niedziela, 3 czerwca 2018

Panicz Marek cz. 9


Po tym, co usłyszała, to miała ochotę wyjść, ujawnić się, powiedzieć co o nim myśli i zobaczyć jego minę. Zatrzymały ją jednak słowa Antonia.
-A ta Janka to, jaka jest w tych sprawach Marco? – pytał zachęcająco. —Dobrze całuje.
Czy oni wszyscy tylko to jedno mają w głowach- zastanawiała się w myślach? Jak dobrać się do dziewczyny?
-Tego jeszcze nie wiem- odparł lakonicznie. —Dzisiaj mija dopiero tydzień od czasu, jak się poznaliśmy i nie jest nawet moją dziewczyną. Ale usta i uśmiech ma bardzo ładne- dodał z rozmarzeniem. —I piękne błękitne oczy.
 Bardzo miło słyszeć  Marek.
- To nad czym ty się zastanawiasz – kontynuował Włoch. — Mały skradziony całus nie zaszkodzi, a może dużo zdziałać.
Nie ma to, jak dobra rada kumpla po fachu- myślała z irytacją.  Ciekawa jestem czy jutro skorzysta.
- Na razie to my spotykamy się bez zobowiązań i świetnie bawię się w jej towarzystwie. Jest między nami jakaś gra uczuciowa i nie chcę jej przestraszyć. Ona nawet rumieni się na mój dotyk.
 Jeszcze trochę a opowie im szczegóły spotkań- pomyślała dla odmiany ze złością. I to kobiety podobno nieustannie plotkują.
 -Czyś ty się w niej nie zakochał przypadkiem- odezwał się dla odmiany Lolek i czym zainteresował ją.
Jeśli teraz powie tak, to oszaleję z radości i z tą całą kotarą wyskoczę na sale. Niezależnie od tego, co inni powiedzą.
-Fantazja cię ponosi – zaprzeczył momentalnie i rozczarował Ulę. —Znasz moje zdanie na temat miłości i zakochiwania.  To jest dobre tylko dla kobiet.
 Zapatrywania to on ma iście nonsensowne. Tylko dla kobiet. Dobre sobie.  Mówi, jakby chodziło o chodzenie w sukienkach albo rodzenie dzieci. To jest tylko zarezerwowane dla kobiet.
-Te twoje poglądy Marek- odrzekł z pożałowaniem Lolek. —Chciałbym doczekać chwili, gdy zakochasz się na zabój.
-Jeśli by się tak stało, to musiałaby mieć coś z mojej mamy, naszej kucharki, byłej niani i takiej jedne dziewczyny.  
-Czyli chciałbyś, aby obdarowywała cię miłością jak mama, rozpieszczała i dogadzała jak kucharka, miała urodę niani i dawała przyjemności takiej jednej- zawyrokował w odpowiedzi Karol.
-W samej rzeczy Lolek- rzekł wyraziście. — Powinna jeszcze pozwalać na wszystko jak babcia i umieć zatrzymać mnie w domu i swoim łóżku. Nie powinna też ględzić  bez sensu.
-Wymagania to masz wysokie Marek- stwierdził Lolek.
- I najważniejsze, żeby pozwoliła mu chodzić na mecze z kumplami- dodał Antonio.  —Tak jak moja dama mi pozwala. 
-To obowiązkowo- odparł Marek.  
I co teraz Ula- pytała tymczasem samą siebie. Komplikujesz sobie życie. Mam nauczyć go miłości i uczuć. Żyć bez miłości też byłoby bez sensu. Do tego zadręczać się czy nie poszedł do innej. I dlaczego w nim musiałam się akurat zakochać?  Przecież połowa światu tego kwiatu.
Panowie w kawiarni zostali jeszcze jakiś czas, ale rozmawiali na temat piłki nożnej i czekającym ich popołudniem meczem pomiędzy Legią Warszawa a Pogonią Lwów. Ula zaś po tym, co usłyszała, miała mieszane uczucia. Marek niby mówił o niej w samych zaletach, ale kto chciałby być koniecznością. W dodatku z kimś, kto ciągle rozgląda się za innymi kobietami. Ze swoich rozterek postanowiła zwierzyć się Wioli. Już prędzej były umówione na popołudnie, to wsiadła w pierwszy tramwaj i pojechała do posiadłości Kubasińskich.


-Marek z kolegami był dzisiaj u nas w kawiarni- zaczęła, gdy usiadły razem w ogrodzie.
-I wszystko się wydało Ulka – wtrąciła.
-Nic się nie wydało, Wiola. Daj mi opowiedzieć wszystko po kolei. Zauważyłam go, jak wchodził z dwoma kolegami, to się schowałam za zasłonką, a oni akurat usiedli za nią i zaczęli rozmawiać o naszych kelnerkach i że muszą zatrudnić równie ładnie.  
-Po co im kelnerki? – zapytała, gdy Ula zamilkła na chwilę, aby upić łyk soku.
-Nie wiem. Do tego nie doszli. I nie to jest najważniejsze. Później temat zszedł na mnie, to znaczy na temat Janki. Marek mówił, jaka to jestem ładna, mądra, intrygująca i takie tam Wiola. Same zalety. Nie powiem było, to miłe do czasu, jak temat nie zszedł na temat małżeństwa i nie powiedział, że jest mu dobrze, jak jest i na ślub ochoty nie ma. W końcu powiedział, że chyba tylko ze mną mógłby się ożenić. 
-Ale to chyba dobrze? – pytała niezdecydowanie, bo nie nadążała za wypowiedzią Uli. —Chce brać z tobą ślub pomimo tego, że nie wie, kim jesteś.
-Właśnie, że niedobrze Wiola- odparła pewnie.  —Wychodzi na to że mam być ostatecznością, a nie miłością. On jest dokładnie jak ci bohaterowie niektórych romansów, gdzie połowa z nich ma nałożnice, prowadzi się jak Marek, a ślub traktują jak dopust boży. Marek w dodatku nie wierzy, że można kogoś kochać i brać ślub kochając.
 -Teraz rozumiem- mówiła posępnie. — Pocieszę cię, jeśli powiem, że później, gdy poznają, co to znaczy miłość i zakochują się na zabój, to się zmieniają.
-Chyba tylko w książkach i filmach- wymruczała bez wiary. —W prawdziwym życiu rzadko tak bywa. Wiem przynajmniej co myśli i znam jego plany.
-I co teraz zrobisz?  Dalej będziesz spotykać się z nim- pytała z zainteresowaniem. —Jakby co to Maciuś ciągle jest tobą zainteresowany- delikatnie wspomniała o swoim przyjacielu.
-Dzięki Wiola, ale serce nie sługa- grzecznie odmówiła.  —Maciek może i jest odpowiednim chłopakiem na męża i bardzo lubię go, ale moje serce jest zajęte od dziesięciu lat i nic na to nie poradzę.  A wracając do Marka, to skoro on zamierza grać uczuciami, to ja również mogę dalej ciągnąc swoją grę. Sam powiedział, że na razie nic nie jest na poważnie. Na jutro jesteśmy umówieni, to stoczymy kolejną grę słowno- uczuciową.
Marek tymczasem niedzielne popołudnie miał już zaplanowane. Parada, spacer po parku i kino. W nocy zaś miał piękny sen z Janką i samym sobie w roli głównej. Chodzili razem po górach, trzymając się za ręce, a Janka była ciągle uśmiechnięta, radosna i wyglądała pięknie. Sam też na brak humoru nie narzekał i cieszył się tymi chwilami. O tyle było to dziwne, bo rzadko coś mu się śniło i jeśli tak było, to snów nie pamiętał. Teraz było to tak realne, że chciał dalej spać i śnić. Rano natomiast stwierdził, że faktycznie trzeba kiedyś ożenić się, spłodzić dziedzica i skoro ma już zakładać rodzinę to tylko z Janką. 



 Piętnasty sierpnia był pogodnym dniem i bardzo odświętnym. Tego dnia jak co roku przypadało święto narodowe Wojska Polskiego oraz kościelne potocznie nazwane Matki Boskiej Zielnej i ulice Warszawy przybrane były jak na Boże Ciało. Mieszkańcy również byli bardziej eleganccy i licznie wylegli na ulice. Jedni szli do kościoła z bukietami ziół, zbóż i kwiatów a inni wracali z niego i szli na trasę przemarszu wojsk.


Wśród tych drugich była Ula i Marek. Ona ubrana odważnie i elegancko, bo w błękitną bluzkę we wzory z odsłoniętymi ramionami, a Marek bardziej luzacko i wyglądał na rozrabiaka w koszuli w kratę i kaszkiecie.  Trudno było też, aby nie spoglądali na siebie z wyrazem zachwytu.


-Chciałem być kiedyś żołnierzem – rzekł jej do ucha, gdy oglądali przygotowania do defilady. —Tak do trzynastu lat. Teraz wiem, że ciężko być wojskowym. Upał a oni w mundurach muszą się prażyć. Później to marzyłem, aby być wynalazcą, odkrywcą i podróżnikiem jak Fogg z Osiemdziesiąt dni dookoła świata.
-Tak jak każdy chłopiec Marek. A tym żołnierzem chciałeś być, dlatego że za mundurem panny sznurem? -  zapytała przekornie.
- Skąd Ula. Jeszcze wtedy nie interesowały mnie dziewczyny. A ty kim chciałaś być jako dziewczynka?
Od czasu jak skończyłam trzynaście lat to twoją żoną- pomyślała.
-Jak to dziewczynka. Mamą i żoną. Chciałam mieć jeszcze drogerię i móc wąchać wszystkie te kremy, wody toaletowe, proszki. I czytałam typowo dziewczęcą literaturę.
- Romanse nazywając rzecz po imieniu- rzekł z wyraźną przycinką.
- Książki z serii o Ani- wtrąciła. —To nie jest typowy romans, chociaż ślub Ani i Gilberta ma miejsce.  I nie wiem, co masz do romansów, skoro mówisz o tym tonem wymówki.
-Bo ciągle podobny schemat przewija się w nich. Ona zazwyczaj dobra, on z tych gorszych, kiedyś spotykają się i po komplikacjach biorą ślub. I ile można czytać o miłości do grobowej deski Janko? Z kolejnymi latami małżeństwa i tak jest to przyzwyczajenie- mówił nonszalancko. —Może nie zawsze, ale jest i małżonkowie spotykają się głównie w czasie posiłku.
-Jeśli tak myślisz to mi ciebie szkoda Marek- odparła dosadnie.
-Jestem za stary, aby wierzyć w jedyną prawdziwą miłość- tłumaczył swoje racje, które już dobrze znała. —I gdyby istniała miłość, to chociażby raz trafiłaby mnie, choć najmniejsza strzała Amora. Zresztą część moich znajomych, szczęśliwych małżonków- dodał z akcentem, brała śluby z rozsądku, bo połączenie majątków dawało korzyść.  Trzeba też oczywiście dziedzica spłodzić w prawowitym łożu- dodał na koniec zaczepnie.
 -To ty jako jedynak masz zadanie bojowe- rzuciła ripostą. — A czas ucieka paniczu Marku. Zwłaszcza że nie masz jeszcze żony, a i tak panowie mają to do siebie, że sypialnie żon odwiedzają rzadko, a swoje potrzeby zaspokajają gdzie indziej- dodała, wprawiając go w osłupienie.
Odpowiedzieć mu ani dalej rozmawiać niedane im było, bo orkiestra zaczęła grać marsza, a wojsko rozpoczęło swój przemarsz w kolumnach bądź na koniach.  Musiał jednak przyznać, że Janka po raz kolejny w rozmowie była górą i coraz bardziej chciał chociaż raz wygrać z nią i zamknąć jej skutecznie buzię. Nawet jakby miał to być pocałunek.


Wojskowi w końcu przedefilowali, działa przejechały, a ludzie opuszczali plac defilad.  Oni zaś wraz z nimi i niektórymi z nich powędrowali w stronę parku na obiecany przez Marka spacer. Chwilę pochodzili alejkami, nakarmili kaczki i poszli w stronę rabat z kwiatami. Po drodze Marek kupił im lizaki w kształcie serca.
-Proszę- rzekł, podając jej drobiazg. —Możesz poczekać i zjeść w kinie Janko.  To tak w zamian cukierków.
-Dzięki Marek- odparła, uśmiechając się z wdziękiem.  —Już z wyglądu jest słodki.  Ale czy musimy iść do kina? Pogoda taka ładna, a tam będzie zaduch.
- Nie musimy. Kino możemy zostawić na jakiś dzień, gdy pogoda nie będzie dopisywać. Dzikuska tak szybko nie zejdzie z ekranów.
-Wybrałeś romans? Zadziwiasz mnie.
-Do wyboru było to albo późniejszy seans i western W starej Arizonie. Na miłośniczkę westernów jednak mi nie wyglądasz.
-Aż takim jesteś znawcą kobiet? – pytała, odganiając jednocześnie natrętną pszczołę, która dobrała się do jej lizaka, zanim ona zdążyła spróbować go. —Psia kręć- dodała gwałtownie.
-Użądliła cię- zapytał z troską i zanim zdążyła coś zrobić, to wziął jej dłoń do swojej i delikatnie pocałował miejsce ze śladem żądła.
-To nic takiego- mówiła z onieśmieleniem na jego gest.  Marek co prawda całował już ją w rękę przy powitaniu i pożegnaniu, ale tym razem było to coś całkiem innego. Stał w dodatku bardzo blisko niej.  —Nie jestem uczulona na jad pszczeli- dodała, spoglądając na niego. On zaś jakby czekał na to, bo chwilę później pochylił się i delikatnie musnął jej usta.


A jednak posłuchał rad tego całego Antonia- przemknęło jej przez myśl, zanim oddała mu swoje usta w pełni.
Był to jej pierwszy pocałunek, a kolana już uginały się pod nią. Serce zaś zaczęło bić szybciej, a lizak upadł na ziemię. Marek tymczasem z delikatnością pieścił jej usta, obejmując w pasie, a ciepło ust rozchodziło się po całym ciele.  
-Przepraszam Janko. Nie powinienem- rzekł, gdy oderwali się od siebie.
-Nie powinieneś- poparła go, oblizując nerwowo usta.
-Ale całował cię już ktoś? – zapytał wprost.
-A ty masz zwyczaj całować każdą znajomą dziewczynę? – odparła pytaniem na pytanie. — I kim właściwie jestem dla ciebie?  
- Na pewno zwykłą znajomą nie jesteś Janko- oświadczył klarownie.  —Znajomą to jest pani ze sklepiku przy urzędzie, gdzie pracuję. Ty jesteś młodą, interesującą dziewczyną, z którą chętnie spędzam czas- dodał, podkreślając swój uśmiech.
- Pewnie każdej tak mówisz- odparła, choć wiedziała, że mówi prawdę, bo miała okazję coś podobnego usłyszeć, gdy rozmawiał ze znajomymi.  Nie chciał jednak wyjść na osobę, która łyka każdy pierwszy lepszy komplement. Była też ciekawa co będzie dalej. —A ja jestem w dodatku zwykłą urzędniczką, a nie dziewczyną po szkołach i z dobrego domu.
-Zapewniam cię, że w twoim towarzystwie czuję się znacznie lepiej niż przy pannach z dobrego domu, jak to ujęłaś- mówił, cedząc słowa. —One są nudne i chichoczące z byle powodu, a ty na każdym kroku czymś mnie zaskakujesz. Spotkania z tobą są zajmujące, czekam na nie z utęsknieniem i nie chcę tego kończyć. Chcę nawet więcej. Chcę widywać cię dalej i liczę na dłuższą znajomość.
-Ale jak to widywać dalej? – pytała z zająknięciem, gdy skończył mówić.
-Inaczej to ujmę. Chcę umawiać się z tobą na randki Janko.
Matuchno kochana, on chyba naprawdę chce swój plan wprowadzić w życie. Długo nawet nie czekał. I co mam mu odpowiedzieć?  Szczere do końca to nie jest.
-Teraz nie musisz dawać mi odpowiedzi- kontynuował, gdy Ula zajęta była swoimi myślami. —Poczekam parę dni, jeśli trzeba będzie.

niedziela, 27 maja 2018

Panicz Marek cz. 8


Po pożegnaniu z Jakubikiem Marek postanowił skorzystać z godziny wolnego czasu, jaki pozostał mu do spotkania z Sebastianem i pojechać na ulicę Kopernika. Tam właśnie mieszkał znajomy, do którego próbował dodzwonić się parę minut prędzej. Teraz również miał pecha, bo nikt mu nie otwierał, a chciał podzielić się dobrymi wiadomościami. Później z racji ciągle wczesnej godziny poszedł sprawdzić niedzielny repertuar kina i do Klubu 26 zawitał tuż przed osiemnastą. Chwilę po nim przyszedł również Olszański.


-Opowiadaj Marek, jak tam twoja kolejna randka? - zachęcał z uśmiechem Sebastian. —Bardzo udana?
-Nawet bardzo- mówił z zadowoleniem. —Rozmawialiśmy na wiele tematów i teraz wiem, że to nie moje złudzenia i Janka jest naprawdę wyjątkowo inteligentna.
-I wyjątkowo ładna- wtrącił. —Twój typ Marek, bo z ciemnymi włosami.
-Nawet jako blondynka byłaby interesująca- rzucił z rozmarzeniem. —Anioł w ludzkiej postaci.
-To, co Marek mam już szykować sobie frak na twój ślub? – zapytał, spoglądając na przyjaciela. —I jako twój najlepszy kumpel liczę na zacne wyróżnienie bycia drużbą.
-Seba znamy się sześć dni, a ty już widzisz mnie na ślubnym kobiercu- wtrącił zirytowany. —Nawet od mojej mamy jesteś szybszy. Ona pyta mnie o to przynajmniej po miesiącu jakiejś znajomości.
Sześć dni się znacie? Dobre Marek. Nawet nie przypuszczasz, jak się mylisz- myślał Sebastian.
-Niektórym wystarczy jedno spojrzenie, żeby wiedzieć, że to ta jedyna- odparł poważnie.
-Nie mów mi tylko, że dołączyłeś do klubu miłość od pierwszego wejrzenia i zakochałeś się w Wioli- mówił kpiąco.
-Jeśli nawet to nie można?
-Można, ale czy nie lepiej sprawdzić, jak całuje.  Chociaż całowanie z Janką musiałoby być nieziemsko przyjemne.
-Nie galopuj tak z marzeniami o całowaniu Janki, bo już raz oberwało ci się za całowanie w szyje- przypomniał mu z małą satysfakcją.
-Ma charakterek dziewczyna- odparł, przypominając sobie tę krótką chwilę w spiżarni, gdy objął ją i poczuł całkiem przyjemne ciałko.
-Zakładam, że ten charakterek to kolejna zaleta, a nie pierwsza wada? - stwierdził sugestywnie.
-A skąd te przypuszczenia?
-Po minie widać Marek. Szkoda, że nie widzisz siebie, jak mówisz o Jance.
-Widzisz, to co chcesz widzieć- odparł od niechcenia, bo do tego, że przyjaciel ma rację i jest krok od zakochania się, nie zamierzał się przyznawać.
-Nic mi się nie wydaje- mówił pewnym głosem. —Jesteś na dobrej drodze do zakochania się na zabój. I nie zaprzeczaj Marek.
-A co u ciebie i Wioli? - zapytał zamiast zwierzeń. —Randka udana? – zapytał pierwszym jego pytaniem.
-Udana. Wiolka pomimo tego ma trochę dziwne powiedzenia, to jest w tym coś ciekawego. Trudno nudzić się w jej towarzystwie.
Jak w towarzystwie Janki- pomyślał Marek.

Detektyw Barański tymczasem czasu nie marnował i towarzyszył Markowi przez całe piątkowe popołudnie. Dopisywało mu również szczęście, bo w czasie, gdy Marek rozmawiał z Jakubikiem, to on od jego sąsiadów dowiedział się, że ten ma mieszkanie do sprzedania. Później usłyszał rozmowę telefoniczną Marka z jakimś Lolkiem i to, że podpisuje umowę i mogą zacząć coś za dwa tygodnie. W kamienicy na Kopernika szczęście również go nie opuściło, bo kobieta, z którą rozmawiał była przygłucha i mógł usłyszeć, że Dobrzański szuka jej sąsiada Antonia. W Klubie 26 natomiast miał najmniej szczęścia, bo gwar zagłuszał rozmowę i jedynie pojedyncze słowa wskazywały na to, że panowie rozmawiają o kobietach. Był też drugi powód rozproszenia jego uwagi.  Do jego stolika bowiem dosiadła się atrakcyjna brunetka o wdzięcznym imieniu Anka. Kobieta nieprzypadkowo wybrała jego stolik, bo był tuż obok stolika, przy którym siedział obiekt westchnień bratanicy. Podobnie też jak jej towarzysz miała nadzieję, że usłyszy, o czym rozmawia z przyjacielem. Była również ciekawa czy zainteresuje się jakimiś dziewczętami. Nic takiego miejsca jednak nie miało i po dwóch godzinach samotnego spotkania opuścili lokal i rozeszli się w swoje strony.
Następnego dnia zaś od rana pan Barański zajął się tajemniczym Antonio i panem Jakubikiem.  W pierwszym miejscu od znajomego policjanta dowiedział się, że to spokojny, życzliwy Włoch i że jest kucharzem specjalizującym się w kuchni śródziemnomorskiej.  W drugim zaś od niezawodnych sąsiadów, w której knajpie przesiaduje Jakubik. Zastał go tam samego przy stoliku, to się dosiadł i po małych namowach opowiedział mu o planach Marka i otwarciu usług dla ludzkości Niebiańska rozkosz. Choć słowa Jakubika wskazywały na to, że Marek chce otworzyć przybytek miłości, a nie restaurację jak mniemał po rozmowie z mundurowym, to wolał poczekać i sprawdzić wszystko dokładnie niż niepotrzebnie martwić Dobrzańskich.   

Marek tymczasem jak to w soboty pospał sobie dłużej. Obudził go zaś warkot samochodu na podwórku i z ciekawości wyjrzał przez okno. To co zobaczył, zaś zdziwiło go, bo najnowszy model Mercedesa rodziny Febo z otwieranym dachem parkował przed ich domem, a dziewiąta rano w sobotę dobrą porą na wizyty towarzyskie nie była.  Chwilę później z samochodu wyszli rodzice Pauli i Aleksa i skierowali się do wejścia. 


On tymczasem narzuciwszy na siebie szlafrok, wyszedł z pokoju i podążał w stronę toalety. W korytarzu zatrzymała go jednak rozmowa mamy i cioci i wiedziony ciekawością przystanął przy schodach.
-Wyjeżdżacie jednak- usłyszał z ust matki będącą jeszcze z przyszywaną ciotką w holu.
-Tak będzie najlepiej dla Pauliny- odparła Febo. —Zmiana otoczenia zawsze jej pomagała, a w Krakowie nigdy nie była. Może później wiedziemy jeszcze w góry. Dłużej niż dwa – trzy tygodnie jednak nie zabawimy Helenko, a przez ten czas szum związany z Hanią minie jej.
-Na pewno ułoży się wam wszystko- pocieszała przyjaciółkę. —A po powrocie wszystko lepiej będzie wyglądać.
-Nie wiem Heleno. Jest coraz bardziej zdesperowana, a lata lecą. Na rodzenie dzieci to już najwyższy czas-  usłyszał jeszcze głos cioci, zanim weszła do salonu z jego mamą. 
Nad tym, o czym rozmawia jego matka z ciotką, zastanawiać się nie musiał, bo o zbliżających się zmówinach bliskiej sąsiadki Hani Korczyńskiej i jego kolegi Witolda Olchowicza wiedział. Reszty zaś się domyślał. Hania bowiem była od Pauliny o trzy lata młodsza, mniej urodziwa i znacznie mniej zamożna niż ona i znalazła sobie narzeczonego. Paulina zaś za dwa miesiące kończyła dwadzieścia dziewięć lat a dla kobiety to wiek trącający staropanieństwem. Była też ostatnią panną w okolicy dobrze urodzoną powyżej dwudziestu pięciu lat, a kandydata na narzeczonego nie było widać.

Gdy półgodziny później odświeżony i ubrany zjawił się na dole na śniadaniu, to po Febo śladu nie było, a rodzice rozmawiali o zmówinach Hani.


-Pan Korczyński i Olchowicz podobno pieniędzy nie szczędzą na zaręczyny swoich dzieci, a ślub ma się odbyć już w październiku- mówił Krzysztof. —A ty Marek jak tak dalej pójdzie, będziesz jedynym kawalerem w okolicy po trzydziestce- dodał do syna, zanim ten zdążył usiąść.
- Tato nie wie, że jak w sobotę zmówiny, a w niedzielę ślub, to pewnie za tydzień chrzciny- odparł przewrotnie. (Powiedział tak, bo w opowiadaniu jest 14 sierpnia, a ślub ma się odbyć w miarę szybko.)
-Nie wymądrzaj się synku- odparła mu matka. —Ojciec ma rację. Zostałeś tylko ty i Zygmunt.
-A mama myśli, że tak łatwo jest znaleźć odpowiednią kandydatkę na żonę- ni zapytał, ni stwierdził.
- Inni potrafią tylko nie ty- odparła dosadnie.  — Nie musi być od razu z jakiegoś szlacheckiego domu Marek. Wystarczy, że będzie porządną panną w miarę inteligentną, umiejącą prowadzenia salonowej konwersacji.  Uroda jest mniej ważna, choć znając ciebie, to brzydulą się nie zainteresujesz. Tak jak jakąś zahukaną dziewczyną. Może ktoś z miasta? Wszak pracujesz w urzędzie i nie wierzę, żeby nie było tam nikogo odpowiedniego- mówiła z nadzieją, że syn wspomni o Jance.
- Zawsze my możemy znaleźć ci kogoś- dodał Krzysztof. —Marysia Adamiak albo Ula Cieplak. Obie młode po dwadzieścia trzy lata.  Wiek w sam raz na rodzenie dzieci. Paulina również ciągle tobą zainteresowana.
-Porozglądam się – wtrącił, bo związkiem z żadną z nich zainteresowany nie był. Paulina miała wredny charakter, Marysia bez powodu chichotała, a Ula urodą nie powalała. (Pomylił ją z inną dziewczyną)

Po śniadaniu zaś pojechał do Warszawy spotkać się ze znajomymi.  Karolem nazywanym Lolkiem oraz Antoniem. Gdy dojechał w umówione miejsce, obaj panowie czekali na niego.
-Zapraszam was do Szarlotki naszej cukierni na kawę i próbki wypieków- rzekł im po przywitaniu. —Z Pshemko co prawda nie rozmawiałem jeszcze, ale znając go, to będzie chętny do współpracy.  
-Potrzebny będzie jeszcze dobry barman- odezwał się Włoch. —Taki który umie słuchać. Staje się to modne we Włoszech to i do Polski moda przyjdzie.
-Chyba znam kogoś takiego- odezwał się Lolek.
-To pilnuj go, żeby ktoś go nam nie sprzątnął sprzed nosa – rzekł Antonio. —Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, to Ogród smaków wkrótce będzie najlepszą restauracją w mieście.
-Jeśli pan Jakubik się nie od myśli - zawyrokował Karol.
-Jak nie tam to gdzie indziej- oznajmił Marek.  —Wiecie, powiedziałem mu, że otwieram usługi dla ludzkości Niebiańska rokosz i jest przekonany, że to dom rokoszy. Już na samą myśl się ślinił.
-To się pan Jakubik zdziwi- odparł Antonio.


 Ula tymczasem sobotę podzieliła pomiędzy dom, pomoc w cukierni i ciocię.  W pierwszej kolejności, bo już z rana poszła właśnie do ciotki. Głównie po to, aby popatrzeć na kwiaty, które dostała niedawno od Marka i opowiedzieć cioci o ostatnim spotkaniu z Dobrzańskim. Ciotka o spotkaniu Dobrzańskiego w klubie jednak nie powiedziała. Później pomagała w cukierni, bo ruch w soboty był zawsze większy. Wchodzącego Marka w towarzystwie znajomych spostrzegła w ostatniej chwili i schowała się za zasłonką. Oni tymczasem usiedli tuż za zasłonką i choć podsłuchiwanie dobre nie było, to nie mogła oprzeć się pokusie.


-Bardzo ładne kelnerki tu mają- usłyszała z ust obcokrajowca, jak wywnioskowała po akcencie. —Musimy pomyśleć i dla nas o jakichś ślicznotkach -dodał, rozglądając się po sali.
-Zdecydowanie muszą być ładne Antonio- usłyszała w odpowiedzi głos Marka. —Będzie na co popatrzeć. A póki co muszę tutaj częściej zaglądać. Może uda mi się którąś wyrwać.
On naprawdę ma tylko jedno w głowie.  I jest dokładnie taki, jak o nim mówią i piszą.
-Wam tylko jedno w głowie- rzekł trzeci mężczyzna, czytając w jej myślach i jak wywnioskowała Polak, bo nie miał obcego akcentu. —Najważniejsze, żeby umiała podawać.
-Jedno drugiemu nie zawadza Lolek- odrzekł mu Marek. — I zawsze będzie kogo trzepnąć w..
-To ma być elegancka restauracja, a nie knajpa- wtrącił tenże Lolek.
-Żartowałem przecież- rzucił w odpowiedzi Marek.
-Ale na zapleczu dobra kanapa nie zawadzi- dodał obcokrajowiec.
-Wy wieczni kawalerowie macie jedno w głowie- stwierdził najporządniejszy z nich, jak nazwała go w myślach.
-Lolek oszczędź kazania- odparł mu ponownie Marek.  —Wystarczy, że rodzice marudzą mi o ustatkowaniu się przy każdej nadarzającej się okazji. Znajdź sobie porządną żonę i żyj po bożemu.  Nawet przed przyjazdem tutaj zrobili mi wykład.
-Tylko że prawie wszystkie porządne panny to nudziary albo zajęte- dodał Włoch.
-Ja znam taką jedną, która jest porządna i sprostowałaby wymaganiom mamy- zakomunikował im tajemniczo Marek. —Piękna, dystyngowana, inteligentna. Do tego intryguje, z charakterem i ciętym języczkiem.
Okłamuje mnie? Ma inną? 
-To na co czekasz? – pytał Lolek. —Bierz ją. Ja mam żonę i dziecko i nie narzekam.
-Bo ja w ogóle nie mam ochoty na ślub- usłyszała zdecydowany głos Marka. —Jest mi dobrze, jak jest, a jak potrzebuję kobiety, to wiem, gdzie pójść.  Jeśli jednak miałbym ożenić się to fakt tylko z Janką Kowal.
To ja? I może mam się jeszcze cieszyć, bo panicz łaskawie mnie chce wybrać? Mam być obowiązkiem, koniecznością, ostatecznością. A co z miłością?

niedziela, 20 maja 2018

Panicz Marek cz. 7


Warszawska oranżeria pełna była zwiedzających, ale im to nie przeszkadzało i spędzili tam dobrą godzinę. Najpierw tak jak chciała Ula zwiedzili palmiarnię, później kolejno oranżerię pod dachem, a na koniec przechadzali się po ogrodach. Przez cały ten czas nie nudzili się ani przez chwile, bo tematy na rozmowę same się znajdywały. Marek musiał też przyznać, że Janka miała ogromną erudycję w wielu dziedzinach życia. Znała się na polityce, kulturze i ekonomii. W zanadrzu miała również masę ciekawostek.


-Ta odmiana róży to róża damasceńska i pojawiła się w Europie dzięki zakonnikom- rzekła mu, zanim zdążył spojrzeć na karteczkę. —Najbardziej jednak rozsławiła ją cesarzowa Józefina, która była miłośniczką róż i ogrodów.  Razem z botanikami i ogrodnikami do swojej posiadłości Malmaison sprowadzała kwiaty, drzewa i krzewy, aby móc spełniać swoją życiową pasję i stworzyć niepowtarzalny ogród. Miała tam ponad dwieście pięćdziesiąt gatunków róż Marek. Niestety, ale po jej śmierci i przez wojnę francusko- pruską ogród zniszczał. Na szczęście zostały ryciny, odbudowano ogród i do dzisiaj można oglądać wierną kopię.  Sama byłam w ogrodzie i muszę przyznać, że robi wrażenie.
-Janko wielki szacunek za wiedzę- rzekł z podziwem, gdy skończyła swój wywód.
-Po prostu mam dobrą pamięć i mówię, to co usłyszałam od przewodnika i wyczytałam w książkach- odparła skromnie.
-Mimo to gratuluję wiedzy- mówił, będąc ciągle pod wrażeniem jej wiedzy. —Musiałabyś z mamą porozmawiać, bo ogród a w szczególności kwiaty to jej pasja. Ciągle szuka nowych odmian kwiatów, coś zmienia w ogrodzie i nie lubi, gdy coś albo ktoś psuje jej efekt wyglądu. Krety, mszyce, mrówki, ślimaki to jej udręka.
-Nikt nie lubi- mówiła rzeczowo. 
-Na pewno Janko.  Ja na uprawie ogrodu kompletnie się nie znam i tylko niektóre kwiaty i drzewa odróżniam. Zdecydowanie od flory wolę faunę. Od dziecka tak mam. Gdy byłem mały, to znosiłem do domu bezdomne kotki i pieski, choć mama była zła, bo ciągle miała pokopane dołki w ogrodzie. W ogóle lubiłem zwierzęta i wszelkie stworzenia pełzające, chodzące i latające- zaczął opowiadać z uśmiechem na ustach. —Nosiłem robaki i żaby w rękach, aby dziewczyny postraszyć, wchodziłem na drzewa i podglądałem, jak wylęgają się ptaszki. Kiedyś nawet wyciągnąłem szczeniaka i sam chciałem wychować go od całkiem małego.  
-To miałeś fajnie- odparła, uśmiechając się na jego opowieść. —My mieliśmy kiedyś pieska Pchełkę, ale po urodzeniu siostry trzeba było go oddać, bo za bardzo nie akceptował niemowlaka.
-Mój miał na imię Saba. A tak naprawdę to zawsze chciałem mieć małpkę, ale mama mówiła, że to niedorzeczne, bo małpki to niedomowe zwierzątka, nie miałbym czym je karmić i nikt małpek w domu nie trzyma.  
-Oliver Hardy* ma małpkę – wtrąciła. —To taki amerykański komik.
-Wiem kto to, ale nie wiedziałem, że ma małpkę- odparł autentycznie zdziwiony. —Ciągle mnie czymś zaskakujesz Janko.
Chwilę później zadziwiła go ponownie, kiedy to płynną włoszczyzną odpowiedziała zagubionym turystom na pytanie, w który tramwaj mają wsiąść, aby dojechać do Zamku Królewskiego.
-Nauczyłam się włoskiego przy Wioli- wytłumaczyła, gdy para odeszła. —Jej nauczycielce było obojętne czy uczy jedną osobę, czy dwie, a Wioli było raźniej.
W tłumaczenie uwierzył, bo on sam w zamierzchłych czasach pobierał nauki z dziećmi z okolicy, a nauczyciel pieniędzy od dziecka nie brał tylko od godziny. Było mu też trochę głupio, bo włoskiego nie znał, a od dwudziestu lat miał styczność z Febo.
-I jak widać, niedaremno uczyłaś się języka Janko- odparł, będąc ciągle pod wrażeniem jej umiejętności.  —A nie myślałaś uczyć się dalej? - zapytał nieoczekiwanie. — Ze swoją wiedzą mogłabyś daleko zajść.
-Tak jakoś się składa, że nie planuję kontynuować nauki.
-To znaczy, że zamierzasz wyjść za mąż? – ni spytał, ni stwierdził.
-Nie twoja sprawa Marek- odburknęła.
-Owszem, ale każda młoda kobieta dąży do tego. Prędzej czy później ten instynkt się odzywa.
- Ja nie należę do tych kobiet, dla których największymi aspiracjami jest znaleźć męża i to najlepiej jak najbogatszego, aby później móc leżeć, pachnieć i przywoływać dzwoneczkiem służbę- mówiła bardzo pewnie, choć z nim, pomijając leżenie, wiązała dokładnie takie plany. —Ty swoje lata również masz i chyba czas pomyśleć o przyszłości- dodała też z małą złośliwością.
-Fakt będę musiał pomyśleć o tym- odparł bez urazy na jej docinek. —Rodzice ciągle o tym trują.
Dlaczego mówi mi o tym teraz? – zastanawiała się tymczasem Ula. Czyżby mój plan wypalił i zainteresował się mną, bo myśli, że jestem z niższego stanu? I dlaczego gustuje w takich kobietach?  Równie dobrze mógłby przecież gustować w inteligentnych dziewczynach. Mam też inne walory. Jestem ładna, lubiana, miła i . I skromność do nich nie należy- upomniała się w myślach.
- To, co Janko idziemy do tej twojej restauracyjki? -zapytał, wybijając ją z myśli. —Od drugiego śniadania nic nie jadłem, a dochodzi siedemnasta.
-Idziemy- odparła.
Kolacja w restauracyjce Sto Smaków była równie udana. Marek postanowił zamówić sobie górę pierogów okraszonych słoninką z cebulką a Ula znacznie zdrowszego omleta.
- Miałaś rację Janko- mówił z pełnymi ustami. —Pierogi są pyszne. Najwspanialsze, jakie kiedykolwiek jadłem.
-Pyszne i niezdrowe z tą okrasą- odparła klarownie.
-Na tym się również znasz? – pytał pomiędzy jednym a drugim kęsem. 
-Nie trzeba dużej wiedzy, żeby wiedzieć, że opychanie się mąką i tłuszczem zdrowe nie jest. Piszą o tym w poradnikach o zdrowym odżywianiu, to wiem.
-Tylko że wszystko, co niezdrowe, przyjemne i zakazane jest zazwyczaj i dobre- stwierdził, akcentując słowa przyjemne i zakazane.
-I prowadzi do chorób- wtrąciła. —A ty jesteś za młody na chorowanie. Spytaj Sebastiana, to ci opowie szczegółowo o niezdrowym odżywianiu się i braku warzyw i owoców w diecie. Złe nawyki odżywiania to u mężczyzn norma. Zwłaszcza gdy później siedzą w domu w salonie na kanapie z gazetą, a jedynym sportem i spaleniem kalorii w mieście jest pójście na karty do kolegi albo wiadomo co.
- Co? -zapyta, bo spodobała mu się ta wymiana zdań.
- To przyjemne dla mężczyzn- odparła krótko i na temat.
Swoją odpowiedzią po raz kolejny zaskoczyła go i po raz kolejny pomyślał, że nigdy do tej pory tak bezpośredniej i inteligentnej kobiety nie spotkał i że ani przez chwilę w jej towarzystwie nie był znudzony. Siedział naprzeciwko niej słuchał co mówi i patrzył w jej piękne oczy, uśmiech, usta i napawał się jej urodą. Dostrzegł również parę piegów na nosie, co później ciągle przyciągało jego uwagę. 


- Co powiesz na kawę Janko i coś słodkiego? – zapytał zachęcająco w odpowiedzi, bo żadna riposta na jej odpowiedź do głowy mu nie przychodziła. —Napijemy się, a później odprowadzę cię do domu.
- Kawa chętnie, ale do domu to już sama trafię- oznajmiła mu dość wyraźnie i pozbywając go złudzeń, że zmieni zdanie.  —Mam stąd tramwaj.
-To odprowadzę cię na przystanek Janko- zadeklarował uprzejmie.  —Tak wypada grzeczność wobec kobiety.
-Tam możesz- odparła.


Czas przy kawie szybko minął i razem poszli na przystanek tramwajowy. Tam dużo czasu dla siebie nie mieli, bo jak tylko doszli, to tramwaj jadący na ulicę Miedzianą podjechał i Ula wskoczyła do niego. Zdążyli tylko umówić się na niedzielne popołudnie i powiedzieć sobie cześć.  Po rozstaniu z Ulą Marek wiedziony chęcią zobaczenia, gdzie mieszka postanowił, że zaryzykuje i dojedzie motorem na skróty na miejsce, na którym wysiada najwięcej pasażerów z tegoż tramwaju.  Szczęście dopisało mu, bo w grupie osób dojrzał Ulę i poszedł za nią drugą stroną ulicy. Wkrótce weszła w jedną z bram na ulicy Miedzianej, a on z zadowoleniem założył, że dowiedział się, gdzie mieszka. Ula tymczasem skróciła sobie drogę i przechodząc przez dwa podwórza i jedną ulicę wyszła na ulicę Złotą.  Za nią wyszedł również pan Barański.

Następnego dnia rano detektyw zadzwonił do Krzysztofa i umówił się na popołudnie na mieście.


-Muszę przyznać, że syn faktycznie prowadzi dość intensywne życie i trudno nadążyć za nim- zaczął detektyw. —Zwłaszcza że jeździ motorem i raz jest w centrum za chwilę już na obrzeżach i tak do wieczora.
-To prawda- przytaknął jakby z bólem. —Do domu wpada głównie, aby przespać się i czasami bywa na kolacji. Mówił pan przez telefon, że jednak coś wie-dodał.
-Trochę wiem. O spotkaniu z Sebastianem Olszańskim nie będę mówić, bo nic do sprawy nie wnosi. Przedwczoraj odwiedził również Sonię dziewczyny lekkich obyczajów. Chociaż o tym pewnie słuchać pan nie chce. 
-Miłe nie jest- wymruczał. 
-Po wyjściu od niej zaś pojechał do centrum oglądać jedno mieszkanie w kamienicy- kontynuował detektyw. Później od właścicieli dowiedziałem się, że poszukuje mieszkania, ale większego niż tamto proponowane i na kupno, a nie na wynajem.  
-Myśli pan, że jedno z drugim ma związek i jednak chce kupić mieszkanie kobiecie? - wtrącił z niesmakiem.
-Tego nie powiedziałem. Oglądał mieszkanie z czterema pokojami i było mu za małe, a na takie sprawy powinno starczyć- próbował pocieszać. —Jest jeszcze jedna dziwna sprawa. Wczorajsze popołudnie spędził z dziewczyną i wyglądało na to że był zainteresowany nią. Tylko że pana syn mówił do niej Janko, a ja ustaliłem, że to Urszula Cieplak córka właścicieli pana cukierni Szarlotka.  
- Jest pan pewien, że to ona? -  zapytał zdziwiony.
-Tak. Śledziłem ją po rozstaniu się z pana synem i zaprowadziła mnie do tej cukierni. Jej samej nigdy nie spotkałem, ale czasami chodzę do Szarlotki, to wiem, jak wyglądają Cieplakowie i ona mówiła do nich tato, mamo a oni do niej Ula, Ulcia, córcia.  Mogę opisać ją panu. Bardzo atrakcyjna brunetka, szczupła, długie włosy, błękitne oczy, ładny uśmiech i z tego, co podsłuchałem z ich rozmów to inteligentna.
-Wygląda na to, że to ona- odparł. —Tylko po co ta cała komedia- zastanawiał się też dogłębnie. —Może podejdzie pan ze mną do firmy i rzuci jeszcze na nią okiem? Ulę znam od dziecka i teraz pracujemy razem biurko w biurko.

W drodze do domu postanowił, że opowie żonie o tym, czego się dowiedział i co ustalił z Barańskim. Helenę zastał samą siedzącą na ławce w ogrodzie, to się dosiadł.


-Kochanie Marek spotyka się z Ulą- rzekł na dobry początek.
-To wspaniale- odparła ucieszona wiadomościami męża.
-Tylko to jest bardziej zawiłe niż się wydaje i dziwne- wtrącił, hamując jej zapały radości. —Dokładnie nie wiem, o co tam chodzi, ale Marek myśli, że Ula to jakaś Janka. Tak ustalił ten detektyw. Marek przez całe wczorajsze spotkanie mówił do niej Janko. Dzisiaj zaś pokazałem mu Ulę i bez wątpliwości rozpoznał w niej kobietę, z którą wczoraj się spotkał.
-Faktycznie frapujące? – stwierdziła zaintrygowana opowieścią męża. —Ula bawi się tylko czy w ten sposób chce uwagę zwrócić na siebie- zastanawiała się też głośno.
-Tego nie wiem, a Uli nie wypada pytać. Wczoraj jednak, jak przypominam sobie, była taka radosna przez cały dzień. Jakby czekała na coś ważnego. Marek zaś podobno był urzeczony przez całe spotkanie.
-To dobrze Krzysiu- mówiła z entuzjazmem na ostatnie zdanie męża. —Musimy teraz zainteresowanie Marka, Ulą dobrze rozegrać- dodała z zamyśleniem. —I na razie nie będziemy z błędu go wyprowadzać.
-Masz już jakiś plan Helenko? - podpytywał delikatnie. 
-Tak z rękawa go nie wytrzasnę- odparła z lekkim naciskiem na jego pytanie.  —Na dobry początek  możemy zacząć mówić mu o związku z Pauliną albo z jakąś inną panną, a jak będzie się wymijał, to powiemy, żeby przyprowadził inną dziewczynę.
-I myślisz, że sam sprowadzi nam Ulę- zawyrokował Krzysztof.
- Dokładnie tak Krzysiu- rzekła z wiarą we własne słowa. —Czuję, że już wkrótce nasze problemy z Markiem się skończą, a Ula to bardzo dobra kandydatka na żonę. Mądra, rodzinna, miła i bardzo ładna, a to Marek w pierwszej kolejności bierze pod uwagę. Mogliśmy prędzej o niej pomyśleć, a nie marnować czas na Paulinę.

Marek tymczasem wraz z właścicielem kamienicy panem Jakubikiem oglądał kolejne mieszkanie. Mężczyzna dobrego wrażenia na nim nie zrobił, bo wyglądał na pijaka ciemiężcę i lubieżnika. Mocno nie pomylił się, bo lokatorzy, którzy wynajmowali u niego mieszkania, szybko rezygnowali ze względu ciągłe awantury z nim, za zrywanie umów z błahego powodu, podwyższanie czynszu i za złe traktowanie lokatorek.  Natomiast to, co proponował mu było dokładnie, to czego szukał. Dwa duże pokoje połączone ze sobą rozsuwanymi drzwiami, obszerny hol, cztery dodatkowe pokoje, toaleta, kuchnia ze skrytką i co najważniejsze był to parter. Było też wyjście do małego ogródka.



-Wszystko idealne i możemy jutro pójść do notariusza spisać umowę o sprzedaż mieszkania- rzekł zdecydowanie i z zadowoleniem.
-I ja się cieszę- odparł mu mężczyzna z równym zadowoleniem. —Trudno było znaleźć chętnych do najmu.  Ciągle stało puste i przynosiło straty.
-Ja liczę na szybkie zyski panie Jakubik- stwierdził z uśmiechem.
-Przepraszam, ale co tu będzie, jeśli można wiedzieć? -zapytał.  
-Usługi dla ludności- orzekł tajemniczo Marek. —Niebiańska rozkosz- dodał z wyraźnym tonem rozpusty.
-Lepszego kupca nie mogłem trafić- odparł z rechotem Jakubik.
Po rozstaniu z Jakubikiem wyszedł na ulicę, odnalazł automat i zadzwonił w dwa miejsca. W pierwszym nikt nie odbierał, ale w drugim miał więcej szczęścia.
-Lolek znalazłem świetny lokal i jutro podpisuję umowę- rzekł pełen entuzjazmu. —Najpóźniej za dwa tygodnie będziemy mogli rozpocząć nasz plan.

* Raczej nie miał, ale kogoś musiałam dać.