W piątkowe
późne popołudnie Marek umówiony był z Sebastianem w Warszawie na placu Zamkowym
obok Kolumny Zygmunta. Spotkania właśnie w tym miejscu i o godzinie osiemnastej
od paru lat był ich rytuałem. Dawali
sobie również półgodzinny czas spóźnienia na wypadek jakiś nieprzewidzianych
okoliczności, a okazji na powiadomienie siebie nawzajem nie było. Godzina i
czas nie były też przypadkowe, bo większość co bogatszych kawalerów rozpoczynała
właśnie wtedy ponad dwudniową zabawę w licznych klubach Warszawy. Z tą różnicą,
że od czasu jak Olszański zaczął odwiedzać Wiolettę, to piątek był jedyną okazją
na spotkania z przyjacielem. Sobotnie
wieczory Sebastian poświęcał już wyłącznie Wioletcie i bawił się na wsi. W
niedzielę natomiast jak przystało, przychodził pod kościół, odprowadzał do domu
i zostawał na obiedzie u Kubasińskich. Marek miał natomiast trochę inny rozkład
tych dni i zazwyczaj spędzał je w mieście w klubie. Wyjątki stanowiły tylko
sobotnie przyjęcia bogaczy. Zarówno tych miastowych, jak i mieszkających w
okolicznych wioskach. W oczekiwaniu na pojawienie się przyjaciela przeglądał właśnie
kolejne dwa zaproszenia.
-Co
tak studiujesz przyjacielu -zagadnął znienacka Olszański.
-Witaj.
Zaproszenia na przyjęcia do Andrzejewskich i Wróblewskich.
-Katarzyna
Andrzejewska właśnie zadebiutowała, a panna Klotylda Wróblewska skończyła szkołę
i jej brat szuka jej męża -oznajmił wymownie.
-Domyśliłem
się Seba, że chodzi o ich krewne i aliaż. Tyle razy przechodziłem przez to.
-To weź
raz czy drugi Ulę na przyjęcie, to przestaną ci podsyłać córeczki, siostry,
kuzynki.
-Tylko
że jestem sam zapraszany.
-Szprynce
jedne. A jak poszło ci z panem Cieplakiem? Twój plan pojawienia się w
towarzystwie Jadzi udał się?
-Chyba
tak. Jutro jeszcze raz odwiedzę go i spytam o Ulę. A jakby miała dłużej przebywać
u ciotki, to list wyślę do niej i napiszę co i jak z Sosnowskim i całą sprawą.
-To w końcu znalazłeś chętnych do pilnowania doktorka?
-Jurto tym się zajmę. Mam dwóch kolegów z dzieciństwa i liczę, że mi pomogą. To synowie jednego z chłopów, ale bawiliśmy się razem. Teraz są zdunami i praca mocno ich nie ogranicza.
-Nieźle się napaliłeś. A co
do jutra Marek, to jutro w Rysiowie jest zabawa z okazji dwusetnej rocznicy
urodzin założyciela Rysiowa pana Jana Rysia. Przyjdziesz?
-Pewnie.
Nie odmówię sobie zabawy w twoim towarzystwie Seba. Teraz zapraszam cię do klubu
Paryżanka. Mają tam pokaz kankana. Tancerki są podobne bardzo dziarskie.
-Słyszałem
i teraz ja nie odmówię Marek -odparł z uśmiechem.
Dzień
później tak jak planował, poszedł
z rana na mały placyk, gdzie można było znaleźć zatrudnienie na cały sobotni
dzień i szczodrze zarobić. Od samego wejścia zaczepiany był przez osoby chętny
do pracy, ale on szukał konkretnych osób. Szczepana i Antoniego kolegów z
dzieciństwa szybko znalazł. Oboje byli zdunami i pracowali na własny rachunek.
Po
udanym spotkaniu jeszcze przed południem zawitał do Cieplaków. Józefa nie
musiał nawet szukać, bo przechadzał się po swoich włościach.
-Panicz
tu -zagadnął jeden z nich.
-Antek
wiesz, że nie lubię, jak się mówi do mnie w ten sposób. Mam coś dla was i dobrze płacę. Zapraszam na
piwo i pogadamy.
Do
budki z piwem daleko nie było, bo wystarczyło przejście przez jezdnię i Marek
wkrótce mógł przejść do konkretów.
-Trzeba
mieć kogoś na oku. Konkretnie to Piotra Sosnowskiego i czy nie spotyka się z
pewnym mężczyzną.
-Tego
lekarza?
-Dokładnie
tak. Coś kombinuje za moimi plecami.
-Jeśli
trzeba doktorowi dać w…
-Nic
z tych rzeczy Szczepan -wtrącił. —Będę musiał jeszcze wyciągać was z kozy.
Załatwię sprawę bardziej cywilizacyjnie. Wystarczy mi wiedzieć czy po pracy nie
spotyka się z Bartkiem Dąbrowskim. To taki rosły chłopak z nie za ciemnymi
włosami i grzywką zaczesaną na czubek głowy.
-Możesz
liczyć na nas Marek -zapewnił Antek.
-Cieszę
się. Najlepiej jakbyście zaczęli od poniedziałku.
-W
planach nie mamy nic, więc może być poniedziałek -dodał Szczepan.
-Jakby
co to wiecie, gdzie mnie szukać. A tu macie zaliczkę -rzekł, dając banknoty.
-Wielkie
dzięki Marek -odparł Antek. —Przyda się. Dopiero na przyszły tydzień umówieni jesteśmy
na budowę kilku pieców w kamienicy.
-Kłaniam
się panie Józefie -rzekł na przywitanie. —Przyszedłem spytać, kiedy córka
wraca.
-A to
ty. Witam. Zapraszam na salony.
-Dziękuję,
ale ja tylko na chwilę. O Ulę chciałem tylko spytać.
-Ulcia
już wróciła, ale pojechała do sklepu z Beatką. Może dobrze, że jej nie ma, bo
chciałem porozmawiać z tobą o córce.
-Wiem,
że chce wydać pan Ulę za Piotra Sosnowskiego, ale ja mam jak najbardziej
uczciwe zamiary panie Józefie -wtrącił, zanim coś więcej powiedział.
-Kiedyś
chciałem, ale już nie. Dowiedziałem się o pewnych rzeczach, które w złym
świetle go stawiają.
-Rozumiem.
Czyli mogę starać się o rękę córki i nie jest pan przeciwny?
-Tylko
że obiecałem Uli, że nie będę już więcej narzucał jej kawalerów. Wiem, że wtedy
w stodole do niczego nie doszło, a ty zachowałeś się honorowo. Stawia cię to w
dobrym świetle.
-Ja
wiedziałem od samego początku, ale byłem na przegranej pozycji. Poza tym Ula
powiedziała, że wolałaby pójść nad staw niż poślubić Piotra lub barona
Młoczyńskiego, a do tego nie mogłem dopuścić.
-Bardzo szlachetne. Mało którego mężczyznę byłoby na coś takiego stać.
-Bardzo szlachetne. Mało którego mężczyznę byłoby na coś takiego stać.
- Kiedyś
Jadzia chciała zrobić coś podobnego i niemal w ostatniej chwili znalazłem ją.
-Wiem
już o nim i o Jadzi. To Piotr jest ojcem małego Mareczka.
-No
tak. Miała być to tajemnica, ale coraz więcej osób komentuje. Ale przynajmniej poznałem pana córkę. Mogę
więc starać się o jej rękę. Jest interesującą dziewczyną.
- Jeśli
o mnie chodzi, to masz moje przyzwolenie, ale o zdobycie jej serca musisz sam
się postarać. Bardzo uparta jest.
-Dziękuję
panie Cieplak. Myślę, że dam sobie radę.
Po pożegnaniu
z Cieplakiem zastanawiał się nad swoją nową sytuacją. Zagrożenie ze strony Józefa
i Piotra minęło, ale chęć posiadania czegoś, co i Sosnowski chciał mieć
pozostała. Poza tym dokładnie wiedział, że kiedyś przyjdzie mu ożenić się i
mieć potomka, a Ula jak na razie była najodpowiedniejszą kandydatką. Niebrzydka,
inteligentna i czuł do niej coś do tej pory mu nieznanego. Na
spotkanie z Ulą długo nie musiał czekać, bo gdy przechodził przez mały ryneczek,
dostrzegł ją na rowerze wraz z Beatką.
-Witaj
-rzekł, gdy tylko zatrzymała się obok niego. —Byłem właśnie u panny ojca i powiedział
mi, że tu mogę cię znaleźć.
-Dzień
dobry. Co robił pan u ojca?
-Chciałem
dowiedzieć się, kiedy wracasz. Powiedział mi, że już wie o Jadzi i Piotrze i że
nie chce wydać cię za niego za mąż. Za mnie również nie. Dał ci wolną rękę w
wyborze męża.
-Ja
również zwalniam cię z danego słowa -oznajmiła ku jego zaskoczeniu.
-Mimo
to będę się starał o panny rękę. Dzisiaj jest zabawa może, więc uczynisz mi ten
zaszczyt i będę mógł ci towarzyszyć?
-Zabawa
jest dla wszystkich i nie mogę zabronić panu przychodzić.
-W takim
razie zarezerwuj dla mnie kilka tańców w swoim karneciku.
-Zobaczymy.
Tylko nie przychodź po mnie, bo umówiłam się z Wiolettą i Pauliną. Teraz muszę jechać. Betti od trzech godzin nie
była przewijana.
-Nie będę
w takim razie zatrzymywał was. Wystarczy mi, że będziemy widzieć się wieczorem
panno Urszulo. Zresztą umówiony jestem teraz w interesach z panem Febo.
-Z
wieczorem proszę nie wiązać zbyt wielkich nadziei, bo może pan poczuć się
rozczarowany.
-Nie
ośmieliłbym się narazić się na gniew panny albo ojca. Wiem czym się może
skończyć. Do zobaczenia wieczorem -dodał, kłaniając się na pożegnanie.
W
drodze do domu zastanawiała się ponownie nad kwestią uczuć do Marka i swoją
przyszłością. W swoich planach zawsze miała założenie własnej rodziny i
brakowało jej tylko kandydata na męża, którego darzyłaby jakimś uczuciem. Dobrzański
jak dla niej miał urodę księcia i był ogólnie mówiąc interesujący, ale czasami
miała wrażenie, że coś w nim jest niebezpiecznego i działał jej na nerwy.
Zabawa
w Rysiowie zgromadziła sporo osób. Nie tylko miejscowych, ale i warszawiaków. Sosnowski
pojawił się również, ale tylko na chwilę, aby spotkać Dąbrowskiego.
-To
jestem -rzekł Dąbrowski.
-Cygaretka
zapalisz? -zapytał, wyciągając paczkę wyrobów tytoniowych.
-Dziękuję,
ale nie palę. Przejdźmy lepiej do interesów.
-Za
tydzień Św. Anny odpust i kolejna zabawa -odparł, podpalając sobie papierosa
zapałką z ozdobnego pudełeczka ze srebra. —Wtedy będziesz mi potrzebny. Tylko nic
nie pij. Trzeźwy musisz być. Rozumiesz?
-No.
A co mam zrobić?
-Bądź
w niedzielę o dwudziestej pierwszej na tym polu za domostwem Kubasińskich. Reszty
dowiesz się na miejscu.
Na
zabawie Marek pojawił się wraz z Sebastianem i od razu zaczęli się rozglądać za
Ulą i Wiolettą. Obie znaleźli w towarzystwie Pauliny i jakiś dwóch młodzieńców.
Cała trójka siedziała pod jednym z drzew na długiej ławie i jak wskazywał czerwono
jasny kolor w szklaneczkach, raczyła się lemoniadą.
-Witamy
piękne panie -zaczął Olszański.
-Uprzejmy
jak zawsze -odparła Wioletta.
-Kim
są wasi towarzysze? -zapytał Marek.
-Mój
brat Jasiek i jego kolega Robert -odparła Ula, wskazując odpowiednie osoby.
-To
pan jest tym Markiem Dobrzańskim? -zapytał młody Cieplak.
-Zgadza
się Jaśku.
-Ojciec
mówił dużo o panu i żeby brać z pana przykład. Jest pan honorowy, szlachecki i
takie tam.
-Miło
wiedzieć. Panno Urszulo, mogę prosić do walczyka -zapytał, skłaniając się z wyciągniętą
dłonią. —Kapela zaczęła grać.
-Skoro
obiecałam -odparła, podając mu swoją dłoń.
-Jestem
zaszczycony -odparł, cmokając dłoń Uli.
Taniec
z Markiem przyniósł jej nowe odczucia. Nigdy do tej pory nie była bowiem w
ramionach Marka i czuła przyjemne, przeszywające ciepło jego dłoni.
-Ma
pani świetne wyczucie rytmu. Liczę na kolejne tańce.
-Nie
wie pan, że afrontem jest, jeśli zatańczymy więcej razy niż trzy.
-Ten savoir-vivre'u
jest zdecydowanie za srogi. Zresztą na balu nie jesteśmy. To ludowa zabawa i srogie
zasady nie obowiązują.
Tańczącą
parę z daleka obserwował Sosnowski. Na długie obserwowanie nie pozwolił sobie,
bo nie chciał zostać zauważony. W połowie ich tańca odszedł w stronę lasu, aby
poczekać, aż się ściemni.
Na
kolejne tańce i towarzystwo Uli Marek mógł liczyć. Robił
to pomimo niezadowoleniu bogatszych co matek córek na wydaniu. Te zaś chociaż
Ulę lubiły, to patrzyły wrogo, bo Marek nie opuszczał jej na długo.
-Mogę
przywieźć jutro Jadzię i Mareczka do was? -zapytał podczas kolejnego tańca. —Bardzo
spodobały się mu młyny.
-A
może jest to rodzaj wproszenia się panie Marku?
-W
odwiedziny chciałbym wpaść pod wieczór sam, a z Jadzią przed obiadem.
-Chętnie
poznam Jadzię. Tato mówił, że mimo ułomności, jest miłą dziewczyną.
-Bo
taka jest. Umie nawet proste słowa z ruchu warg wyczytać. A co z moją wizytą?
Mogę przyjść? Chciałbym jeszcze zabrać cię do moich rodziców. Chcą cię poznać.
-To
nie wyścigi konne panie Dobrzański.
-Uwielbiam
te twoje celne uwagi panno Urszulo.
-Jeśli
dalej będzie pan ciągle w moim towarzystwie, to jutro nie będę miała żadnej
koleżanki -oznajmiła mu, gdy po raz kolejny poczuła wzrok utkwionych w nią i
Marka. —Janka i Eliza już patrzą na mnie wrogo.
-Paulina
i Wioletta ci pozostaną. One nie są mną zainteresowane.
Po
dziewiątej na główny plac zabawy wjechał pieczony świniak. Był to dar potomków
pana Rysia i punkt kulminacyjny zabawy. Wokół szybko zebrali się biesiadnicy
chętni na darmowe jadło.
Tymczasem
na drugim końcu wsi Piotr wprowadzał w plan swój odwet na Cieplaku. W pierwszych
planach chciał zaangażować również Dąbrowskiego, ale obawiał się, że może
bardziej zaszkodzić mu niż pomóc. Niezauważony przez nikogo dotarł do obejścia Cieplaków
i sporego i pustego w tym czasie od ludzi magazynu przy młynie. Wszystkie wrota były zamknięte, ale poradził
sobie z tym i wyłamał najbardziej zniszczoną deskę. Później wystarczyło tylko podłożyć
ogień. Sucha słoma i ziarno szybko paliły się i ogarniały cały budynek, a dym był
coraz większy. Na swoje dzieło patrzył z satysfakcją, ale długo patrzeć nie
mógł, bo mógłby ktoś go zauważyć. Oddalając się jednak zgubił pudełeczko
zapałek.
To,
że coś się pali zauważyły w końcu osoby przebywające na zabawie i prawie
wszyscy pobiegli na miejsce pożaru. Jeszcze po drodze domyślali się co może się
palić, a strażacy ochotnicy pobiegli po swój wóz strażacki.
Po ugaszeniu
pożaru ktoś znalazł etui z zapałkami. Nikt
zbytnio sprawy pożaru i zapałek nie łączył, bo wiele zamożnych osób bywało w tym
miejscu i mogło zgubić zapałki. Tylko Dąbrowski domyślił się, że nie był to przypadkowy
pożar, tylko celowe podpalenie, bo widział takie srebrne etui na zapałki u
Piotra. Z obawy zemsty milczał jednak.
Doszły do niego bowiem słuchy, że Sosnowski przestał być faworytem Cieplaka i
domyślił się, że w odwecie mógł podłożyć ogień.


















