwolić, aby obrażała cię bezpodstawnie, byłoby niehonorowe. To jesteś znajomą Wioletty i dzięki niej tu jesteś- ni to zapytał, ni stwierdził i zamykając temat Pauliny.
-Poniekąd. Moja babcia była i jest gosposią u Kubasińskich i mieszkałam tam jakiś czas z rodzicami– opowiedziała tę samą historię co Sebastianowi.  —A tu znalazłam się za sprawą Agaty od Cieplaków. To moja znajoma i pomaga u nich. Pana mama potrzebowała kogoś do obsługi, to jestem. Z Wiolettą zaś spotykam się od czasu do czasu- dodała, mówiąc po raz pierwszy całą prawdę.
-Rozumiem- rzekł, kiwając głową. — To, co porabiasz pomiędzy spotkaniami z Wiolettą a obsługą przyjęć- zapytał nieoczekiwanie. — Pytam, bo w to, że jesteś służącą, nie wierzę.
- Jestem prostą urzędniczką w szkolnej kancelarii na Topolowej- odparła, rzucając kolejnym kłamstwem, skoro praca służącej nie przeszłaby.
-To znaczy, że popołudnia masz wolne? –  zapytał.
- A, dlaczego pan pyta? – odparła pytaniem na pytanie i przeczuwając odpowiedź.
-Bo mam szczere chęci umówić się z tobą na spotkanie Janko- odparł bez ceregieli.

Znachor- wiem, że powieść została napisana i zekranizowana później, ale dodałam na potrzeby opowiadania.