czwartek, 3 stycznia 2019

Ula z Rysiowa cz 4 Cykl mini


W przeddzień wyjścia Uli i Marcina do kina w szkole miały miejsce niecodzienne wydarzenia. Tuż po przyjściu do szkoły pojawili się tam policjanci po cywilnemu, a zamiast pierwszych lekcji wszystkie klasy miały spotkania z wychowawcami klas. Wkrótce okazało się, że policja ma dowody na rozprowadzanie tabletek ekstazy i narkotyków wśród uczniów. Głównym podejrzanym był zaś Marcin, bo poprzedniego dnia jadąc swoim nowym BMW i przekraczając dozwoloną prędkość, nie zatrzymał się do kontroli, a po jego zatrzymaniu w schowku jego samochodu znaleziono podejrzane substancje. Każdy uczeń w obecności wychowawcy i jednego policjanta musiał też pokazać torbę i opróżnić kieszenie. Kilkanaście uczniów musiało pójść również do gabinetu dyrektora na bardziej osobiste przesłuchanie. Wśród tych pechowców znalazła się Ula, bo była ostatnio widywana na przerwach w jego towarzystwie. Gdy wróciła była akurat przerwa, a jej koleżanki wypytały ją o przebieg rozmowy.


-Trudno mi uwierzyć, że Marcin mógłby być wplątany w coś takiego- mówiła dziewczynom. —Po co by to robił? - pytała. —Pieniędzy nie potrzebował. Przecież jego rodzice mają prywatną klinikę i kupę forsy.
-Gównie tacy zajmują się takimi przekrętami Ula- stwierdziła Majka. —A o co cię pytali?
-Takie tam podstawy. Czy ostatnio dziwnie się nie zachowywał, nie proponował czegoś, czy nie słyszałam podejrzanych rozmów, o jego znajomych i gdzie bywaliśmy. Wytłumaczyłam im, że dopiero od paru dni znamy się bliżej i nic konkretnego nie mogę powiedzieć.
-Podobno wykradł parę recept ojcu, ale ten sprawę wyciszył- oznajmiła Wiola. —Tak mówią.
-Jeszcze trochę a zrobią z niego gwałciciela i mordercę- odparła z irytowaniem.
-Bronisz go? -pytała zdziwiona Julka.
-Nie. Po prostu załatwił pracę mojemu ojcu, to taki zły nie może być- argumentowała. —Ale cieszę się, że z nim nie wyszłam. Wplątałby mnie jeszcze w coś. Miał jeszcze coś takiego w sobie, co mnie do niego nie przekonywało.
-Intuicja to dobra rzecz- stwierdziła Wiola.
-A my jeszcze pchałyśmy go w twoje ramiona- dodała Majka. —Teraz głupio mi.
-Nie wasza wina dziewczyny. Sama zgodziłam się wyjść- uspakajała. —A Marcin to zamknięty dla mnie temat- dodała zdecydowanie.
-Tylko że znowu zostałaś bez chłopaka- stwierdziła Wioletta, jakby to było najważniejsze dla Uli.
-Nie jest mi potrzebny Wiola- odparła zdecydowanie. —Tylko kłopoty z nimi. Wiecie, czego dowiedziałam się przypadkiem- zmieniła gładko temat. —To rodzice Marka sponsorują ten wyjazd na kurs językowy do Niemiec, a nie Marcina- dodała, nie dając możliwości zgadywania.
-Ale chyba nie chcesz zrezygnować z wyjazdu z takiego błahego powodu? -pytała Majka.
-Nie, nie zamierzam. I cieszę się nawet, że to oni, a nie rodzice Marcina. Z nim nie chcę mieć z nim nic do czynienia.
Z takiego obrotu sprawy zadowolony był Marek. Marcin bowiem do czasu wyjaśnienia sprawy został zawieszony w prawach ucznia. Z racji, że był pełnoletni, to groziło mu również więzienie.

Afera z Marcinem pociągnęła za sobą również to, że wszystkie klasy obowiązkowo uczestniczyły w kolejnych pogawędkach na temat narkotyków, dopalaczy, tabletek ekstazy i gwałtu. Na pogawędkach nie skończyło się też i Ula razem z Markiem mieli zająć się tematem na łamach gazetki szkolnej Hejka. To zaś wiązało się z wyjazdem do ośrodka odwykowego i przeprowadzeniem paru rozmów z osobami próbującymi wyjść z nałogu. Napisanie artykułu było na tyle ważne, że już dwa dni po aferze nauczyciele zwolnili Ulę i Marka z lekcji i oboje pojechali do ośrodka. Placówka zaś mieściła się wystarczająco daleko, aby pojechać tam samochodem Marka.


-To jest te twoje cacko- pytała Ula, gdy Marek podprowadził ją do jednego z aut i otworzył kluczykami ciemne Volvo. Słyszałam o twoim samochodzie i że zachwalasz je, ale jakoś szczególnie marką się nie interesowałam.
-Czyli myślałaś, że ten czarny Lexus na przykład? – odparł pytaniem, pokazując auto stojące kawałek dalej.
-Skoro Marcin miał nowe BMW, to myślałam, że rodzice zafundują ci coś podobnego na osiemnastkę.
-Niestety Ula nic z tego- mówił jakby z zazdrością i z rozczarowaniem. —Moi rodzice wyszli z założenia, że jestem za młody, aby rozbijać się drogimi i szybkimi samochodami. Boją się, że nie wyrobię na jakimś zakręcie i skończę na drzewie albo w rowie. Pomijając to, że na drogie i nowe auto sam będę musiał sobie zarobić. Ojciec mi tak mówi. I jeszcze, że on na pierwszy samochód sam zarobił i ja mam się lepiej, bo dostałem w prezencie. A to auto dostałem w spadku po ojcu.
-Biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw to bardzo mądrze mówią Marek- stwierdziła rozsądnie. Całkiem inaczej cię wychowują niż Marcina. Zdecydowanie rozsądnej. Daleko ci do zarozumiałości, szpanu. 
-Miło wiedzieć i słyszeć, że masz tak dobre zdanie o mnie i  rodzicach- mówił otwierając jej drzwi. 
-A pro po twoich rodziców, to jeszcze nie podziękowałam im za ten kurs językowy- rzekła, gdy usiadł obok. —Gdybyś był tak miły i podziękował w moim imieniu.
-Byłbym miły, ale sama możesz podziękować. Będziemy przejeżdżać obok fundacji mamy i powinna być na miejscu. Dużo czasu nam to nie zajmie.
-Skoro tak mówisz, to możemy podjechać- odparła.

Spotkanie Uli z Dobrzańską długie nie było, ale owocne, bo pomijając to, że sprawiło jej radość, to jeszcze znalazła w Uli wolontariuszkę. Marek ku zdziwieniu Heleny zobowiązał się też przywozić Ulę do fundacji i zająć się chłopcami. Grać z nimi w nogę, koszykówkę i zapewnić męskie towarzystwo. Było to o tyle dziwne dla jego matki, bo  jego wizyty w fundacji w ciągu roku można było policzyć na palcach jednej ręki. Dla dobra syna i jego znajomości z Ulą nic nie powiedziała. 




Przez koleje dni sprawa Marcina pomału ucichała, a młodzież z liceum Batorego zaczęła żyć innymi sprawami. Wśród nich były, dni szkoły, międzyszkolna olimpiada, wymiana uczniów z jedną ze szkół w Szwecji, połowinki ich klasy oraz zbliżające się finały rozgrywek meczy koszykówki. (Marek gra w takiej drużynie i jest kapitanem) Po jednym z takich meczów zaszło coś, co na dłużej pozostało w pamięci szkoły i uczniów.  Zespół z technikum budowlanego przyjechał na mecz bowiem w towarzystwie swoich kibiców. Ci zaś idąc niechlubny śladem pseudokibiców po przegranym meczu, szukali guza.  Marek przechodząc obok nich, słyszał ich gwizdy i wulgarne komentarze na widok szkolnych cheerleaderek. Nie zareagował jednak, bo szedł do szatni pod prysznic. Gdy wracał, to sytuacja się zmieniła, bo celem ich rozmowy, był Ula. 
- Z taką jak tamta to można by było popłynąć na całego – usłyszał i spojrzał w pokazywaną stronę. —Tyłeczek i reszta jak marzenie- mówił jeden z nieznanych mu chłopaków, a patrzących na Ulę, która akurat stała oparta o stolik i eksponowała swoje wdzięki.
-Jak nasza Marta grzechu warta– dodał drugi. —Sam chętnie bym  sobie ją bzyknął.
-Może tak grzeczniej- odezwał się ostro Marek.
-Bo co? -pytał jeden z nich.
-Bo tak mówię- odparł hardo.
- To twoja własność? -pytał drugi.
-Może i własność.
-Kapitan ma wyłączność- zakpił pierwszy z nich. —Zobaczymy jak dużą. Jeszcze żadna mi nie odmówiła. A ta wygląda mi na łatwą.
-Nawet nie próbuj dostawiać się do niej- ostrzegał.
-Marek nie warto z nimi zadzierać- próbował załagodzić konflikt Robert kolega z drużyny.
-Obrażają Ulę- odparł mu.
-Spróbuj mnie zatrzymać- prowokował ten pierwszy.
Ula tymczasem przechodziła obok nich i gdy zrównała się z całą czwórką, to jeden z nich doskoczył do niej.
-Wolna jesteś? Taka ślicznotka sama nie powinna być- mówił próbując obejmować.
-Odchrzań się- odparła, próbując ominąć go.
-Ostra z ciebie panienka. Kamil jestem- rzekł, chcąc po raz drugi objąć Ulę. A ty Ulka z tego, co słyszałem.
-Mam zawołać ochronę- mówiła bez lęku.
-Głuchy jesteś. Nie jest zainteresowana. Odwal się od niej- mówił Marek, patrząc  w twarz narzucającemu się Uli chłopakowi.
-Wszystkie tak mówią- odparł, próbując po raz kolejny objąć Ulę.
Kolejne wydarzenia działy się bardzo szybko. Marek nie patrząc, że ich jest dwóch, a on jeden rzucił się z pięściami na chłopaka, który zaczepiał Ulę.
  
Obok bijących się szybko pojawili się nauczyciele od wychowania fizycznego i próbowali rozdzielić Marka i drugiego chłopaka. Bez obrażeń jednak nie obyło się i obaj trafili do jednej z klas, gdzie jedna z nauczycielek opatrzyła im rany. Dla Marka skończyło się to również rozmową z dyrektorem i wychowawczynią.
Tymczasem po szkole wieści o bójce rozchodziły się szybko. Ula była jedną z tych osób, które były świadkiem bijatyki i dokładnie wiedziała, o co dokładnie pobił się Marek. O tym, co prędzej się działo, opowiedział jej również Robert. Później i więcej na ten temat rozmawiała z Sebastianem.


-Marek nie powinien wtrącać się- mówiła z pretensjami do Olszańskiego.
-Stanął w twojej obronie, ma nos rozwalony, a ty marudzisz i masz pretensje. Czegoś tu nie rozumiem Ulka.
-Było dwóch na jednego. To nie było rozsądne- argumentowała.
-Fakt nie przemyślał, ale dla ciebie zrobiłby wiele.
-Nie proszę go, aby poświęcał się dla mnie.
-Ula, Marek źle zrobił, zakładając się z Kacprem, że pierwszy cię zdobędzie, ale jemu na tobie naprawdę zależy i robi wszystko, abyś mu zapomniała. Miałem nie mówić ci, ale powinnaś wiedzieć. To on twojemu ojcu załatwił pracę w tej hurtowni budowlanej.
-Jak to on? -pytała podejrzliwi.
-Ten właściciel sklepu to sąsiad Dobrzańskich.  Nie wiem po co robił z tego tajemnicę, zwłaszcza że Marcin korzystał na tym, ale ja uważam, że powinnaś wiedzieć.
Dalej nie było im dane rozmawiać, bo Marek wyszedł z gabinetu dyrektora i pojawił się obok nich.
-Nie jest tak źle- rzekł im. —Dostałem tylko burdę i upomnienie.
-To dobrze Marek- odparła Ula. —I dziękuję. Pomimo tego, że nie popieram tego, co zrobiłeś. Nie powinieneś narażać swojego zdrowia i kariery w szkole.
-Prowokował mnie, a ciebie obrażał. Nie mogłem stać bezczynnie.
-To wy sobie pogadajcie, a ja pójdę sprawdzić czy nie ma mnie w klasie- wtrącił taktownie Sebastian.
-Seba mówił mi, że to ty pomogłeś mojemu ojcu- zagadnęła po jego odejściu. —Dziękuję Marek. Nie powinieneś jednak ukrywać tego.
-Nie powinieneś i nie powinieneś- mruczał. —Ula, gdybym powiedział ci, to mogłabyś pomocy nie przyjąć.
-I tu się mylisz- weszła mu w słowo. —Umiałabym docenić twój gest tak samo jak w przypadku Marcina. Wiem, ile ta praca znaczy dla ojca i rodziny.
- Czyli odkupuję swój błąd? – pytał z nadzieją w głosie.
-Powiedzmy, że masz u mnie kolejne plusy- odparła wymijająco. —Jesteś do tego świetnym kumplem i dobrze współpracuje mi się z tobą w redakcji.
-Miło wiedzieć- odparł chociaż wolałby coś więcej niż koleżeństwo, ale na razie cieszył się z tego, co ma. 

Dzień później Ulę i Marka spotkała miła niespodzianka, bo przysłowiowym rzutem na taśmę zdobyli pierwsze miejsce w ogólnopolskim konkursie na artykuł społeczny gazetki szkolnej. Do tego oboje zostali wytypowani do reprezentowania szkoły w międzyszkolnej olimpiadzie. To zaś powodowało, że spędzali ze sobą sporo czasu w czasie lekcji i po nich.
Ocieplające się relacje Uli i Marka zdecydowanie nie spodobały się Klaudii i Dominice i obie na swój sposób próbowały namieszać między nimi i zniechęcić do siebie. Ta pierwsza w tydzień po bójce rozpuściła po szkole plotkę, że niby to sam Marek zaaranżował całą sytuację, aby zdobyć przychylność Uli. Dla Marka zaś miała oddzielną historię i powiedziała mu, że Ula jest krętaczką i hipokrytką, bo opowiada swoim koleżankom o swoich wielkich zasługach w zdobyciu nagrody za artykuł o narkomani, pomijając całkowicie jego zasługi. I choć oboje nie uwierzyli jej, to nieufność zasiała. Dominika zaś podzieliła klasę na dwa obozy. Część dziewczyny nietrudno było podjudzić tym, że Ulka całkowicie zawładnęła Markiem. Zrobiła to w dodatku w trzy miesiące, a inne znały go o wiele dłużej i nie zainteresował się nimi ani przez chwilę. Dziewczyny dodatkowo zaczęły plotkować o tym, że Ula zaczęła trzymać się Marka, bo zrozumiała, że może zyskać na tej znajomości. Koledzy zaś krzywo patrzyli na Marka, bo ten teraz głównie zajmował się Ulą. Inni dla odmiany wmawiali mu, że teraz to Ula wiedzie prym w klasie. Znaleźli się i tacy, co zazdrościli Uli sukcesów, inteligencji i ambicji. Do tego była pupilką nauczycieli i inni mieli brać z niej przykład. Tacy zaś uczniowie przychylności wśród rówieśników nie znajdywali.
Najgorsze co dla Uli miało dopiero nadejść, bo któregoś dnia tuż po rozpoczęciu lekcji po klasie rozeszła się wieść o jednym z internetowych forum nastolatek. Świat nastek i nie tylko opisywał różne sprawy. Od tych sercowych, poprzez porady jak dbać o urodę, po problemy społeczne. Niektóre wpisy sugerowały, że Ula może być jedną z osób biorącą udział w dyskusjach i że to ona opisuje swoje ciężkie dni w pierwszych dniach pobytu w nowej szkole. To zaś spowodowało, że w ciągu paru minut przez niektóre osoby traktowana była z dystansem. Marek nieoczekiwanie również stał się bohaterem forum. Wpis zaś definitywnie wskazywał na Ulę. W dodatku pomyślał, że to co mówiła Klaudia, może być prawdą.
-Można wiedzieć, co to znaczy- rzekł jej, podsuwając  tablet pod nos w czasie pierwszej przerwy.
Klasowy i szkolny Casanova – brzmiał tytuł nowego postu. Kolega z klasy z dobrej rodziny, chodzący ideał, a jednak nie ideał. Co pomyślelibyście o chłopaku, który zakłada się z kolegą o to, który z nich prędzej umówi się na randkę z upatrzoną ofiarą? Bo dla mnie jest to bawienie się dziewczynami, podłe i krzywdzące. Nie dla Casanovy jednak. Dla niego nie ma przyzwoitości, świętości, nie liczą się uczucia dziewczyn i podrywa je bez umiaru. Ma ku temu warunki i wykorzystuje swój czar. Wysoki, wysportowany brunet z zabójczym uśmiechem i oczami szaro -stalowymi jak lodowiec. Mógłby śmiało startować w konkursie na mistera. Tylko co z tego, jak uroda nie idzie w parze z charakterem. Jak kłamie, rani, wykorzystuje... 
Gdy w trakcie czytania uświadomiła sobie, co jest tam napisane, to spojrzała na Marka. Ten zaś posłał przeszywające i oskarżycielskie spojrzenie.
-Ty również myślisz, że to ja? -pytała z rozczarowaniem.
-Treść mówi sama za siebie. Tak jak podpis Ulinka.
- Przysięgam Marek, że to nie ja- zarzekała się ze łzami w oczach. —Dzisiaj pierwszy raz widziałam to forum na oczy. Nie jestem taka. I powinieneś to wiedzieć. Jeśli nie to znaczy, że mnie nie znasz.
-Wygląda na to, że nie znam- rzucił ze złością.  
-Teraz obraziłeś Ulę na dobre- rzekł mu Seba, po odejściu Uli. —Naprawdę myślisz, że to ona? Nawet Wiolka, chociaż można jej wcisnąć każdą głupotę, nie wierzy, że to ona. I nie dziwi cię to, że niejaka Ulinka ma tam dopiero konto pięć dni i że ktoś w klasie dowiedział się o nim tak szybko? -pytał sugestywnie.
-Sam już nie wiem- rzekł z wyrzutami, że tak potraktował Ulę.  —Cały mój zakład był dokładnie opisany. Wierzysz w takie zbiegi okoliczności.
-Kto powiedział, że to zbieg okoliczności Marek- odparł klarownie Olszański. —Może to jedna z klasowych miss stoi za tym- kontynuował Sebastian, a mając na myśli Dominikę i Klaudię. —Są zazdrosne o wasze relacje. Inni lepsi też nie są. Zawsze znajdzie się ktoś, kto chciałby wam zaszkodzić. A ten ostatni wpis ma dopiero niecały dzień i może ktoś ze szkolnych komputerów korzystał, aby dodać. Dla ciebie eksperta od informatyki nie będzie to trudne do sprawdzenia.
 -Może masz rację- mówił, zastanawiając się i patrząc na czas dodania. —Dziewczyną wczoraj o tej porze wypadł wuef i miały godzinę wolnego. Tyle czasu starczy, aby coś takiego napisać.  I jeśli faktycznie ktoś korzystał z komputerów szkolnych, to dowiem się, kto się za tym kryje.
Dojście do prawdy dużo czasu im nie zajęło i na kolejnej przerwie poszli do biblioteki. Tam pani bibliotekarka za uśmiech Marka sprawdziła w rejestrze, kto wczorajszego dnia w interesującej ich porze korzystał z komputerów. Szczęście dopisywało im, bo winowajca nawet nie usunął pozycji forum z historii przeglądania.
-Nie wiem, jak mogłem nawet pomyśleć, że Ulka mogłaby pisać o mnie te wszystkie rzeczy– mówił Marek ze złością na samego siebie, gdy wychodził z przyjacielem z biblioteki. —Przecież jeszcze niedawno mówiła mi, że jestem taki inny niż Marcin. Szczery, przystępny, a nie jak jakiś zadufany i zapatrzony w siebie palant. Gdy powiedziała mi o tym, to poczułem taką radość, a teraz chyba naprawdę tak łatwo mi nie zapomni tego, co jej powiedziałem. Nawet mój urok mi nie pomoże. A wszystko się tak ładnie układało. Wspólne przygotowywania do szkolnej olimpiady, połowinek, wizyty w fundacja mamy. 
-Może z czasem zapomni- pocieszał Olszański. —Przeprosisz, odczekasz trochę i zaczniesz od nowa. Nie wszystkie dziewczyny są pamiętliwe. 
-Obawiam się, że Ula jest- odparł bez optymizmu Seby.  

poniedziałek, 31 grudnia 2018

wtorek, 25 grudnia 2018

Firmowa wigilia. Mini.


Firmowa wigilia w F&D jak dowiedziała się Ula była co roku obchodzona hucznie. Szefostwo przygotowywało na ten dzień również drobne upominki i poczęstunek. W tym roku po raz pierwszy to Marek miał zająć się tymi sprawami wraz z narzeczoną Pauliną. Z jedzeniem kłopotu nie było, bo mieli kontrakt z cateringiem i całe dwanaście potraw miało pojawić się na stołach w sali pokazowej. Z prezentami musieli jednak radzić sobie sami. W większości były to drobne upominki w postaci kubków, breloczków, ramek na zdjęcia. Wszystko to zaś było opatrzone złotym znakiem firmowym F&D. Wśród licznych pakunków zabrakło tylko imienia Uli, co nie uszło uwadze Paulinie. Marek miał na to usprawiedliwienie, bo powiedział, że nie chce jej wyróżniać, skoro jest jedną z ważniejszych osób we firmie. Prawda była jednak taka, że prezent dla swojej asystentki schowany był głęboko w szufladzie jego biurka. Był też znacznie droższy od innych. Włączając, w to również narzeczoną. Oprócz upominków pracownicy dostawali również premie, talony a ci, co mieli dzieci paczki ze słodyczami.
Ula, wiedząc, że tego dnia każdy pracownik stara się wypaść jak najlepiej i wszyscy przychodzą lepiej ubrani i uczesani, to postanowiła, że i ona na ten dzień przygotuje się szczególnie. Pierwszym punktem była fryzura. Od dawna bowiem chciała przefarbować włosy i teraz stwierdziła, że to dobry moment. Ze znalezieniem fryzjerki na ten przysłowiowy ostatni gwizdek problemu nie było, bo jej sąsiad zza płotu trzy miesiące temu ożenił się właśnie z fryzjerką. Dziewczyna pracowała na co dzień w Warszawie blisko firmy i przed odjazdem do domu poszła do salonu fryzjerskiego, gdzie pracowała Kasia, aby spytać czy może wieczorem wpaść na farbowanie. Szczęście dopisało jej już na miejscu, bo okazało się, że ostatnia klientka odwołała wizytę i Ula mogła wskoczyć na jej miejsce. Co prawda obawiała się o większą zapłatę, ale szefowa Kasi zapewniła ją, że nie zedrze z niej. Zrobiła to zaś głównie, dlatego że było jej szkoda tak młodej dziewczyny, a wyglądającej jak siódme dziecko stróża. Drugi powód był taki, że widziała w niej potencjał na zadziwiającą metamorfozę. Sama również lubiła wyzwania w swojej pracy. Ponad godzinę później Ula, gdy wraz z Kasią wychodziła z salonu, nie mogła oderwać wzroku od lustra. Wstąpiły również do optyka, który mieścił się obok salonu fryzjerskiego i za namową pań z salonu fryzjerskiego dobrała szkła kontaktowe. Od sąsiadki, która dowiedziała się o jej nieprzychylnym traktowaniu przez niektórych pracowników firmy, pożyczyła również eleganckie ubranie.

Pojawienie się odmienionej Uli już od recepcji wzbudzało podziw. Idąc dalej, nic się nie zmieniało.




Już nie jestem firmową Brzydulą- myślała, idąc pewnie i z zadowoleniem do sekretariatu. Zobaczymy, co Marek powie?
-Część Wiolka- zagadnęła od drzwi. —Wesołych Świąt.
-Ula? -ni to stwierdziła, ni zapytała w odpowiedzi. —To ty?
-Ja- mówiła, zdejmując płaszcz. —We własnej osobie. Nikt mnie nie podmienił.
-Ale jak to możliwe? -dopytywała, szczypiąc ją w policzka, jakby chciała sprawdzić, czy to nie jej wyobraźnia.
-To naprawdę ja- rzekła jej. —Nie musisz mnie szczypać.
Na reakcje Marka długo też nie musiała czekać, bo usłyszał jej głos i pojawił się w biurze.



-Ula- pytał z miną zachwytu. —Jak, kiedy się tak zmieniłaś? Wyglądasz ślicznie. Tak naturalnie i subtelnie.
-To pani Zosia z salonu fryzjerskiego i sąsiadka Kasia- tłumaczyła zażenowana zachwytem Marka. —I jeszcze ta dziewczyna z naszego punktu optycznego. Muszę tylko pójść zapłacić albo przynieść od ciebie zaświadczenie, że firma pokrywa koszty za soczewki kontaktowe.
-Dam ci je oczywiście- mówił, ciągle przyglądając się jej.  —Nie możesz psuć efektu okularami. Potraktuj je jak dodatkowy prezent świąteczny.
-Dzięki- mówiła, uśmiechając się delikatnie. —Czeka mnie jeszcze zdjęcie aparatu z zębów. Ale to dopiero na wiosnę.
- I jak tu nie wierzyć, że w Boże Narodzenia cuda się nie zdarzają, prawda Marek- wtrąciła Kubasińska. —Jesteś chodzącym na to przykładem- dodała do Uli.
-Jeszcze trochę tych zachwytów a zacznę się panoszyć- odparła im hurtowo.
-Nie jesteś dziewczyną tego pokroju Ula- stwierdził klarownie Marek. —To, co dziewczyny za półgodziny widzimy się w sali pokazowej- dodał po tych wszystkich zachwytach.
-Ma się rozumieć szefie- odparła Wiola za siebie i Ulę.
O odmienionej Uli i zachwycie Marka nad jej wyglądem Wioletta nie omieszkała powiadomić Pauliny i od razu pobiegła do niej. Ta zaś nie zwlekając, pojawiła się u Marka, ale Uli nie zastała. Zainteresowało ją natomiast co innego.
Miała właśnie wejść do gabinetu narzeczonego, ale zatrzymała się w drzwiach i ukradkiem przyglądała się, jak spoglądał na zawartość małego pudełeczka typowego dla firmy APART. Chwilę później Marek schował je do kieszeni marynarki. Przez kolejne minuty próbowała, dowiedzieć się co kryje, ale Marek z marynarką się nie rozstawał. Gdy zaś zauważyła pozostawioną u niego w gabinecie marynarkę, po prezencie śladu nie było. Nie przejęła się tym zbytnio, bo spodziewała się znaleźć to coś pod choinką.

Kwadrans później Ula nie czekając na firmową wigilię postanowiła dać Markowi swój prezent. Dwa dni prędzej długo zastanawiała się co kupić szefowi na prezent. Na zakupach natomiast była z Alą, która doradzała jej kupić etui na wizytówki, ale jej bardziej podobało się drzewko szczęścia z kamieniami bursztynu, a które według pani sprzedawczyni był kamieniem przypisanym do zodiakalnych lwów i miał przynosić szczęście i otwierać serca na miłość.


Marek dla Uli miał również upominek. Wybierał go sam starannie i nie zamierzał z nikim dzielić się tym, co chce podarować Uli. Nie powiedział nawet Sebastianowi, co kryje małe pudełeczko, gdy ten zobaczył je u Marka. Olszański, widząc pudełko z firmy APART, stwierdził, tylko że dobrze robi, że w końcu postanowił zająć się Ulą i co z tym łączyło się udziałami firmy. Tłumaczenia Sebie, że to nie z tego powodu daje Uli prezent tylko, dlatego że zasłużyła sobie na coś wyjątkowego, nie dawały rezultatu, to odpuścił dobie. 



Gdy Marek pojawił się ponownie w sekretariacie, Ula postanowiła, że pierwsza pójdzie do niego z prezentem i życzeniami.
-Marek chciałam tak na spokojne złożyć ci życzenia- mówił, idąc w jego stronę i chowając coś za sobą. —Na wigilii będzie pewnie kolejka do ciebie.
-Biorąc pod uwagę poprzednie lata i doświadczenia ojca, to pewnie tak- odparł, sięgając po coś do kieszeni. —Może ja zacznę Ula- dodał, podchodząc do niej.
Ula życzę ci nieustającego uśmiechu i radości. Żebyś się nie zmieniała, bo z charakteru jesteś idealna. Samych pogodnych dni i realizacji życiowych planów i marzeń. I zdrowia i szczęścia oczywiście.
-A ja ci życzę, żebyś był szczęśliwy Marek. Naprawdę szczęśliwy. I jeszcze mi i to tobie, żeby nasza znajomość trwała bardzo długo a najlepiej, aby nigdy się nie skończyła, bo jestem szczęśliwa móc znać cię.
Mam też coś dla ciebie co może ci pomóc w pozyskaniu szczęścia- dodała, podając mu to, co chowała za sobą.  Dając mu prezent nie przypuszczała nawet, że swoją moc udowodni już za ponad godzinę.
-A to dla ciebie Ula- rzekł, dając swój prezent.
Odpakowywanie prezentów długo nie trwało i chwilę później mogli oglądać to, co dostali.
-Wybrałam bursztyn na listki, bo dla lwa to szczęśliwy kamyk- tłumaczyła.
-A ja kamyk księżycowy, bo to twój szczęśliwy kamyk- odparł niemal jak echo.

Wigilia firmowa trwała w najlepsze, gdy pojawiła się na niej Paulina. Marek, który miał widok na drzwi i rozmawiał z Ulą, zauważył ją od razu. Ona Marka również spostrzegła. Uwadze nie umknęło jej również to, że rozmawiał z jakąś piękną szatynką. 




Chciała już podejść do nich, ale obok pojawiła się Wioletta i oznajmiła jej, że Klaudia chwali się bransoletką z białego złota, którą dostała w prezencie i że z jej słów można było wywnioskować, że to od Marka. Febo długo nie myśląc podeszła do modelki i jednym ruchem zerwała jej owe cacko, a później podzieliła na kolejne dwie części i rzuciła pod nogi.
-Masz odczepić się od mojego narzeczonego– powiedziała tylko i odeszła pozostawiając ją bez odpowiedzi.
 -Można wiedzieć, co miało, to znaczyć Paulino? -pytał chwilę później Marek, gdy pojawiła się obok niego i Uli.
-Marek, Paulina zniszczyła mi bransoletkę- rzekła Klaudia, która szybko pojawiła się obok Febo i zanim winowajczyni zdążyła odpowiedzieć Markowi. —Kosztowała mnie ponad pięćset złotych.
-Sama jesteś sobie winna -rzekł jej Marek. —Nie trzeba było mówić, że to ode mnie. A ty Paula oddasz jej pieniądze z własnej kieszeni.
-Chyba żartujesz? -prychnęła.
-Zapewniam cię, że poważnie- odparł poważnie.
-To, co było w tym pudełeczku APART- pytała ostro Febo. —Widziałam, jak chowałeś do marynarki. Było na tyle małe, aby zmieścić bransoletkę.
-To moja sprawa co kryło pudełeczko- odparł z irytowaniem. —Nie będę tłumaczył się przed tobą.
-To ja może pójdę sobie- wtrąciła Ula.
- Kim w ogóle pani jest? -spytała Febo.
-To twoja nowa czy przyszła kochanka? – dorzuciła modelka.
-To ja powinnam o to pytać- wysyczała Febo w stronę Klaudii. —A pani nie radzę wchodzić między mnie i narzeczonego- dodała, pokazując Uli demonstracyjnie pierścionek.  —Zaręczyliśmy się niedawno.
-To jest Ula, moja asystentka- odparł Marek za Ulę.
-W własnej osobie- odezwała się sama zainteresowana na widok zdziwionych twarzy kobiet. —Nikt mnie dzisiaj nie poznaje.
-Musimy chyba porozmawiać Paula- rzekł Marek, gdy Paulina taksowała z niedowierzaniem Ulę. —Twoje zachowanie zaczyna być niestosowne do okoliczności.
-W domu będziemy rozmawiać- odparła, odchodząc.
-Oczywiście- wymruczał do siebie. —A ty Klaudia na co czekasz? -zwrócił się do modelki. —Będziesz stała tu wieczność? 
-Niezły początek świętowania ci się zaczyna Marek-zagadnęła Ula po odejściu modelki.
- Nic nowego- mruknął zły na Paulinę i Klaudię. —Jak co roku przy wigilijnym stole będziemy uśmiechnięci, składać sobie życzenia i udawać jak to bardzo kochamy się w wielkiej rodzinie Febo Dobrzańscy. A prawda jest taka, że Aleks udusiłby mnie, otruł, przejechał tirem i utopił jednocześnie. Paulina zresztą już rano, gdy jechałem z nią do firmy dała mi prolog tego co może czekać mnie wieczorem. Oświadczyła mi, że zamierza oddać swoje udziały bratu, bo jest mu przykro, że ja dostałem od rodziców i mam więcej. Uważa też moje udziały również za swoje i twierdzi, że po ślubie będzie mieć do nich takie samo prawo jak ja. Później wyszła sprawa intercyzy. Powiedziałem jej, że spiszę, że dom, samochód, uzyskane dochody i udziały należą tylko do mnie a ona w razie rozwodu zostanie z niczym. Wyzwała mnie wtedy, że uważam ją przebiegłą, wyrachowaną kobietę czyhającą na majątek.
-Nieźle poleciałeś Marek- odparła klarownie i ze współczuciem. Niewesoło będziesz miał przy stole. Ale u mnie zawsze znajdziesz wolne miejsce- dodała.
-Dzięki Ula- odparł z uśmiechem. —Zapamiętam i może skorzystam. Rodzice przyszli to muszę iść przywitać się z nimi- dodał, odchodząc.


Dobrzańscy jak co roku podzielili się z każdym opłatkiem, złożyli własne życzenia i chwilę porozmawiali z pracownikami. Kwadrans później natomiast stało się coś, co zaważyło na dalszych losach Marka.
- Gdzie Paulinka się podziała? -spytała Helena, gdy nie mogła znaleźć swojej pupilki. —Aleksa widziałam przed chwilą.
-Dzwoniła do was i zdążyła się poskarżyć? -odparł pytaniem.
-O co pokłóciliście się tym razem? -spytał dla odmiany ojciec.
-Oświadczyła mi, że oddaje swoje udziały Aleksowi, bo ja mam więcej i uważa, że kiedyś będą i tak wspólne. Później zniszczyła bransoletkę Klaudii, tylko dlatego że myślała, że to ode mnie- wyjaśnił pokrótce. —I nie wiem, gdzie może teraz być. Może u Aleksa w biurze. Czasami idzie tam na kieliszek koniaku.
Do biura Dobrzańscy udali się już sami.
-Mam już serdecznie dość Aleks- usłyszeli głos Pauliny, gdy przystanęli w sekretariacie. —Marek ma mnie za nic. Ważniejsi dla niego są inni.
-Spokojnie Paula- mówił Aleks. —Za pół roku zostaniesz panią Dobrzańską i wszystko się zmieni. Helenę i Krzysztofa już owinęłaś sobie wokół palca. Stoją za tobą murem. I za twoim ślubem z Markiem. Ich majątek będzie kiedyś jego i twój. Kto wie czy tobie i mnie nie zapisali również czegoś w spadku. Chyba warto pomęczyć się z Mareczkiem dla milionów Dobrzańskich.
-Ale to ja muszę znosić jego kochanki, awantury i pomiatania mną.
Dalszej potrzeby stania w sekretariacie nie było i Helena z Krzysztofem cicho wyszli na chwilę, aby chwilę później głośno obwieścić swoje przyjście.
-Tu się chowasz Paulino- odezwała się Dobrzańska. 
-Helena, Krzysztof- rzekła w odpowiedzi słodko Paulina. —Miło was widzieć.
-Możesz przestać udawać- odparła Helena, odsuwając się, gdy Paulina chciała przywitać się pocałunkiem w policzek. —Staliśmy wystarczająco długo w sekretariacie, aby usłyszeć, co tak naprawdę myślicie. Oboje nas rozczarowaliście.
-To nie tak- mówiła rozpaczliwie Paulina. —Marek dzisiaj zdenerwował mnie -dodała do odchodzących Dobrzańskich.
Kolejne wydarzenia działy się szybko. Marek dowiedział się od rodziców o podsłuchanej rozmowie i bez żalu i zbędnego myślenia po powrocie do domu spakował rzeczy Pauliny. Schował również biżuterię, którą dawał jej przez kolejne lata wspólnego mieszkania. Nawet pierścionek zaręczynowy odzyskał, bo gdy wróciła i wymachiwała przed nim dłonią, chwycił i ściągnął.
-Teraz odzyskałem już wszystko i możesz opuścić mój dom Paula- rzekł z kamienną miną.
-Nie dasz nawet wytłumaczyć mi? -pytała.
-Żegnaj Paula- odparł, otwierając jej drzwi.

Oj, maluśki, maluśki, maluśki
Jako rękawicka
Alboli tez jakoby, jakoby
Kawałecek smycka
- śpiewał Marek podczas wypisywania kartek świątecznych dla pracowników F&D. 



-Kochanie naprawdę poradzisz sobie z wyprawieniem wigilii? -spytał swoją ciągle świeżo poślubioną żonę. —Możemy zamówić coś z cateringu.
-Po co Marek?  -pytała Ula. —Dla dziewięciu osób plus niezapowiedzianego gościa dam radę przygotować wszystko. (oni, Dobrzańscy, Ala, Pshemko, rodzina Uli). Dzisiaj popołudniu zrobię pierogi a jutro resztę. Rybami zaś ma zająć się twoja mama. Dom jest praktycznie posprzątany, to od rana będę mogła gotować i piec ciasta.
- I pomyśleć, że mieszkam tam ponad osiem lat a będą to dopiero pierwsze prawdziwe święta- rzekł z zamyśleniem Marek.  —Duża choinka, wigilia, goście, śpiew kolęd. Wszystko to dzięki tobie kochanie- dodał, całując w policzek.
-A ja postaram się, aby były niezapomniane kochanie- odparła kurtuazyjnie. —Liczę, że pomożesz mi trochę w kuchni? Ktoś silny do rozwałkowywania ciasta na pierogi i bicia piany się przyda.
-W czym tylko zapragniesz. Rok temu nie miałem nawet wałka do ciasta ani stolnicy, robota kuchennego, trzepaczki. Nic praktycznie nie miałem, a teraz mam wszystko. I za to ci dziękuję kochanie. 


Pierwsza ich wspólna wigilia mijała pod znakiem wspomnień mijającego roku. Od dnia poprzedniej firmowej wigilii do obecnej w gronie rodziny. Po odejściu gości Ula z Markiem wrócili myślami do drugiego dnia świąt poprzedniego roku Bożego Narodzenia, kiedy to Marek odwiedził Ulę w Rysiowie i wszystko zaczęło się im układać. Była wspominana pierwsza randka, pocałunek, wyjazd do Niemiec, kiedy to obok Uli pojawił się przystojny Niemiec, a Marek zrozumiał, że kocha Ulę i tylko Ulę. Tam spędzili również pierwszą wspólną noc. Oświadczyny i zaręczyny huczne nie były, ale bardzo wzruszające. Ze ślubem zaś nie chcieli czekać i zaplanowali na połowę października. Od tego dnia minęły dwa miesiące, a Marek ciągle nie mógł uwierzyć w szczęście, jakie go spotkało i ze wzruszeniem spoglądał na zdjęcia uwieczniające tamte chwile. 



niedziela, 16 grudnia 2018

Boże Narodzenie 2018 Cykl mini


POPRZEDNIĄ CZĘŚĆ  SZUKAJCIE W SIERPNIU



Hej, w Dzień Narodzenia Syna Jedynego
Ojca Przedwiecznego, Boga prawdziwego:

Wesoło śpiewajmy,
chwałę Bogu dajmy.
Hej kolęda! Kolęda!

Panna porodziła niebieskie Dzieciątko,
w żłobie położyła małe Pacholątko.

Pasterze śpiewają,
na multankach grają.
Hej kolęda! Kolęda- śpiewała ponad ośmioletnia Emilka, wbiegając do salonu, gdzie jej tatuś w wigilię wigilii ubierał choinkę.
-Co to ta multanka tatusiu? -zapytała.
-Taka piszczałka kotku. Popularna, gdy rodził się Jezus.  Kiedyś nie było gitar ani organów, to mieli takie proste instrumenty jak fujarki, piszczałki, liry.
-Kiedyś mało co mieli, prawda. Zabawek nawet nie było.
-Jakieś pewnie były. Ze słomy, drewna.
-Ciekawa jestem, czym Maryja usypiała Jezusa- zastanawiała się poważnie, zawieszając bombki. —Grzechotek i karuzel do łóżeczka nie było.
-Chyba śpiewała kołysanki, tuliła i kołysała w ramionach. Były jeszcze zwierzęta.
-Nasz Kubuś ma się lepiej- stwierdziła, mając na myśli tygodniowego brata. —To taki nasz mały Jezusek. Urodził się tak fajnie pod choinkę.
-To prawda kotku.
-Kiedy przyjedzie ciocia Wioletta i wujek Sebastian? -zapyta o interesującą ją sprawę.
-W drugi dzień świąt. Posprzątałaś już swój pokój? Nie wypada przyjmować Natalki i Sary w bałaganie.
-Tak- odparła grzecznie. —I jeszcze nastawiłam pranie z ubiorkami Kubusia.
-Dziękuję córeczko- mówił, głaszcząc po główce. —Tomek również poukładał wszystkie swoje samochodziki i klocki?
-Nie. Mówi, że nie będzie sprzątać, bo ucho go boli- odparła.
-I dopiero teraz mi mówisz? -zapytał z wyrzutem.
-Bo kłamie. Zaczęło, go dopiero boleć, gdy kazałam mu samemu posprzątać i powiedziałam, że mama nie przyjdzie pomóc mu, bo śpi z Kubusiem.
-Lepiej pójdę i sprawdzę, co z nim- odparł mimo to, bo ostatnią rzeczą, jaka była mu potrzebna tuż przed świętami, to choroba pięcioletniego syna.

Po dotarciu na górę ujrzał syna skulonego na łóżku z poduszką na uchu. Gdy zaś zawołał go, to nie odpowiedział. Emilka również pojawiła się obok niego.
-Mama sprawdziłaby, czy ma gorączkę. I spytała, czy chce pić- zasugerowała.
-Nie chcę nicego- wyseplenił chłopiec. —Spać mi się chce.
-Mama ma tabletki i syrop na takie chorowanie. W szafce przy lodówce- kontynuowała Emilka, gdy jej tata sprawdzał ręką czoło syna. —Termometr też tam jest.
-Nie jestem choly tylko zmęcony i wstanę, jak mama wstanie- rzekł, bez patrzenia na ojca i siostrę.
-Ok synku śpij- odparł, okrywając go kocem. —Gdy wstaniesz, to przygotuję dla ciebie i Emi podwieczorek. Są jeszcze te pierniczki od babci Alicji.
Perspektywa pierniczków babci Ali była kusząca dla Tomka, ale bardziej chciał, aby mama do niego przyszła. Mama tymczasem od dwóch dni, kiedy to wróciła ze szpitala, miała czas dla niego tylko wczorajszego popołudnia przy obiedzie.
Na podwieczorku wstawił się, ale mamy nie było. Byli za to dziadkowie Dobrzańscy. Ucieszył się na ich widok, bo do tej pory zawsze mieli czas dla niego. Dzisiaj jednak tylko przywitali się z nim i zajęli się innymi sprawami. Babcia poszła zająć się Kubusiem, a dziadek razem z ojcem zajął się składaniem dodatkowego łóżeczka w salonie. On zaś miał nadzieję, że pójdzie z dziadkiem na sanki. Zwłaszcza że  rano sypnęło świeżym śniegiem.
Wieczorem lepiej też nie był, bo kąpiel Kubusia w asyście mamy, taty i Emilki uwadze Tomka nie uszła. Usiadł przy drzwiach i patrzy na całą rodzinę spode łba. 



Z jego kąpielą nigdy takiego zamieszania nie robili, a dzisiejszego dnia przyszedł tylko tata. Przed snem mama również nie pokazała się u niego w pokoju i nie poczytała bajki. Zamiast niej przyszła Emilka, z którą miał pooglądać książeczkę o samochodach.  Zasypiając myślał, że do tej pory nie czuł się tak samotny. Wczorajszego i dzisiejszego dnia bowiem wszyscy biegali tylko wokół Kubusia i pytali o niego. On sam nie mógł nawet biegać i głośno bawić się, bo brat i mama spali i potrzebowali ciszy. Emilka również zdradziła go poniekąd, bo więcej czasu spędzała przy łóżeczku brata i przy mamie niż bawiąc się z nim. Wybrała nawet imię dla brata, choć uważał, że to ładne imię.

 Ranek dla Marka dobrze się nie rozpoczął, bo gdy zajrzał do pokoju syna, to jego łóżko było puste. W pokoju Emi ani w toalecie również go nie było. Tak jak na dole w salonie na oglądaniu bajek. Kolejnym punktem było sprawdzenie piwnicy, bo mógł pójść tam w poszukiwaniu prezentów. Piwnica okazała się jednak pusta. Z ulgą stwierdził też, że raczej na dwór nie wyszedł, bo kurtka i buty były na miejscu. Mimo to sprawdził drzwi, które na szczęście były zamknięte. Chwilę później do poszukiwań dołączyła Emilka ubrana już w świąteczną czapkę i szlafroczek.


-Tomek nie jest klockiem, aby zgubił się tatusiu- mówiła Emilka, gdy tata powiedział jej o zaginięciu syna. —Schował się pewnie w jakimś pokoju. Albo bawi się w chowanego i zasnął. Poszukamy razem- zarządziła.
Na dole sprawdzili szafki kuchenne, zajrzeli pod stół nakryty długim obrusem, pod biurko w gabinecie taty, do skrytki, za zasłony i do pralko-suszarki. Do góry natomiast przejrzeli wszystkie pokoje, szafki, garderobę, ale nigdzie nie było go. W zamieszaniu obudzili jednak Ulę.
-Co was tak nosi od rana? -zapytał. —Prezentów chyba nie szukacie?
-Połóż się jeszcze kochanie- przekonywa Marek. —Przyniosę ci do łóżka śniadanie.
-Chętnie. Przywitam się tylko z wami i Tomkiem.
-Nie powinnaś mamusiu, bo śpi. Ucho go bolało wczoraj i może być chory i ciebie zarazić- wtrąciła Emilka, która bez wahania dla dobra sprawy skłamała.
-Teraz mnie jeszcze bardziej zaniepokoiliście.
-Wiemy co robić kochanie- mówił czule Marek. —Połóż się z powrotem do łóżka.
Gdy kolejne pomieszczenia zostały, przeszukane Marek zaczął niepokoić na dobre.
- Przeszukaliśmy wszystko Emi i nic. Boję się, że wyszedł wczoraj wieczorem, zanim zamknąłem drzwi za dziadkami. Do jego pokoju nie zaglądałam.
-Tatusiu jak wychodziłam z pokoju Tomka, to dziadków już dawno nie było- uspokajała ojca.
-Fakt. Wiemy przynajmniej, że jest gdzieś tutaj.
Ula próbowała trochę spokojnie poleżeć, ale coś nie dawało jej spokoju. Jej mąż i córka dziwnie się zachowywali. Dręczona swoim myślami, wyjrzała na korytarz.
-Ale nie mógł też rozpłynąć się tak nagle Emilko- usłyszała głos męża.
-Przeszukamy jeszcze raz dom- zarządziła Emi. —Ty tatusiu dół, piwnicę i garaż a ja górę.
-Zniknął wam Tomek? - zapytała Ula.
-Musiał się gdzieś tutaj schować kochanie- tłumaczył Marek. —Nie wyszedł z domu. Jego buty, kurtka, czapka są, a drzwi są zamknięte. Połóż się, a ja z Emilką jeszcze raz sprawdzimy wszystko.
-Myślicie, że mogłabym tak spokojnie leżeć, kiedy go nie ma? -pytała ich z roztrzęsieniem.
Tomek tymczasem spragniony mamy poszedł nad ranem do sypialni rodziców i z braku miejsca w łóżku wszedł do przyległej obszernej szafy, okrył się płaszczem i zasnął. Później zaspany Marek wyciągając koszulę, szafę przymknął. Szukając syna, zaś tam nie zaglądał, bo uważał miejsce za przeszukane. On natomiast, gdy zorientował się, że tata i siostra szukają go, to dla zabawy schował się na najniżej półce szafy w pokoju rodziców.

 Ciche odgłosy dobiegające z szafy Ula usłyszała momentalnie i delikatnie otwarła drzwi.


-Kochanie co tu robisz? -spytała, gdy ujrzała głowę synka. —Tata i Emilka szukają cię i się martwią.
-Ciii- odparł jej, przykładając palec do buzi. — Chcę, żeby pomaltwili się tloche i poszukali mnie. Jest tak fajnie, jak mnie szukają i nie umią znaleźć.
-Ale oni się naprawdę martwią- mówiła czule. —Wszędzie cię szukają. I dlaczego schowałeś się im?
-Chciałem pobawić się z nimi, bo tata i Emi wczolaj nie mieli dla mnie casu. Byli Kubą zajęci i nie byłem potzebny. Ciebie też nie było i tęskniłem za tobą mamusiu- opowiadał sepleniąc.
- Wiesz, że muszę jeszcze odpoczywać po szpitalu- argumentowała. —Gdybym była zdrowa, to zajęłabym się tobą i Emilką. Poza tym Kubuś jest jeszcze tak mały, że potrzebuje więcej uwagi niż wy. On bez mamy sobie nie poradzi a ty i Emi tak. Jesteście już tacy duzi- mówiła, wyczuwając co tak naprawdę gnębi syna. —Duzi i pomocni, a twój braciszek mały i bezbronny. Poza tym ty jesteś jego starszym o pięć lat bratem i kto wie, czy jak nie będziecie starsi, to nie będziesz mu pomocny. Starszy brat to naprawdę poważna rzecz synku. Każdy brat chce być tym starszym i opiekować się młodszym niż młodszym bratem przylepką.
-Naprawdę tak jest? -pytał z zainteresowaniem i próbując wygramolić się z szafy.
-Nawet bardzo naprawdę.
-I dalej mnie kochacie? -spytał o to, co najbardziej gnębiło go.
  -Oczywiście, że kochamy- odparła, tuląc syna. —Najbardziej na świecie. Mama i tata mają tyle miłości, że starcza na całą waszą trójkę.  I przepraszam cię, że nie było mnie wczoraj przy tobie- dodała, całując w czoło. —Obiecuję, że będę codziennie miała czas dla ciebie. Tak jak siostra i tata.
W pokoju wkrótce pojawiła się reszta rodziny i wspólnie jeszcze raz wytłumaczyli Tomkowi nową sytuację i jak bardzo jest dla nich ważny. Marek przyniósł również żonie i swoi dzieciom śniadanie, a Emilka dała bratu pierniczka Mikołaja.




Wieczorem w ich domu zjawiło się sporo gości. Dwie rodziny dziadków, Betka i Pshemko. Były to też pierwsze święta, do których Ula nic nie przygotowała i zostawiła to innym.  Szesnastoletnia już Beatka, która zdolności odziedziczyła po Uli, zrobiła pierogi w dwóch smakach i krokiety. Ala zajęła się barszczem i uszkami oraz kapustą z fasolą i grzybkami a Dobrzańscy zaś rybami, sałatkami i ciastem.
-Jestem stalszym bratem, a to coś znaczy- chwalił się wieczorem Tomek, gdy pojawili goście. —Stalszy brat ma dużo do zlobienia.
-Oczywiście smyku- odparł mu dziadek Krzysztof, bo zarówno on, jak i Helena i Cieplaki wiedzieli już o porannych problemach. —Kiedyś będzie chciał być taki jak ty i będziesz dla niego autorytetem.
-Czym? -pytał dziadka.
-Będzie myślał, że wszystko umiesz, znasz się na wszystkim i będzie chciał cię naśladować- wyjaśniła jaśniej babcia Helena. —Będziesz mógł go sporo nauczyć.
-Niech tylko szybko ulosnie- odparł z zadowoleniem, że czeka go takie poważne zadanie.
-Będziesz mógł jeszcze w piłkę z nim grać- dodał Cieplak. —Emilka to o kolana będzie dbać.
-Ja miałam młodszą siostrę i ciągle pytała mnie o rady- rzekła babcia Alicja. —Później zawsze mówiła, że dobrze mieć kogoś starszego kto dobrze doradzi.
-Najmłodszym nie jest być dobrze, bo każdy starszy ci rozkazuje, a ty nie masz komu rozkazywać- wtrąciła i Beatka.
-Widzisz synku- odezwał się Marek. —Masz szczęście, że urodził się Kubuś. —A teraz zapraszam na kolację. Emilka powiedziała, że pierwsza gwiazdka już świeci.




Kolacja wigilijna mijała im już w radosnej, rodzinnej atmosferze. Było łamanie się opłatkiem, życzenia, rozdawanie prezentów i wspólny śpiew kolęd. Były również wspomnienia wigilii z innych lat. Dziadkowie nawet cofnęli się do czasów, gdy to oni byli dziećmi i opowiadali, że mieli sporo mniej, bo nie było tak ładnych zabawek i tyle jedzenia. Cieszyli się jednak ze świąt, bo był to okres, kiedy w domu było więcej i radośnie i czekali na nie z niecierpliwością. Teraz święta, jak mówili, wiele nie różnią się od codzienności i powinni docenić ten czas. Marek z Ulą wspominali oczywiście wigilię sprzed dziesięciu lat, gdy to pierwszy raz się pocałowali.  Na sam koniec nastąpił najbardziej wzruszający moment, gdy to Tomek przyniósł i włożył do łóżeczka braciszka swoją ulubioną przytulankę.





Po odejściu gości i po położeniu swoich pociech spać Ula i Marek mieli czas dla siebie.
-Kolejny szczęśliwy rok prawie za nami skarbie- rzekł Marek, przytulając żonę. —Dobrze się nie rozpoczął, ale później były same dobre rzeczy.
-Nawet nie przypominaj mi czasów, kiedy spotykałam się z Elizą Kowalik- odparła, wzdrygając się na wspomnienia. —Najlepiej trzymać się starych wypróbowanych znajomych. Olszańscy nigdy nie zawiodą.
-Masz rację. Myślisz, że kłopoty z Tomkiem skończyły się już? - zapytał Marek.
-Tak.  Tyle usłyszał dobrego na temat bycia starszym bratem, że pewnie planuje, jak to będzie, gdy Kuba urośnie. I dobrze, że Emilka jest taka rozsądna, wiele rozumie i nie jest zazdrosna.  Jest taka dojrzała jak na swój wiek.
-Nawet bardzo dojrzała. Uspakajała mnie rano, gdy nie mogłem znaleźć Tomka.
-Jest po prostu wspaniałą starszą siostrą i córką- mówiła Ula z czułością.
-Ma to po mamie- stwierdził klarownie Marek. —Nie wątpię w to.  Założę się, że byłaś taka sama.
-O to musiałbyś mojego tatę spytać. Znając go, to złego słowa nie powie.


Kolejne dwa dni świąt mijały im na odwiedzinach Jaśka i Kingi oraz znajomych.  Przychodzili zarówno z życzeniami świątecznymi, jak i gratulacjami z okazji pojawienia się kolejnego członka rodziny. Drugiego dnia świąt pojawiła się rodzina Olszańskich i cała trójka dzieci Wioli i Sebastiana przyglądała się bobasowi z zaciekawieniem. Tomek zaś zajął się przedstawieniem najmłodszego Dobrzańskiego.
-To jest mój blat Kubuś – mówił do Natalki, Sary i Mikołaja. —Będę zajmował się nim jak ulośnie- dodał z dumą.
-Tak jak ja Sarą- rzekła Natalka najstarsza pociecha Olszańskich. –Całymi dniami za mną chodzi i wypytuje o wszystko. Miki na szczęście mniej, bo woli tatę.
-Chodzem, bo jesteś fajną siostlą- odparła czteroletnia Sara.
-Dobrze, że Kuba to chłopiec- odezwała się i Emilka. —Inaczej nie miałabym chwili spokoju za parę lat.
-Nie narzekacie chyba, co dziewczyny? -zapytał Marek. —Brakowałoby tylko nam zbuntowanych córeczek.
-Nie wujku- odparła Natalka.
-My po prostu tatusiu fakty przedstawiamy -dodała Emilka.
-Mogę pobujać go ciociu? -zapytała Natalka, gdy Kubuś ziewał, a jego buzia wykrzywiała się lekko.
-Oczywiście, że możesz kochanie- odparła ciepło Ula.
-Udały się nam te córeczki- rzekła Wiola. —Bez dwóch zdań. Pomocne i sumienne.
-Synom też niczego nie brakuje Wiola- wtrącił Sebastian, patrząc na swojego jedynego syna, który rozkładał samochodzik Tomka.
-Oby z tych pochwał nie rozpuścili się jak ten dziadowy bicz- odparła Olszańska.
Wieczór wieńczący święta należał już tylko do Uli i Tomka. Mama przyniosła do pokoju syna kakao, pierniczki, pomogła umyć się, położyła spać i przeczytała fragment ulubionej książeczki o Kubusiu Puchatku.
-Jesteśmy fajną lodziną prawda mamusiu- mówił Tomek przed odejściem mamy.
-Prawda smyku- odparła, całując na dobranoc.



*Niektóre błędy w odmianach wyrazów wynikają z tego, jak powiedziałoby prawdopodobnie małe dziecko.

Z wyprzedzeniem, ale kolejny tydzień, jak łatwo domyślić się będzie pracowity.