wtorek, 16 czerwca 2020

Nowe życie cz 2/4



W czasie, kiedy Marek poleciał do Mediolanu, to Ula wraz z koleżanką Dorotą zajmowały się nową powstałą firmą Dobrawa. Najpierw poszły do gminy, aby załatwić resztę formalności z zakupem hali po cukrowni. Przy okazji dostały   dotację, bo stwarzały nowe miejsca pracy w Rysiowie. Znalazły także ekipę, która miała zrobić remont i przystosować halę do produkcji soków, pierogów, sałatek i innych artykułów spożywczych. Kolejnego dnia zajęły się poszukiwaniem lokalu na ich restaurację oraz uzyskaniem wszystkich pozwoleń na sprzedaż alkoholu. Lokal miał nosić nazwę jak firma, czyli Dobrawa, to szukały także na wystrój czegoś, co wiązało się z dawnymi czasami. Samymi dekoracjami miał zająć się Marek, bo ciągle pracował w Bibeloty i ty, a one szukały odpowiednich ław, stolików i krzeseł. Oprócz dań dla wegan i wegetarian swoją działalność postanowiły powiększyć o konsumentów bezglutenowych i diet pudełkowych.


-Dzwonił Marek i Paulina, a raczej jej pasierb daje nam całkiem dobre warunki -oznajmiła Ula koleżance w czasie spotkania. —Będziemy jedynymi importerami tych win na Polskę.  Teraz tu musimy wszystko pozałatwiać w urzędach i wrócić do Włoch podpisać ostateczną umowę.
-Chociaż na to się przydała była Marka -podsumowała Dorota.
-To prawda. Czuję, że wszystko się nam uda Dorotko. Mój teść mówił, że on i rodzina Febo zaczynali od zera i gdyby nie kryzys i Aleks firma mogłaby dalej działać. Tworzymy tak jakby drugą historię Dobrzańskich. Mama Marka była koleżanką matki Pauliny i przez ich znajomość powstała firma F&D tak jak przez naszą znajomość Dobrawa.
-A Paulina nie ma ukrytego jakiegoś powodu, że jest tak chętna na współpracę? 
-Marek pomyślał o tym samym, ale będzie uważać i jest odporny na jej gierki. Sam mi to powiedział. A Marek nie jest Markiem sprzed dziesięciu lat. Nie dał mi nigdy powodów do najmniejszych podejrzeń. Nigdy nic nie kręcił, nie wyjeżdżał. A wiem, jak kiedyś się zachowywał.
-To dobrze Ula. Zasługujesz na szczęście.

Dwa dni później Ula dostała nieoczekiwaną propozycję dorobienia paruset złotych. Dorywczo pracowała jako tłumacz przysięgły i teraz mogłaby zarobić równe dwadzieścia tysięcy, ale musiałaby wyjechać na dwa tygodnie do Szczecina, aby zajmować się delegacjami z Niemiec.  Razem z Markiem i Dobrzańskimi przedyskutowali wszystkie za i przeciw. Ula bowiem obawiała się, jak poradzą sobie teściowie z trójką dzieci i prowadzeniem domu. W dodatku w ostatnich dniach jej nieobecności Helena i Krzysztof wybierali się na wakacje. W tym pomocna okazała się Beatka, bo były akurat wakacje i zgodziła się pomagać w opiece nad dziećmi w razie potrzeby. Oprócz wynagrodzenia dodatkowym plusem dla Uli było to, że miała współpracować z branżą zajmującą się organizowaniem sympozjów, więc mogła liczyć, że może kiedyś nawiążą współpracę i będą od nich brać na przykład soki albo wodę na sympozja. Ula musiała również porozmawiać z Dorotą i spytać czy może zostawić ją ze wszystkimi sprawami. Koleżanka zapewnił, że poradzi sobie z ekipami remontowymi hali i lokalu na restaurację. Ula zaś obiecała, że część wynagrodzenia przeznaczy na wystrój restauracji.
Rozstanie z Ulą dla Marka i ich dzieci łatwe nie było, ale na szczęście żyli w epoce telefonów i Internetu i mogli codziennie rozmawiać i się widzieć. W ostateczności Marek, pomimo że sporo by to kosztowało, to mógł wziąć dzieci i polecieć do Uli do Szczecina.
W dzień wyjazdu Marek wstał wcześniej i zrobił dla Uli kawę oraz śniadanie i przyniósł do łóżka. Chciał jeszcze obudzić Ulę pocałunkiem, ale już nie spała.
-Tego mi potrzeba Marek -rzekła na widok męża z tacą w drzwiach. —Mocnej kawy. Całą noc nie spałam.
-Niepotrzebnie -odparł, przysiadając na łóżku. —Mówiłem ci, że Szczecin to nie koniec świata kochanie.
-Dla mnie bez ciebie i naszych dzieci wszędzie jest koniec świata Marek -stwierdziła ze smutkiem.
-I dlatego mam coś dla ciebie -rzekł, wyciągając z szuflady swojej szafki nocnej mały upominek. —To coś w rodzaju laurki. Proszę. 
-Kochany jesteś ty i nasze dzieci -odparła, spoglądając na kartkę z bloku rysunkowego, na której były przyklejone zdjęcia całej rodziny, narysowane serca, odciśnięte usta i wierszyk napisany przez Tosię. Kartka zaś była oprawiona w ramkę.
Na dworzec PKP pojechali całą rodziną. Najtrudniej było rozstać się jej z najmłodszym Rafałkiem, bo nic nie rozumiał. Starsze dzieci więcej rozumiały i aby poczuły się ważne, w tym czasie dała małe obowiązki.
-Pamiętaj Tosiu, aby podlewać moje kwiaty przed domem. Dziadek obiecał ci pomagać, ale nie wyręczaj się dziadkiem.
-Będę mamusiu. Będą rosły jak grzyby po drożdżach -odparła niczym ciocia Wioletta.
-A ty Wojtuś baw się z Rafałkiem i biegaj za nim, a nie zostawiaj to babci.
-Tak mamusiu. A przywieziesz nam szumiące muszle, jak pojedziesz do Międzyzbrojen?
-Międzyzdrojów kochanie.  Przywiozę i muszelki i inne drobiazgi.
-A co masz dla mnie kochanie? -zapytał Marek, kiedy wyściskała dzieci.  —W ramach zadań.
-Pilnuj naszych szkrabów i  nie przemęczaj się pracą. Kocham cię Marek i będę tęsknić.
-Ja też skarbie -odparł, a chwilę później Ula weszła do pociągu. 



Paulina tymczasem przyleciała do Polski na bankiet w ambasadzie włoskiej.  I choć w planach miała tylko czterodniowy pobyt w Warszawie, to gdy dowiedziała się, że Marek został właśnie słomianym wdowcem, a Helena z Krzysztofem wyjeżdżają za trzy dni na wakacje, to postanowiła zostać dłużej i wykorzystać nadarzającą się okazję, aby zbliżyć się do Marka.
U Dobrzańskich pojawiła się niezapowiedziana tuż po obiedzie i postanowiła zostać do czasu kolacji, aż seniorzy nie wrócą ze spaceru. Przyniosła również prezenty dla dzieci.
-Ostatnio przyszłam z pustymi rękoma i teraz nadrabiam zaległości -rzekła z uśmiechem do Tosi, Wojtka i Rafałka.
-Mama i tatuś mówią, że nie powinniśmy brać nic od obcych -odparł rezolutnie Wojtek.
-Nie jestem taka obca. Wasi rodzice i dziadkowie mnie znają.
-My pani nie znamy -dodała Tosia.
- Byłam już tutaj i jestem waszą ciocią. Kiedy moi rodzice zmarli stałam się przybranym dzieckiem waszych dziadków. Byłam nawet narzeczoną waszego taty.
-Paula odpuść sobie opowieści -przerwał jej ostro Marek. —Są za małe, aby zrozumieć pewne rzeczy. A wy podziękujcie za prezenty i możecie pójść do swoich pokoi -dodał do swoich starszych pociech.
-Jak dajesz sobie radę teraz bez Uli? – zapytała, gdy Tosia z Wojtkiem podziękowali i z zabawkami pobiegli do swoich pokoi. —Trójka dzieci, praca, rodzice.
-Betti nam pomaga. To siostra Uli. Ma siedemnaście lat i mieszka z nami tymczasowo. Zaraz powinna wrócić z zakupów.
-Taka pomoc to skarb -odparła z uśmiechem, ale obecność w domu siostry Uli skomplikowała jej plan uwodzenia Marka. Mam jeszcze dla twoich rodziców zaproszenie na prywatną audiencję u papieża i wspólną celebrację nabożeństwa.  
-Udało się jednak -odparł z uradowaniem.  
-Bez problemu. Od wieków do Watykanu z naszych winnic dostarczane są wina.  Połowa września będzie dobra?
-Jak najbardziej. Będę ci winny przysługę Paula. Mamie zależało.
-Chyba wiem, jak możesz mi się odwdzięczyć -odparła momentalnie. Mógłbyś pójść ze mną na jutrzejsze przyjęcie do ambasady. Samej tak głupio.
-Niby w jakim charakterze miałbym tam się pojawić?
-Osoby towarzyszącej.
-Zapomniałaś, że mam żonę? - zapytał wymownie. —I dzieci, którymi muszę się zająć. Rafałek ma dopiero trzy latka.
-I Beatkę do opieki oraz rodziców. Przez jeden wieczór poradzą sobie.  Uli i rodzicom nie musisz mówić, że wychodzisz ze mną.
-Ula mi ufa Paula i jeśli wyjdziemy, to powiem jej prawdę. Tak jak rodzicom. Obawiam się, jak inni odbiorą nasze wspólne pojawienie się na bankiecie.
-Nie powinno nikogo interesować, z kim będę -argumentowała. —Poza tym mało kto będzie cię znał. A tobie pójście na bankiet wyjdzie jeszcze na dobre. Zapoznasz parę wpływowych osób i może zyskasz potencjalnych odbiorców win.  Znowu świat usłyszy o Marku Dobrzańskim.
-Może ja nie chcę takiego rozgłosu Paula i jest mi dobrze tak jak teraz. Z rodziną, w domu.
-Od czasu jak ożeniłeś się, to stałeś się drobnomieszczański -odbruknęła z niezadowoleniem. Tylko żona i dzieci ci w głowie.
-To się nazywa wierność Paula -odparł.

Przed Ulą wyjścia z Pauliną nie zamierzał ukrywać. Wieczorem, kiedy połączyli się przez Skype, opowiedział jej o wizycie.


 -Szczęśliwa nie jestem Marek, ale mogła w zamian zażądać coś znacznie gorszego -mówiła sensownie. I ufam ci.
-Wiem kochanie i dziękuję. A Paula się zmieniła.  Nawet rodzice zauważyli, a dzieciom przyniosła prezenty.
-Jakoś trudno mi w to uwierzyć Marek -odparła sceptycznie. Nie ten typ kobiet.
-Minęło dziesięć lat Ula.  
I o dziesięć za mało -pomyślała.
-Czas pokaże, jakie ma intencje. Ja byłabym ostrożna. 


Przyjęcie w ambasadzie zgromadziło sporo osób. Paulina zaś jak za dawnych czasów czuła się tam jak ryba w wodzie. Błyszczała, uśmiechała się i chętnie pozowała do zdjęć.


Marek niestety tak komfortowo się nie czuł, bo nikogo praktycznie nie znał. Nieliczni znajomi zaś zastanawiali się, co robi tu w towarzystwie byłej narzeczonej.  W stosunku do Marka Febo zachowywała się bez zarzutów i nie próbowała żadnych sztuczek, a których się obawiał. Nawet gdy komuś przedstawiała go, to mówiła, że są dobrym znajomym i kiedyś ich rodziny łączyła firma. Jedną z poznanych przez Febo osób była początkująca malarka Aldona Morello - Kordon. Kobieta dała Febo również zaproszenia na swój wernisaż, który miał mieć miejsce nazajutrz.
-Ty nie miałbyś ochoty pójść ze mną Marco?  -zapytała po jej odejściu. —Zaproszenie mam dla dwóch osób.
-Tym razem w jakim charakterze?
-W żadnym. Dla relaksu i abyś kulturalnie się nie zaniedbać.
-Dla relaksu lubię piwo wypić i poleżeć. A malarstwo to twoje hobby.
-Ty po prostu boisz się wyjścia ze mną?
-Paula ja nawet nigdy nie słyszałem o niej i nie wiem, co maluje. Nie lubię nowoczesnej sztuki. Wolę swojskie klimaty.
-Tak się składa, że Aldona maluje sceny historyczne i czasy sprzed wieków. Chałupy pod strzechą, chłopów na polu i inne wiejskie życie.  Ja zamierzam iść i coś kupić. To dobra inwestycja. A tobie to chyba Ula nie pozwala nigdzie chodzić samemu. Przy mnie miałeś i miałbyś więcej swobody.  Nie jesteś przypadkiem pantoflarzem.
- Nie, nie jestem i skoro ci tak zależy, to mogę wyjść z tobą jeszcze ten jeden raz -odparł, bo przekonała go możliwość zamówienia obrazu.  Chciał kupić coś dla Uli na rocznicę ślubu.  Pasowałby również do ich restauracji.
Z bankietu wracali razem taksówką. Najpierw taksówka odwiozła Paulinę do hotelu, a tam na pożegnanie Febo cmoknęła Marka w policzek i podziękowała za dzisiejsze wyjście i za jutrzejsze. Po jej odejściu Marek musiał przyznać sam przed sobą, że pomimo tego, że na początku nie bawił się zbytnio dobrze, to z czasem było lepiej i brakowało mu tego. Obiecał sobie, że razem z Ulą znowu zaczną udzielać się towarzysko, a nie będą żyli tylko pracą i rodziną.
Kolejne wyjście z Febo również mógł zaliczyć do udanych, bo Paulina zachowywała się przyzwoicie, a jemu udało się kupić obraz. Popełnił jednak błąd, bo nie powiedział żonie, gdy rozmawiali przez telefon, że wychodzi ponownie z Pauliną. Ula zaś tak pechowo w czasie wyjścia zadzwoniła na domowy telefon i zanim ktoś z dorosłych podszedł, telefon dopadła Tosia. Po przywitaniu się z córką i chwili rozmowy przeszła do sprawy, w jakiej dzwoniła.



-Jest tatuś w domu? Dzwonię do niego i nie odbiera.
-Tatuś wyszedł z ciocią Pauliną mamusiu -oznajmiła jej córka.
Znowu -pomyślała ze smutkiem.
-Ciocia? Tak kazała wam mówić do siebie?
-Powiedziała, że jest naszą taką doszywaną ciocią i że kiedyś była narzeczoną tatusia.
-A wiesz, dokąd wyszli córeczko?
-Na jakąś wystawę mamusiu.

Dzień później Paulina miała opuścić Polskę, ale znalazła sposób, aby zostać. W dniu jej powrotu do Mediolanu bowiem do Marka zadzwonił ktoś z zastrzeżonego numeru. Było to dla niego o tyle dziwne, bo zawsze numer albo osoba dzwoniąca była widoczna.  Kiedy zaś odebrał i usłyszał, że to z policji przeraził się, bo pomyślał o najgorszym i że stało się coś złego Uli, dzieciom albo rodzicom.
-Dzień dobry. Komisarz Adam Domański i dzwonię w sprawie pani Pauliny Febo. Została okradziona i jest u nas. Podała pana numer telefonu. Prosi, aby pan przyjechał tutaj, bo nie ma nawet na taksówkę. Powinna pójść jeszcze na pogotowie. Ma zadarcia na twarzy i prawdopodobnie rękę zwichniętą.
-Przyjadę po nią -odparł, choć nie miał ochoty spotykać się z nią.
Kiedy dotarł na komisariat, to okazało się, że sprawa kradzieży nie jest taka prosta, bo nie wiadomo było, czy była to zwykła kradzież, czy ma to związek z porachunkami z Aleksem Febo.
-Pani Febo opowiadała nam o długach i że mafia pofatygowała się aż tutaj. Ostatnio również czuła się śledzona.
-To prawda Aleks Febo miał problemy finansowe -odparł policjantowi. Dlaczego nic nam nie powiedziałaś? -zapytał Paulinę.
-Nie chciałam was denerwować. Zwłaszcza że twoi rodzice wyjeżdżali i zepsułabym im wyjazd.
-A co ukradziono? -zapytał policjanta.
-Według zeznań to pięć tysięcy, telefon warty około trzech tysięcy, biżuterię za dziesięć tysięcy i sama torebka była warta podobno trzy tysiące. Oczywiście karty i dokumenty. Ale z tego pożytku zwykli złodzieje nie będą mieli. Prawdopodobnie pani Febo była śledzona, bo półgodziny prędzej z konta wypłaciła pieniądze.
-Po co były ci pieniądze, skoro wracałaś do Włoch Paula? -zapytał podejrzliwie Paulinę.
- Na torebkę od Balenciaga. Widziałam elegancką w Złotych Tarasach.
-I okradli cię w centrum?
-Zadajesz te same pytania, co pan policjant Marek. Nie w centrum. Na Krasickiego, w tym parku, jak wracałam od tego pośrednika nieruchomościami. Znalazł dla mnie w końcu mieszkanie. Masz jeszcze jakieś pytania, bo ja podpisałam, co miałam podpisać i chciałabym pójść do tego lekarza. Mam cały łokieć w sińcach.
Lekarz nic groźnego nie stwierdził i kazał stłuczenie smarować maścią i robić okłady. Okazało się jednak, że Febo nie ma gdzie się podziać, bo z hotelu wymeldowała się i nie ma ani pieniędzy, ani dokumentów, aby gdzieś zameldować się i zanocować. Bała się również tego, że kradzież przypadkiem nie była. W tej sytuacji Marek zmuszony był wziąć ją do siebie na parę dni. Kiedy dojechali, to Paulina dowiedziała się, że na najbliższe trzy dni Beatka wraz z siostrzeńcami przeniosła się do Rysiowa. 

sobota, 6 czerwca 2020

Nowe życie 1/4- mini.


Ślub Urszuli Cieplak i Marka Dobrzańskiego odbił się nie mniejszym echem niż niedoszły ślub Pauliny Febo i Marka Dobrzańskiego. Z tą różnicą, że zamiast katedry na przysięgę małżeńską i eleganckiej sali królewskiej na wesele był kościółek w Rysiowie i małe przyjęcie w restauracji.  Ilość gości również była inna, bo pięćdziesięciu, a nie osiemset. Później nowożeńcy wyjechali w podróż podróżną. Postawili na Polskę i wybrali Wrocław i Kraków.


Po powrocie rzucili się w wir pracy, bo na Febo nie mogli liczyć. Oboje odcięli się od Dobrzańskich i postanowili zostać na stałe we Włoszech. Z tą różnicą, że nie zamierzali pozbywać się swoich udziałów i co kwartał przylatywali do Polski. Prezesem został ponownie Marek, a Ula jego asystentką. Decyzję taką podjęli z uwagi, że w niedługim czasie chcieli powiększyć rodzinę i Ula odeszłaby i tak na urlop macierzyński. Oboje uzgodnili bowiem, że nie będą wynajmować opiekunek ani dawać dziecka do żłobka tylko sami zajmą się swoim maluszkiem. Ciążę mogli świętować już w dwa miesiące po ślubie. Marek od chwili, kiedy dowiedział się, że zostanie ojcem, to zaczął dbać o swoją żonę. Pilnował, aby odpowiednio się odżywiała, brała wszystkie leki, pamiętał o badaniach, wychodził na spacery i czytał fora o ojcostwie. Oczywiście zapisał siebie na kurs dla ojców i ich oboje do szkoły rodzenia.
-Marek -tłumaczyła czasami Ula. —Ciąża nie choroba i nie potrzebuję całodobowej opieki. 
-Ale ja będę spokojniejszy, gdy będę wiedział, że z tobą jest wszystko dobrze.
-A ja będę spokojniejsza, jeśli dasz mi coś w domu zrobić. Gotować mogę. Samo wychodzenie do pracy mi nie wystarcza. A ty powinieneś częściej wychodzić z Sebastianem. Nawet Wiola narzeka, że ciągle siedzi w domu i ona nie ma chwili dla siebie.
-Nie wychodzę, bo wszystko, co potrzebuję mam tutaj kochanie.
Po kilku takich próbach przekonywania dała sobie spokój. Zwłaszcza że wśród jego troskliwości były i całkiem przyjemne rzeczy. Tak było z masażem stóp, włączaniem przyjemnej muzyki albo przygotowaniem kąpieli.  Kiedy na USG wyszło, że urodzi się dziewczynka, to oszalał ze szczęścia, bo chciał mieć córeczkę.  Mała Tosia urodziła się śliczna i zdrowa, a na policzkach miała nieodzowny znak Dobrzańskich. Ula myślał, że kiedy dziecko będzie już na świecie, to Marek uspokoi się trochę, ale on swoją opiekuńczość przerzucił na córeczkę. Wziął miesiąc wolnego i postanowił opiekować się zarówno żoną, jak i niemowlakiem. Robił to wyjątkowo denerwująco, bo każdy pomruk zrywał go na nogi, a najmniejsze odparzenie od razu smarował maściami. Swoją pomoc służyła również Helena. Ona na szczęście do opieki nad wnuczką podchodziła z dystansem i zgadzała się z Ulą w wielu sprawach.
- Ula ma rację. Nie wariuj.  Ja cię wychowałam bez pampersów, drogich zasypek, tych wszystkich odżywek i przeżyłeś.
-Ale dzieci więcej chorowali mamo -argumentowała.
-Wychuchane dziecko nie jest dobrym pomysłem Marek.
-Ale zaniedbane jeszcze gorszym -odpowiadał i dyskusja się skończyła.
Obie w końcu dały sobie spokój licząc, że Marek sam zrozumie, że źle zrobi. Poza tym miał niedługo wrócić do pracy, a do tego czasu Ula wymyślała mu prace domowe. Poprosiła również, aby pomógł w jej w kursie na prawo jazdy.
Kiedy mała skończyła pół roku, to Ula coraz częściej pojawiała się we firmie, a Antosia była u dziadków. Rano razem odwozili córeczkę do Dobrzańskich i jechali do firmy. Ula wracała zazwyczaj prędzej i odbierała dziecko. Później jechała do domu, aby ugotować coś na obiad. Popołudnia spędzali już razem albo w domu, albo na spacerach. Zajęli się również kupnem domu.
Gdy Antosia skończyła trzy latka, to poszła do przedszkola. Ula w tym czasie po raz drugi zaszła w ciążę. Tym razem na świat przyszedł synek Wojtek. Był to jeszcze czas, kiedy firma miała się w miarę dobrze, choć nie było już tyle zysków co jeszcze niedawno. Gorsze czasy naszły, gdy na świat przyszedł ich drugi syn Rafał.  Stało się to w dwa lata po urodzeniu Wojtusia. Na rynku ukazywało się sporo sieciówek i podróbek kreacji. Do upadku firmy przyczynił się jednak najbardziej Aleks Febo, bo chciał szybko zarobić i zadarł z nieodpowiednimi ludźmi we Włoszech, którzy za zwrotem długów pojawili się w Polsce i trzeba było wszystko powyprzedawać, aby oddać im długi. Wraz z F&D upadło i PRO.es. Aleks w dodatku niedługo po tym trafił do Włoskiego więzienia za przekręty i udział w grupie przestępczej.  Paulina za to ustawiła się, bo złapała bogatego wdowca, który po pięciu latach zmarł, pozostawiając jej spory majątek. Tak więc od prawie dwóch lat była wdową i żyło się jej dostatnie.
Ze względu na złą sytuację finansową Ula z Markiem i dziećmi postanowili zamieszkać z Dobrzańskimi. Zwłaszcza że po upadku firmy Krzysztof podupadł jeszcze bardziej na zdrowiu. Rozumiał jednak, że jest kryzys i podobne partnerskie firmy kończyły tak samo. Najbardziej dręczyło go to, że Aleks najmocniej się do tego przysłużył. Helena zaś martwiła się jego stanem i tym, że nie ma siły, aby opiekować się mężem.  Dlatego Ula została w domu i zajmowała się wszystkim, a Marek musiał poszukać sobie pracy. Taka nagła sytuacja życiowa spowodowała nie tylko pogorszenie statutu życia, ale i zaniedbanie fizyczne. Ula, która mało wychodziła z domu w ciągu paru miesięcy zaniedbała się i zaczęła przypominać Ulę brzydulę. Po ostatniej ciąży przytyła również i nie mogła w żaden sposób zrzucić zbędnych kilogramów. Aby zatuszować zbędne kilogramy, to zaczęła ubierać obszerne rzeczy. 



Marek zaś zaczął siwieć, miał ciągle przemęczoną twarz, a jego zabójczy uśmiech i dołeczki nie robiły już takiego wrażenia jak kiedyś.


Pracę dobrze płatną łatwo nie było mu dostać. Na niekorzyść działał wiek, bo był po czterdziestce, a na korzyść nazwisko. Zatrudnienie znalazł w Bibeloty i ty. Firma oferowała dekoracje do salonów, kuchni, sypialni i innych pomieszczeń. Marek był tam menedżerem odpowiedzialny za promocję firmowych produktów i sprzedaż. Dostawał za to niecałe pięć tysięcy na rękę. Dorabiać się nie musieli, bo mieli, gdzie mieszkać, więc z emeryturą Krzysztofa starczało na siedmioosobową rodzinę.
Po dłuższej nieobecności w Polsce pojawiła się Paulina i zapowiedziała się u Dobrzańskich na niedzielny obiad. W czasie obiadu ciągle przyglądała się Uli, a na jej twarzy można było wyczytać drwinę. Ula mimo to była dla niej uprzejma. Choć cieszyła się, że niedługo wyjeżdżają z Markiem i dziećmi do Olszańskich i zbyt długo nie będzie musiała jej oglądać.


-Śliczne masz te dzieciaki Marco -rzekła, gdy Ula zajęła się podawaniem do stołu. —Do tego takie miłe, grzeczne, inteligentne.
-Macie Paula. One mają matkę. Na długo przyleciałaś?
-Zobaczę jeszcze. Na razie na tydzień mam opłacony hotel. Słyszałam, że postanowiłaś poświęcić karierę dla rodziny -rzekła do Uli, gdy ta nalewała jej rosół. —Nie szkoda ci studiów.  
-Nie. I jak najbardziej mi odpowiada rola matki i żony -odparła spokojnie.
-Mama jest najlepsza na świecie i robi nam najlepsze naleśniki -rzekł Wojtuś, który wyczuł, że Febo taka miła, jak próbuje być, nie jest. —I kochamy ją.
Kiedy skończyli jeść i Ula z pomocą teściowej odniosła wszystko do kuchni, to odetchnęła z ulgą, że nie będzie musiała jej dłużej oglądać ani znosić.  Kwadrans później wraz z Markiem i dziećmi żegnała się z Febo. 
-Z Uli zrobiła się prawdziwa kura domowa -rzekła Helenie, jak tylko zamknęły się za nimi drzwi. —Jak mogła się tak zapuścić.
-Urodziła trójkę dzieci Paulino -mówiła usprawiedliwiająco niedoszła teściowa. —I tyle w domu robi.
-Znam osoby, które mają tyle samo dzieci i wyglądają młodo i zgrabnie.  Klasę trzeba mieć w genach. Z kopciuszka nigdy nie zrobi się księżniczki. Marek również wiele stracił. Ja nie pozwoliłabym, aby tak się postarzał.
-Paulino jesteś u mnie i nie życzę sobie, abyś obrażała ich pod moim domem -mówiła ostro. —Zwłaszcza Ulę. Tyle dla nas robi. Wątpię, aby ciebie było stać choćby na mały ułamek tego.
-Nie chciałam urazić cię. Mówię, tylko co widzę.
-To zachowaj dla siebie -odparła kategorycznie.
Przez resztę popołudnia tematu już nie kontynuowały, tylko Paulina opowiadała o luksusowym życiu w Mediolanie. Zanim jeszcze wyszła, to w planach miała odebrać Uli, to co kiedyś należało do niej. Chciała nawet zaproponować Helenie, aby jej pomogła. W zamian zaś mogłaby podzielić się majątkiem i wyciągnąć ich z sytuacji, w jakiej się znaleźli.  Jednak po ostrych słowach Dobrzańskiej zrezygnowała.

Z odzyskaniem Marka długo nie czekała i dwa dni później zadzwoniła, aby umówić się na lunch. Chciała, aby pomógł jej w znalezieniu małego apartamentu, by miała gdzie mieszkać, jeśli znowu przyleci do Polski i będzie chciała zostać dłużej. Marek nie zamierzał jednak umawiać się z nią, tylko polecił biuro nieruchomości. Febo natomiast nie zamierzała poddawać się i po raz kolejny pojawiła się u Dobrzańskich. Będąc u nich w niedzielę słyszała, że w środowe popołudnie Ula, Helena i dwójka starszych dzieci będzie poza domem, a Marek ma wrócić prędzej z pracy, aby zająć się ojcem i Rafałkiem. Dlatego też pojawiła się o tej porze u nich w domu, a czas sam na sam chciała wykorzystać na wspomnienia o czasach, kiedy byli parą i narzeczeństwem.
-Gdyby nie ty to teraz on mógłby być naszym synem Marco -mówiła z wymuszoną uprzejmością. —Cała trójka mogłaby być.
-Nie zapędzaj się Paula -wtrącił. —Z tym swoim Carlem dzieci nie miałaś.
-On miał i nie chciał więcej.
-A ty nie chciałaś postawić na swoim? -zapytał ironicznie. — To coś nowego. Jak byliśmy razem, to rzadko, kiedy ustępowałaś.
-Mimo to, to były moje najlepsze lata Marek. Rozpieszczałeś mnie przynoszeniem kawy i śniadania do łóżka. Pamiętasz? A nasze noce. Takie namiętne.
-Jak przez mgłę Paula. Pamiętam za to, jak robiłaś mi awantury o spojrzenie na inną kobietę.
-Ja chcę być uprzejma, a ty jesteś ordynarny. I to po tylu latach.
-To nie podejmuj tematów, o których nie chcę rozmawiać Paulino.
Przez resztę popołudnia Marek nie musiał być z nią sam na sam, bo Krzysztof usłyszał jej głos i zszedł na dół do salonu. Później wróciła do domu Helena i zajęła się Pauliną. Dwa dni później zaś niezrażona ostatnią wizytą pojawiła się u niego w pracy z nieoczekiwaną ofertą.
-Co tu robisz, kto cię wpuścił i po co przyszłaś?   -zarzucił ją pytaniami, gdy tylko zamknęła za sobą drzwi.
-Włoskie nazwisko i akcent zawsze działają Marco. A przyszłam, aby zaproponować ci pracę.  Mógłbyś być przedstawicielem na Polskę naszych win. Nie mamy tu dystrybucji, a polski rynek miałby zbyt.
-Skąd ta propozycja? -zapytał podejrzliwie. —Za życia twojego męża nic takiego nie było w planach.
-Bo istniało jeszcze F&D.  Teraz wiem, że jest wam trudno. Rozmawiałam z Heleną i brakuje jej niektórych rzeczy. A jestem jej i Krzysztofowi winna wdzięczność. Wychowywali mnie przez kilka lat.
- Trudno mi w to uwierzyć Paula. Nigdy nie umiałaś okazać wdzięczności. Prędzej chodzi ci o mnie.
-Nie pochlebiaj sobie -odparła z wyższością. Nie jesteś już tak atrakcyjny, jak kiedyś. Zdziadziałeś przez te dziesięć lat.
-To tym bardziej nie powinienem pokazywać się publicznie. Nie uważasz Paula?
-Wystarczy kilka zabiegów odmładzających, inna fryzura i elegancki garnitur, abyś inaczej wyglądał. Pracowałbyś głównie na terenie Polski i tylko czasami musiałbyś przylatywać do Włoch.
-Dzięki, ale jakoś sobie poradzimy sobie -wtrącił.
-Mógłbyś chociaż przemyśleć. Albo przedyskutować z żoną. Na pewno zarabiałbyś więcej niż tutaj -mówiła nieustępliwie.
-Ok. Paula pomyślimy z Ulą. Zadowolona? Teraz muszę zająć się tą pracą.
-Nie myśl tylko, że nie zapytam o to, bo zapytam -odparła, odchodząc.

Ula tymczasem w innej części Warszawy spotkała się z koleżanką z liceum Dorotą. Dorota Rawicz wróciła właśnie po ponad dziesięciu latach do Polski i zamierzała w coś zainteresować, a najlepiej otworzyć własną firmę. W tym celu umówiła się z Ulą na spotkanie i liczyła na jej pomoc.
-To, co masz mi do zaoferowania? -pytała Ula. —Przez telefon byłaś tajemnicza.
-Chcę założyć małą firmę Ula. 
-Ryzykownie w tych czasach. 
-Wiem, że z waszą firmą nie wyszło, ale ja chcę spróbować z czymś całkiem nowym Ula. W Anglii coraz więcej osób skłania się na życie eko, a w Polsce jest stosunkowo mało takich firm. Głównie to chciałabym zainwestować w produkcję żywności dla wegan. Skończyłam w końcu studia na kierunku technologii żywności i czas wykorzystać wiedzę. Później może i ekologicznych kosmetyków pod własną marką.
-Pomysł może i dobry, tylko to ogromne pieniądze są.
-Wiem i dlatego oprócz mnie, będą wspólnicy.  Mój brat Kamil jest nastawiony na produkcję roślinną i na tych swoich pięćdziesięciu hektarach obiecał siać ekologiczne warzywa i zioła. Ma dość startowania w przetargach i chce mieć swój własny zbyt. W Rysiowie zaś ciągle jest ta hala po cukierni i można kupić ją za bezcen na produkcję. Rodzina męża natomiast ma małą piekarnię i również obiecała piec domowe chleby, ciasteczka i tym podobne. Próbują nawet przepisów dla wegan. Teraz najważniejszy byłby zakup maszyn i tu pojawia się kłopot, bo muszę wziąć kredyt, a ty się znasz na tych wszystkich oprocentowaniach. Byłam w banku i tłumaczyli mi, ale mało co zrozumiałam. Gdybyś poszła ze mną i doradziła. Mam jeszcze dwie symulacje do przejrzenia. 
-Nie ma sprawy Dorota. Jak ogarnę dom, powysyłam dzieci do szkoły i przedszkola, to nie mam nic do roboty.
-Dzięki Ula. A co nowego poza tym, że dzieci rosną.
-Była narzeczona Marka kręci się obok niego -odparła z przygnębieniem. W dodatku ciągle wygląda rewelacyjnie.
-A byłe podobną są najgorsze Ula.
W kolejnych dniach Ula pomagała Dorocie w wyborze odpowiedniego kredytu, ale odsetki były spore i mogły wykończyć biznes.  Po głowie chodziło jej inne rozwiązanie.
-A nie myślałaś, aby dopuścić kogoś spoza rodziny do twojej firmy? – pytała niepewnie. —Opowiadałam Markowi o twoich planach i kłopotach i mówił, że pomysł jest świetny i chętnie by zainwestował.
-Myślałam o tym samym Ula, ale nic nie mówiłam. Raz nie udało się wam i bałam się proponować.  A mielibyście tyle funduszy? -zapytała z optymizmem.
-Tak. Zostało nam trochę pieniędzy.  Co prawda chcieliśmy z Markiem zostawić dzieciom, ale kapitał należy pomnażać.
Za realizację pomysłu wzięli się już tydzień później, a firmę nazwali Dobrawa. Wzięła się od ich nazwisk Dobrzańscy i Rawicz. Swój biznesplan poszerzyli o restaurację z daniami dla wegan i wegetarian oraz pijalnię win. Dlatego też zgodzili się współpracować z Pauliną Febo -Lonno. Tym miał zajmować się Marek.  Ula zaś z racji, że Dobrzańscy włożyli w końcu więcej funduszy, to miała zostać szefem całej spółki. Znała się też jako jedyna z nich wszystkich na ekonomii.
Nowe perspektywy dały Uli zastrzyk optymizmu i zainwestowała w poprawienie wyglądu. Kupiła nowe ubrania i poszła po nowe szkła kontaktowe, bo w poprzedniej parze zgubiła jedną soczewkę. Na sam koniec poszła do fryzjera. Za przykładem żony poszedł Marek. Tak więc w ciągu paru dni stali się piękni.


Tak odmieniony Marek pojawił się w Mediolanie u Pauliny, aby podpisać umowę o dystrybucji win do Polski. Z uwodzeniem byłego narzeczonego postanowiła jednak poczekać.  



czwartek, 14 maja 2020

Hańba cz. 16


Od ostatnich wydarzeń miną tydzień. W tym czasie wujek Zosi Lucjan umieścił bratanicę wraz z mamą Elizą pod Gdynią w domku, który niedawno kupił. Najpierw razem z Markiem pojechał do Poznania po przyjaciółkę pani Tomczak Ludmiłę. Była ona poniekąd zakładnikiem właścicielki Zakątka Rozkoszy Róży na wypadek nie powrotu Elizy. Plan był prosty, bo Lucjan wynajął ją na godzinę w środku nocy i poszedł na pięterko. Okna pokojowe były od podwórka, a tam czekał Marek.   Później z pomocy sznura spuścili kobietę na ziemię, Lucjan sam zeskoczył i we trójkę pojechali do Rysiowa. Kolejnego dnia Zosia z mamą pojechały na pomorze. Lucjan obiecał również zająć się sprawami finansowymi i dopilnować, aby jego brat poczuwał się obowiązku łożenia na córkę. Ludmiła natomiast z drugą koleżanką Elizy, z którą przyjechała do Rysiowa zatrzyma się w Bydgoszczy. Obie miały zaoszczędzone pieniądze przy sobie i na początek im starczało.  
Kiedy wszystkie sprawy związane z Zosią były już rozwiązane, to Marek więcej czasu poświęcał Uli. Przyjeżdżał niemal codziennie i zajmował się kontuzjowaną Ulą. Od zrzucenia z konia bowiem minął tydzień i ciągle miała opuchniętą kostkę.
-Co chciałabyś robić dzisiaj -zapytał w jeden z wieczorów. —Pogoda pod psem.
-Możemy zagrać w Chapankę, Faraona, kości albo w Dolinę kupców (gry karciane). Albo w gąskę (gra planszowa).
-Może być Faraon na początek. Ale o fanty będziemy grać Ula.
-Może być. Później, gdy przyjdzie Wiola z Sebastianem, to zabawimy się w szarady sylabowe. A teraz mam coś dla ciebie na rozgrzewkę Marek.
Pierwsze do herbaty dają
Drugiem trzeciem chłopczyka wołają
Drugie z literą wielką, gdy dodasz trzeci
Będzie król Polski, no któren wiecie?
Całe mamusia nastawi w garnuszek
gdy rozboli cię brzuszek. * -zagadka dla was.( rozwiązanie wymawiane po staropolsku)
-A co jest nagrodą? -zapytał.
-Może pozwolę ci na pocałunek, jak nikt nie będzie patrzył -mówił kokieteryjnie.  
Marek szaradę odgadł, choć nie od razu i z podpowiedzią.
-A moja nagroda -pytał z nadzieją.   
-Za podpowiedź możesz jedynie potrzymać mnie za rękę -droczyła się z nim.
-Może chociaż druga szansa? -pytał z nadzieją w głosie.
-Może poszczęści ci się w grze karcianej Marek.
W grach karcianych wypadali po równo. Marek został właścicielem małej broszki Uli i jej chusteczki. Ula zaś wygrała papierośnicę i zegarek. Markowi poszczęściło się w grze, w której stawką był pocałunek Uli. W grze planszowej więcej szczęścia miała Ula i Marek musiał dla niej zaśpiewać. Wybrał dumkę Hej sokoły. Głos miał melodyjny, więc całe wykonanie Ula nagrodziła oklaskami.


W kolejne dni, gdy pogoda była lepsza, to Marek zabierał Ulę na przejażdżki. Aby nie obciążała kostki, to nosił nawet na rękach.


-Uważaj Marek, bo się przyzwyczaję i już zawsze będziesz musiał nosić mnie na rękach -powiedziała któregoś dnia.
-Hmh -odparł, tylko przenosząc z powoziku na ławkę.
-To znaczy, jak dalej będziesz odwiedzać mnie.
-Czy to znaczy, że rozważasz dać mi czarną polewkę na niedzielny obiad?
-To znaczy, że to ty możesz zmienić zdanie Marek.  Wiem, że nie jestem bardzo wysoko urodzona, ani potulna jak przykładna panna.
-Ula mówiłem ci, że płochliwe dziewczęta nie są w moim typie. Do czasu, aż nie poznałem cię, to nie wiedziałem, że takie panny na wydaniu,  jak ty istnieją. Już samo zapoznani cię było takie niespotykane. Jaka panna położyłaby się w stodole obok młodego mężczyzny i udawała, że została zhańbiona?
-Zdesperowana. Jeszcze mam dreszcze na wspomnienia o planach ojca wydania mnie za Sosnowskiego albo później za Młoczyńskiego (cz.1 listopad)
-Ja pamiętam, że wolałabyś rzucić się do rzeki niż zostać baronową Młoczyńską.
-Przepraszam Marek, że wpakowałam cię w sytuację bez wyjścia. I dziękuję, że zachowałeś się honorowo i od razu chciałeś ogłosić zaręczyny.
-Ula, gdyby nie tamto wydarzenia teraz dalej przewijałbym się przez cudze sypialnie albo baraszkował na sianie. Nawzajem pomogliśmy sobie.  A tak bardziej szczegółowo i szczerze to nazwisko Sosnowski na mnie podziałało jak czerwona płachta na byka. Chciałem odebrać mu prawie narzeczoną.
-Chyba napiszę o nas romans Marek. Mam teraz tyle czasu i tyle działo się w naszym życiu.
-Tylko że losy Uli i Marka musiałyby się skończyć ślubem. Albo przynajmniej zaręczynami -stwierdził sensownie.
-Będę najwyżej improwizować Marek -mówiła błahym tonem.
-Już dwa miesiące temu obiecałem ci zaręczyny -rzekł równie od niechcenia.
-Obiecanki sasanki a głupiemu gruszki, jakby powiedziała Wiola, coś w tym stylu.
-Mówiłem  pannie, że miłość do panny jest tak wielka, że trudno ująć w słowa -zaczął, biorąc za rękę, a na twarzy pojawił się szelmowski uśmiech. —A uroda pani przebija najpiękniejsze portrety najpiękniejszych księżniczek i królowych. Nie wspominając o pani umyśle nieodbiegającym niczym od najwybitniejszych umysłów uczonych.
-Powinnam teraz zarumienić się i odwrócić twarz -ni to zapytała, ni tylko odparła.
-I za to cię między innymi kocham Ula. Umiesz zaskoczyć mnie i rozbawić.
-I jeszcze te komplementy -odparła z zawstydzeniem. Naprawdę zaraz spłonę.
- Już dawno powinienem powiedzieć, to wszystko, ale jakoś nie było do tej pory odpowiedniego nastroju Ula.  Kocham panią panno Cieplak i jestem szczęśliwy, że jestem tym który może być u twojego boku.
-I pomyśleć, że musiałam skręcić nogę, żebym usłyszała te słowa? Trochę mało romantyczne, ale do wiadomości przyjęte Marek.  I jak kocham pana panie Marku Dobrzański.
Po tym nie pozostało im nic innego, aby swoje wyznania przypieczętować słodkim i delikatnym pocałunkiem.


Trzy dni później w niedzielne popołudnie pod dom Cieplaków zajechał powóz z seniorami Dobrzańskimi. Marek gościł u Cieplaków już na obiedzie, bo nocował u Sebastiana i przyjechał do nich przedpołudniem.  Dla Uli i jej rodziny była to niespodzianka, bo Marek nic nie mówił, że na podwieczorku pojawią się jego rodzice.
-Czemuś zawdzięczamy odwiedziny państwa -zagadnął Józef, będąc jeszcze na dworze.
-Syn nalegał i nie będziemy ukrywać, że liczymy, że warto było przyjechać tutaj -oznajmił Krzysztof.
-Rozumiem -odparł z uśmiechem. —Zapraszam na salony -dodał, wykonując szeroki zapraszający gest.
W salonie siedziała już Ula z Markiem, Jaśkiem i Alą. Kto przyjechał zdążyli dostrzec przez okno, więc zaskoczenia nie było.
-Można wiedzieć skąd ta wizyta Marek -zapytała podejrzliwie.
-A mi skąd wiedzieć Ula. Rodzice może chcieli zrelaksować się na łonie natury. Miło widzieć was -dodał do rodziców, gdy tylko pojawili się w drzwiach.
-Dzień dobry państwu -przywitała się i Ula. —Miło gościć ponownie w naszych skromnych progach.
-Cała przyjemność po naszej stronie, drogie dziecko -odparł Krzysztof.
Kiedy wszystkie uprzejmości mieli za sobą, przywitano się z Alą i Jaśkiem oraz podano kawę, to głos zabrał Marek.
-Skoro jesteśmy już wszyscy razem, to chciałbym prosić o rękę pana córki -rzekł z powagą Marek. —Poślubić tak wspaniałą dziewczynę, jaką jest Ula byłoby dla mnie zaszczytem.
-My możemy tylko prośbę syna poprzeć. Ula byłaby dla nas wspaniałą córką -wtrąciła Helena.
-No cóż, drodzy państwo -zaczął Cieplak. —Dla mnie to niebywały respekt, a Ula kocha Marka. Ja na drodze do waszego szczęścia stać nie będę -dodał do córki i przyszłego zięcia.
-Dziękuję panie Józefie -odparł mu Marek.
-Ula uczynisz mi ten honor i zostaniesz moją żoną -rzekł, klęcząc przed ukochaną. W ręku natomiast trzymał ozdobne wyściełane aksamitem pudełeczko z pierścionkiem z oczkiem z ametystu.


-Będę zaszczycona i najszczęśliwsza -mówiła ze wzruszeniem. —Już jestem.
Włożenie pierścionka na palec Uli był tylko formalnością. Na koniec Marek z gracją pocałował w dłoń.
-Jest piękny -mówiła z ciągłym wzruszeniem.
-To pamiątka rodzinna -wytłumaczył Marek. —Moja mama dostała go od swojej mamy, a z racji, że nie mam siostry, to teraz należeć będzie do ciebie.
-Dziękuję pani. Taka rodzinna pamiątka, to dla mnie  wielkie wyróżnienie. Mam nadzieję, że będę dla pani dobrą córką.
-W to nie wątpię. Mój syn wybrał sobie na żonę idealną pannę. Już dawno z mężem o tym wiemy.
Później przyszedł czas na gratulacje i pierwsze plany dotyczące ślubu i wesela.


W kolejnym tygodniu Ula z Markiem zajęli się pierwszymi przygotowywaniami do ślubu i poszli dać na zapowiedzi.  Następnej niedzieli proboszcz ogłosił, że zamierzają się pobrać. Tak jak przystało ślub zaplanowali za około pół roku po zaręczynach. Na datę wybrali pierwszą sobotę po Wielkanocy Roku Pańskiego 1896, co wypadało na połowę kwietnia. Sam ślub miał mieć miejsce w miejscowej parafii a przyjęcie wyprawione na łące Cieplaków. Na wypadek deszczu do dyspozycji mieliby nowy magazyn, który był właśnie budowany na miejscu spalonego magazynu.  W kolejnym tygodniu odbyło się przyjęcie zaręczynowe. Dom Cieplaków okazał się zbyt mały, więc bal przeniesiono do Dobrzańskich.  Ula i Marek przy okazji wybrali druhny i drużbów. A zostali nimi Wiola i Paulina oraz Sebastian i Aleks.  


Wkrótce po nich zaręczynach do grona szczęśliwych narzeczonych dołączyła Wioletta z Sebastianem, która w czasie balu Uli i Marka z góry zapowiedziała, że następne muszą być jej. Również Lew poprosił o rękę Pauliny.

Ogłoszone zaręczyny równały się z tym że matki innych dziewcząt na wydaniu już na zawsze porzuciły nadziej na wydanie córek za Dobrzańskiego. Bez uszczypliwości i wytykania mezaliansu nie obeszło się również, ale z tym oboje dawali sobie radę, bo uwagi nie zwracali. Pomocna była i Helena, która przy każdej okazji wychwalała przyszłą synową.

Po balu przyszedł długi czas narzeczeństwa, który w ich przypadku podzielił się im na cztery etapy. W pierwszym, który przypadał na koniec lata i jesień zajęci byli dopieszczaniem swojego przyszłego domu. Z wyborem, gdzie będą mieszkać z Ulą po ślubie kłopotów nie mieli, bo Marek odziedziczył po babce ze strony mamy dworek. Gdy pierwszy raz zawiózł tam Ulę, to od razu pokochała to miejsce. 


Nikt tam jednak nie mieszkał od dwudziestu lat i potrzebował remontu w środku, jak i zadbania o otoczenie. Tym zajęli się bezzwłocznie i późnym latem rozpoczęły się pierwsze prace. Przyjaciele Marka z zawodu zdunowie, którzy niedawno pomogli mu zdemaskować Sosnowskiego, teraz zajęli się postawieniem pieca kaflowego w każdym pokoju. W salonie i sypialni natomiast pojawiły się kominki. Sypialnię połączono również z małym dziecięcym pokoikiem. Inna ekipa zadbała o ściany. Pojawiła się nawet toaleta i łazienka z prawdziwego zdarzenia.
W międzyczasie odbył się proces Sosnowskiego i udowodniono mu podpalenie. Wystarczyły zeznania Dąbrowskiego i to co usłyszał policjant w czasie prowokacji wymyślonej przez Marka.  Odpowiedział również za leczenie bez prawa do wykonywania zawodu.

 W drugim etapie ich narzeczeństwa, a przypadającym na późną jesień i adwent był czasem odwiedzin Marka u Cieplaków. Chodzili wtedy na spacery, spotykali z przyjaciółmi, oddawali się hazardowi w postaci gier i szarad. Czasami jeździli do Warszawy i szli wtedy do teatru albo kawiarni. Po Bożym Narodzeniu nastał czas karnawału i czas szybciej im mijał. Chodzili po balach, odwiedzali krewnych i znajomych, którzy poznać Uli albo Marka okazji jeszcze nie mieli. Wraz z Wielkim Postem nastała wiosna i Ula wraz z Jadzią ekspertką od kwiatów i ogrodów oraz z wynajętym ogrodnikiem zajęli się otoczeniem dworku. Z Jadzią dogadywała się doskonale i po ponad półrocznej znajomości z dziewczyną język migowy znała nie gorzej niż Marek. 

Dzień ślubu był, jak na życzenie, bo niebo było błękitne a temperatura w okolicach dwudziestu stopni. Ula od samego rana wpadła w ręce przyjaciółek i Ali, które pomagały w ubiorze i fryzurze. Efekt ich starań był urzekający. 


Do Rysiowa Marek przyjechał pięknie udekorowanym powozem a wraz z nim jego rodzina. Na Ulę czekał w kościele przy ołtarzu. 




Ta pojawiła się dziesięć minut po nim. Chwilę później ojciec poprowadził do ołtarza i przysięgali sobie miłość i wierność. Później przyszedł czas na wesele do środka nocy.  Po oczepinach czas było kończyć zabawę i rozjechać się do swoich domostw. 



Państwo młodzi do swojego dworku ze względu, że było ze trzydzieści kilometrów pojechali automobilem. Kiedy dojechali, przeniósł przez próg i zaniósł do salonu.
-Ula w końcu sami -rzekł, gdy postawił na podłodze.
-I we własnym domu. Jesteśmy rodziną i będę od jutra dbała o ciebie i o cały dom.
-Tylko dzieci nam brakuje.
-Na dziecko nie ten czas. Trzeba poczekać dwa tygodnie.
-Chcesz tyle czasu odmawiać mi nocy poślubnej?
-Nie Marek. Czytam poradniki dla kobiet i wiem wszystko o fizjologii kobiet. Nie licz, więc że co rok będzie prorok.
-Nigdy nie pozwoliłbym na takie rozwiązanie. Chcę mieć żonę niewymęczoną ciągłą ciążą i porodami. Bardzo zmęczona?
-Nie Marek. Jeśli pytasz, czy dam radę spełnić obowiązek małżeński, to dam radę.
-Tylko nie obowiązek kochanie -odparł przy jej ustach.
Chwilę później wziął ponownie na ręce i zaniósł do sypialni.
Noc poślubna okazała się przyjemniejsza, niż myślała. Słyszała i czytała, że boli i kobieta nie ma z tego przyjemności. Marek tymczasem pomógł rozebrać się jej i rozpuścić włosy. Później bez pospiechu obsypywał twarz pocałunkami, pozwalając sobie na schodzenie na dekolt. Dla Uli było to bardzo przyjemne uczucie i całkiem inne niż przy zwykłych dotychczasowych pocałunkach. Kiedy nadchodził najważniejszy moment nocy, to Ula wyczuła to i instynktownie podniosła biodra. Przez chwilę było nieprzyjemnie, ale starała się nie myśleć o tym. Kiedy myślała, że już po wszystkim małżonek zaczął poruszać się w niej bardzo delikatnie i było to całkiem przyjemne. Mogłoby nawet być mocniejsze i szybsze. Marek jakby czytając w jej myślach i czując bardziej zaciśnięte nogi wokół własnych bioder, to swoje ruchy przyspieszył. Tym samym kobiecość Ula jeszcze bardziej się rozbudziła. Długo nie trwało, aby poznała, co to znaczy szczytować. Kiedy ich ciała wracały do normy, a Markowi wrócił rozsądek, aby dać Uli w tę noc spokój, zsunął się z żony i wsparty na boku położył się obok.
-Kochanie byłaś bardzo dzielna -mówił, gładząc policzek. —Kolejne noce będą przyjemniejsze.
-Wiem Marek. Czytam dużo.  I wcale nie bolało.
-Nie wiem, czy nie wymóc na tobie posłuszeństwa w małżeństwie i nie zakazać ci czytania poradników dla kobiet. Zbyt dużo wiesz.
-Przed ślubem moje oczytanie ci nie przeszkadzało Marek -wytknęła mu.
-Pomyślimy nad kompromisem Ula. A teraz śpij. Należy się nam po całym dniu wrażeń mocny odpoczynek. 




Dziesięć miesięcy po ślubie przyszła na świat pierwsza ich córka Zosia. Ula liczyła, że powije syna, ale mąż zapewniał ją, że nie zamieniłby małej Zosi nawet na tuzin chłopców, bo od urodzenia była ślicznym bobasem. Na kolejne dziecko czekali dwa lata. Tym razem urodził się synek Wojciech. Po kolejnych dwóch kolejna córeczka Emilia.
-Spełniłaś wszystkie moje marzenia -mówił Marek, tuląc po chrzcie swoją ostatnią pociechę.
-Staram się być przykładną żoną i matką.
-Jesteś kochanie. Tak się cieszę, że dzisiaj pojawiła się cała nasza rodzina i przyjaciele i że wszystkim się wokół nas układa. Olszańscy i Korzyńscy są szczęśliwi, Jadzia dla twojego wujostwa jest jak córka a Mareczek jak wnuk, a Zosia świetnie się uczy i nie ciąży na niej przeszłość matki. 
-To prawda Marek. I jeszcze jesteśmy zdrowi. Chciałabym dożyć późnej starości z tobą, dziećmi, wnukami.
-Dożyjemy kochanie, dożyjemy -mówił, nie wiedząc, że przed nimi ponad pięćdziesiąt lat wspólnego życia.

Na kolejne opowiadanie zapraszam za jakiś miesiąc. Potrzebuję trochę wytchnienia.  Ciągle piszę na bieżąco i jest to trochę uciążliwe. Może uda mi się coś napisać na zapas.